Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
264
BLOG

O stygmatyzacji ideologicznej; „antysemityzmie”, „homofobii” itp

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Kultura Obserwuj notkę 1

 

 Niniejszy tekst kieruję do osób, które nie mają zbrodniczych poglądów, niszczycielskich upodobań i złowrogich roszczeń wobec bliźnich, czyli do  jak wciąż wierzę 99% naszego społeczeństwa. Choć, jak się czyta niektóre komentarze internetowe… .

Antysemita, homofob, ksenofob, faszysta, lewak, ekoterrorysta, zdrajca ojczyzny (w łagodniejszej wersji; kosmopolita), itp., to stygmaty ideologiczne, którymi jesteśmy obdarowywani przez nieuczciwych (zwykle) polemistów. Dlaczego nieuczciwych, skoro na świecie istnieją realnie przedstawiciele wszystkich wymienionych „gatunków”? Na ogół bowiem zgodność ze stanem faktycznym ma tu drugorzędne znaczenie. Osoby posługujące się narzędziem stygmatyzacji z reguły nie czują potrzeby przeprowadzenia analizy dowodowej, liczą na to że ich publiczność bezrefleksyjnie zgodzi się z tą diagnozą. Tymczasem dla człowieka elit, dla którego wizerunek jest narzędziem pracy i walutą, oskarżenie o jedną z wymienionych przypadłości (lub wręcz atrybutów) może być zabójcze. Dla kogoś zwykłego, jak autor niniejszych elukubracji, który do elit nie pretenduje, określenia te stanowią rodzaj mniej lub bardziej dolegliwych epitetów, które choć w sumie służą porozumiewaniu się, nie mają charakteru dyskursywnego.

Nie będziemy dziś zajmować się tym, że większość  określeń stygmatyzujących oderwała się od pierwotnych denotacji, a derywat „homofobia” stanowi bełkot pojęciowy i odnosi się raczej do lęku, obawy, a więc afektu a nie poglądu. Słownictwo to przyjęło się już bowiem powszechnie i na ogół mniej więcej wiemy jakie treści niesie.

Przyjmijmy, że w  trakcie dyskusji zostaliśmy „poinformowani” o naszym antysemityzmie. Wartość informacyjna takiego przekazu jest mierna, bo jeśli faktycznie mamy negatywny stosunek do populacji semitów (w lokalnym przypadku zapewne wyłącznie do  Żydów) to na ogół sami dobrze to wiemy i zawiadamianie nas o tym fakcie nie ma sensu. Analogią są zdania; „Ma Pan odstające uszy”, albo „Pani jest darwinistką”. Pan z pewnością zdążył się już zapoznać ze swym odbiciem w lustrze, a pani wie, że studia nad dziełem twórcy teorii ewolucji pozostawiły w jej światopoglądzie zauważalny ślad. Skoro zatem rozważane epitety nie mają waloru informacyjnego, to jakiemu celowi służą? Zwykle zapewne mają nas, zbić z tropu, zmusić do tłumaczenia się, które musi wypaść żałośnie i doprowadzą do utraty przez nas możliwości doprowadzenia wywodu do końca. Są rodzajem „bezosobowego autorytetu”, z którym nie ma dyskusji, używanego do unieważniania argumentów.

Kilka stuleci temu przyjęliśmy że, informowanie kogoś, że jest głupi jest niestosowne, a zatem, jeśli nie będziemy mogli powstrzymać się przed komentarzem niosącym taką treść, na przykład widząc, że nasz rozmówca przyjmuje stanowisko krzywdzące siebie lub innych, raczej poinformujemy go, że naszym zdaniem, w tej konkretnej sprawie myśli lub postępuje niemądrze. Osoby, które stosują mechanizm stygmatyzacji ideologicznej nie trzymają się tej zasady. Orzekają że tymi homofobami, antysemitami, czy lewakami jesteśmy po prostu i basta; w trybie ciągłym, w pełnym spektrum znaczeniowym pojęcia i w każdym przejawie życia, a więc w sposób totalny. Gdyby ktoś przedstawił tego typu opinie o nas w dowolnej innej, pozaideologicznej dziedzinie, nikt nie miał by wątpliwości, że była by to demonstracja prostactwa i braku manier. Dlaczego zatem w wersji „ideolo” tak się nie dzieje? Dlaczego stygmatyzacja ideologiczna nie jest publicznie piętnowana? Przecież osoby stosujące tę metodę nie walczą z naszymi poglądami, one walczą z nami, chcą nas usunąć z przestrzeni dialogu, a więc, stosując modny termin, wykluczyć społecznie. Wykonują na nas rodzaj samosądu, który ma w zamierzeniu skutkować istotnymi społecznymi dolegliwościami. Być może część świadków takiej sytuacji woli nie dyskutować z rzuconym pomówieniem, po to by samemu nie popaść pod pręgierz oskarżeń. Wygląda jednak na to, iż wiele osób po prostu uwierzyło, że detekcja postaw mieszczących się w zakresie omawianych pojęć jest społecznie użyteczna. Że jeśli się wykryje i napiętnuje odpowiednią liczbę postaw wrogich wolnościom, to uchroni to nas przed kolejnym totalitaryzmem. Nie dostrzegają one, że stygmatyzacja niszczy osoby nieprzezorne, które wprowadzają do debaty tematy trudne, ułatwiając karierę różnej maści sprawnym w dwójmyśleniu autocenzorom, że destruuje debatę publiczną służąc często ludziom o totalniackich zapędach właśnie.

