Z racji zawodowych muszę się plątać po różnych instytucjach, i tak się nieszczęśliwie składa, że nie są to banki, tylko przybytki, z przeproszeniem, nauki, bądź – tfu – kultury. I gdzie się nie ruszę słyszę lament i jęki, że nie dali pieniędzy, że obcięli dotację (zob. tu). Ci upadają już, tamci za chwilę. Generalnie faza zwoju. Jednych mi, po ludzku, żal, inni, w mym przekonaniu, już dawno winni sami się przeorganizować, a kilka zapowiedzi likwidacji stawia mi resztki włosów na głowie. Jednak wiadomość, że nie będzie w tym roku Festiwalu Mozartowskiego w Warszawskiej Operze Kameralnej naprawdę mnie przybiła. Festiwal był z nami przez ponad 20 lat, zdobycie biletów zawsze graniczyło z cudem. A teraz – trach – Sejmik Mazowiecki obcina Operze dotację i już po wszystkim. Koniec pieśni.
„Polska Gospodarka jest najlepszą z [gospodarek] krajów rozwiniętych” – powiedział przed chwilą w telewizorze Jan Krzysztof Bielecki, patrząc głęboko w oczy przewodniczącemu Dudzie, jakby chciał sprawdzić swą handlową wiarygodność w tęczówkach związkowca. Taaaaaki sukces! Dlaczego zatem kolejne instytucje wyższej użyteczności deklarują brak możliwości działania w perspektywie kilku tygodni lub miesięcy? Prawdopodobnie rządzącym chodzi o to – myślę sobie – że nie możemy tego sukcesu rozpraszać, rozmieniać na drobne i rozrzucać byle gdzie. Jeśli obowiązujące hasło, że budujemy stadiony futbolowe i strefy kibica, to skupiamy się na tej dziedzinie. To kwestia zwykłej gospodarności. Kultura i inne takie muszą po prostu zaczekać na swoją kolej. W przyszłym roku beneficjentem mogą być tory bobslejowe, albo akwaria morskie (jakie jest hobby Janusza Palikota?) a kiedyś – kto wie – może przyjdzie kolej i na Mozarta.




Komentarze
Pokaż komentarze (8)