Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
595
BLOG

A w stolycy „elektrycy” (Electric Light Orcherstra)

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Kultura Obserwuj notkę 9

 

 

Znajomi wyciągnęli mnie na koncert rockowy. Trochę nie moja bajka, lata całe nie byłem na takiej imprezie, ostatnio bodaj na Bobie Geldofie. Sam pomysł słuchania tego typu muzyki w krzesełkach, a nie tańczenia jej, uznaję za dość egzotyczny. Grupę Electric Light Orcherstra kojarzę z młodości ledwo-ledwo. Do wczoraj byłem w stanie przyporządkować jej zaledwie dwie piosenki. Piękną Telephone line, którą zapomniał napisać McCartney, Duch zesłał ją więc „elektrykom” i „Ticket to the moon” – niczego sobie balladkę. Wczoraj okazało się jednak, że znam znacznie więcej ich utworów, nic dziwnego, wystarczy przecież włączyć radio.  

Jak było? Fajnie. Panowie grać potrafią, zagrali więc z zawodową precyzją swoje greatest hits i nawet chwilami udawali, że to ich bawi. Nadzwyczajne, bo gdy się gra w kółko to samo; po raz dwusetny, a może dwutysięczny, to profesjonalizmem jest już sama umiejętność powstrzymania torsji. Pewnie dlatego koncert trwał zaledwie godzinę, potem krótki bisik i do widzenia… Obecny skład zespołu nazywa się „ELO Six Former Members”, co jeśli nie jest wierutnym łgarstwem, to przynajmniej – jak to było w skeczu o chińskim restauratorze (?) – „chłytem małketingowym”, jako że najstarszy stażem członek – podobny do diabełka skrzypek Mike Kamiński, przyłączył się do zespołu dopiero w trakcie pracy nad jego trzecim albumem a kolejny, który obecnie jest drugim  keyboardzistą, jeszcze później. Z sześciu rzekomych „dawnych członków”, to jedyni, którzy grali w „prawdziwym” ELO. Ktoś tam ponoć zagrał jeszcze w ELO II. Nie szkodzi, panowie zagrali, co trzeba. Publika szalała. Było, jak być powinno. Pewnie moje wnuki – jeśli się ich doczekam – pójdą sobie na ELO VI albo ELO „potomkowie ojców założycieli” , wysłuchają tego samego i też się będą dobrze bawić, bo rock’n’roll is king, w dodatku nieśmiertelny.

Reasumując, z koncertu jestem zadowolony, może z wyjątkiem nagłośnienia, o którego jakość nikt się nie zatroszczył. Mam wrażenie, że mikrofony wokalistów były po prostu źle podłączone, bo  wydawanie odgłosów przypominających sztuczną szczękę obijającą w pustej szklance nie jest  chyba klasycznym trikiem wokalistów rockowych, a zupełnie płaski dźwięk sześciu instrumentów… Zresztą, nie znam się, nie wiem, pewnie się czepiam, jak to stara mantyka. Mój sąsiad stwierdził; „najważniejsze, że elektrycy” i z pewnością miał rację.

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Kultura