Van Vliet nie żyje. Usłyszymy go parę razy w radio, przez jakieś kilka dni. Będzie kilka wspominek, potem zastąpią go kolendami i świątecznymi pioseneczkami. Jeśli coś usłyszymy, to raczej z tych łagodniejszych płyt, nie będzie nic z Trout Mask Replica, bo to już jest za trudne. Przez tyle lat o Beefhearcie nie mówiło się nic, w mediach była cisza, w radio cisza, nie istniał. Teraz będzie istniał przez te kilka dni, potem znowu w niebyt. Jego obrazy może gdzieś się pojawią w necie, bardzej na osobistych blogach. Potem niebyt. Nie dziwię się, że Beefheart wycofał się z rynku muzycznego w latach 80 - tych. To nie John Lennon masowej wyobraźni, żeby rok w rok wzruszać się nad losem muzyka, nad losem świata. To jest zwykły muzyk awangardowy, który raz na zawsze odmienił rocka, ale mało kto w ogóle jest tego świadom. W Trójce dziś poleciało kilka utworów Beefhearta, nigdy wcześniej w Trójce nie słyszałem Beefhearta. Bogiem a prawdą, to Don Van Vliet umarł znacznie wcześniej. Teraz jego śmierć pozwoliła po prostu odnotować fakt. Będzie rubryczka, popłyną łzy, ale niedługo święta, posłucha się o dzwonkach, mikołajach i prezentach. Tiurli, tiurli. I tak do nowego roku. Potem będze karnawał, a w kwietniu kolejne wspominki Kurta Cobaina i znowu będzie o tym jak to Kurt odmienił rocka. Potem w lipcu polskiego rocka odmieni Rysiek Riedel, a w grudniu znowu umrze Lennon. Okrągła 31 rocznica. Dla większości Beefheart nie żyje od dawna. On tak jakby teraz wydał po prostu płytę.

Don Van Vliet



Komentarze
Pokaż komentarze (13)