Gdy już zostaliśmy oznaczeni, jednym z powyższych mian, oznacza, że właśnie zastosowano wobec nas, broń masowego rażenia, a polemista, w tym momencie zadeklarował, że kompletnie nie jest zainteresowany dialogiem z nami. Jeśli zatem jest to rozmowa w cztery oczy możemy ją spokojnie i bez poczucia straty zakończyć. W przypadku rozmowy publicznej, musimy jak najszybciej ukazać epitet jako absurdalny i impertynencki. Przykładowo fakt, ze uważamy pogrom kielecki za inspirowany przez wywiad sowiecki w celu przykrycia rozpatrywanej akurat na arenie międzynarodowej sprawy mordu katyńskiego a zrealizowany przez Urząd Bezpieczeństwa w najmniejszym stopniu nie implikuje przecież naszej niechęci do osób pochodzenia żydowskiego, ani tym bardziej nie jest wskazaniem ich negatywnej roli w dziejach świata. Podobnie jeśli wolelibyśmy widzieć instalację symbolizującą ruch LGBT w miejscu nieco odleglejszym od chrześcijańskiej bazyliki niż obecne, to nie koniecznie dlatego, że odczuwamy silną niechęć do osób homoseksualnych i z całego serca pragniemy je dyskryminować, być może po prostu wyrażamy opinię, że każdy rodzaj manifestacji musi mieć właściwe miejsce, czas i proporcje. Zamiast tłumaczyć, że „ja nie to miałem na myśli” i „źle mnie zrozumiano”, lepiej wskazać na brak logicznych podstaw wyrażonej opinii i  jej niemerytoryczność.  Można dodatkowo wyjaśnić, że warunkiem przystąpienia do debaty powinno być wzajemne uznanie swojej dobrej woli i okazywanie choćby minimum szacunku dla rozmówcy, natomiast wysuwanie autorytarnych pretensji jest więcej niż nie fair, stanowi bowiem radykalne zakłócenie porządku rozmowy.

Na koniec tych rozważań wzbiję się na szczyty niepoprawności wysuwając tezę, że każdy z wymienionych stygmatów jest w normalnym świecie dopuszczalnym stanowiskiem. Człowiekowi wolno nie lubić Żydów, Polaków albo homoseksualistów, wolno być lewakiem, prawakiem, wolno mu kochać ojczyznę lub cudzoziemszczyznę albo uważać, że całym Światem i okolicą rządzi Grupa Bilderberg z poważnym udziałem Marka Belki. Ważne jest dopiero to, co się z tymi sympatiami i antypatiami robi. Czy w określonej formie zagrażają one ludzkim wolnościom, czy też nie. Zwykle wystarczy wiara w wartości uniwersalne i ich prymat nad indywidualnymi skłonnościami i gustami, by ideologiczne upiory okazały się tekturowymi straszydłami. Obserwując jednak postępującą demoralizację naszego społeczeństwa nie ośmielam się lekceważyć żadnego negatywnego zjawiska, przypuszczam też, że stygmatyzujący i „stygmatycy” będą wciąż mnożyć się w przestrzeni naszej debaty jak komary po powodzi.

Aneks

 

 

 

 

 

Wydaje się, że przytaczanie przykładów skrajnych nadużyć dokonywanych w publicystyce i debacie publicznej nie ma głębszego sensu, gdyż są one w Polsce codziennością. Jednak najzwyczajniej nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem w tym kontekście artykułu Old Poland, New Nationalism Artura Domosławskiego w NYT. Tekst w całości jest w donosem na Polskę i Polaków, a oto dwa jego szczególnie urocze fragmenty

„We have grown accustomed to neo-fascists at soccer stadiums, yelling abuse at black players and chanting their anti-Semitic tribal refrain. But now the phenomenon seems less marginal then we liked to think.

This present surge in extreme nationalism began three years ago, on Independence Day 2010, fueled by supporters of Lech Kaczynski…”

oraz

“The assassination theory has collapsed like a house of cards, as its pseudo-experts have been exposed as frauds or fools. And rational, liberal Poland despises “Smolensk folk.” If life went on only in the realm of ideas, you might say rightly so. But neither “Smolensk folk” nor Poland’s hard-line nationalists can so easily be wished away.”

Komentarz wydaje mi się zbędny.

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura