Spotykam czasem kolegów wydawców, koleżanki też. Los oszczędził mi wszakże znajomości z grona wydawców podręczników szkolnych. Może to i lepiej, nie mam o nich dużo lepszego zdania niż o producentach amfetaminy. Żeby wyjaśnić czemu wypowiadam się tak mocno, zrelacjonuję fragment rozmowy z pewną panią, przypadkowo akurat dyrektorem uznanego przedsiębiorstwa z mojej branży. Zechciała się ona podzielić za mną garścią refleksji na tematy okołoksiążkowe. Usiłowałem w odpowiedzi ponarzekać na dobór lektur i sposób wykorzystania książek w procesie kształcenia naszych dziatek. A ona na to:
Mnie już – Panie Dariuszu – nie interesują kolejne reformy szkolnictwa. Mnie już nawet nie interesują listy lektur i zakres wiedzy, której oświata mam zamiar wpoić mojej córce. Mnie interesuje już tylko to, że ona w tej swojej drugiej klasie ma dwadzieścia cztery podręczniki i że musi je stale ze sobą nosić, bo one są jednocześnie zeszytami do ćwiczeń. W dodatku są drukowane na kredzie, żeby było drożej. Papier kredowy jest oczywiście znacznie cięższy offsetowego i prawie nie da się na nim napisać. Te dwadzieścia cztery podręczniki są w sumie cięższe niż moja córka.
Faktyczne, "Pana Tadeusza", i "Trylogię" przyzwoici rodzice, jakoś w dzieciaka wmuszą w domu, tak jak było za caratu, ale gdzie znajdzie się tylu rehabilitantów? Na kręgosłupie mało kto się zna, to niemal ezoteryka.
Papier kredowy pozwala osiągną ładniejsze kolory i uzyskać wyższą cenę. Mafia podręcznikowa robi to, co każda mafia – optymalizuje zysk. Ale, co robi ministerstwo? Czy ktokolwiek tam jeszcze myśli? Rozumiem – korupcji nie da się już chyba okiełznać, ale czy oni nie mogą kraść przynajmniej z jakąś resztką pomyślunku. Przyzwoity złodziej nie niszczy wokół wszystkiego, co się tylko da. Kieszonkowiec, który zabrał kiedyś portfel mojej żonie, odesłał nam w kopercie wszystkie dokumenty i zdjęcia. Widać był na wyższym poziomie moralnym od szefów naszej oświaty. Ja wiem, że trzeba było stworzyć taki system, aby wszyscy rodzice musieli co roku kupować monstrualny komplet nowych podręczników-udręczników, to element złodziejskiego fachu, ale nie zachować nawet pozorów dbałości o uczniów? …Już tak całkiem nic… Powieści wydaje się teraz na papierach sztucznie napowietrzanych, są lekkie jak piórko, nie można by tak z podręcznikiem?
Po wtóre, ciekawe czy którykolwiek z urzędników widział kiedyś dowolny amerykański film ze szkołą w tle. Tam są szafki, nic egzotycznego, u nas na basenach też są. Dzieciak na przerwie wyciąga potrzebną książkę czy pomoc szkolną, nie nosi jej do domu, nie ciągnie ze sobą wózków niczym „cielęca baba” z czasów Gierka. Czy to takie trudne postawić szafki na korytarzu? Dlaczego to, co wydaje się oczywiste, jest dla nich to takie trudne?
Kazać dzieciakom w fazie wzrostu dźwigać ciężary proporcjonalne do osiągnięć Pudzianowskiego, to ponura zbrodnia.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)