Im jestem starszy, tym częściej dopadają mnie chwile refleksji. Rozmyślam sobie, czego dokonałem, czego zaniechałem, a nawet zastanawiam się czasami, co po mnie zostanie. Jest jednak jedno pytanie, które absolutnie mnie nie dręczy. Nie zastanawiam się mianowicie zupełnie, co napiszą o mnie w przyszłości historycy. Tu akurat znam bowiem odpowiedź: po prostu nic!
Co innego gdybym był człowiekiem u szczytów władzy. Taki człowiek z definicji wie, że będą o nim pisać, spierać się, roztrząsać i analizować. I jeżeli taki człowiek sam jest przy okazji historykiem (choćby nawet niepraktykującym), to pewnie chciałby, żeby opinie były pozytywne, i wie też, jak takie spojrzenie z przyszłości wygląda.
Otóż przede wszystkim przyszli historycy nie będą przejmować się współczesną propagandą. To znaczy oczywiście wezmą ją pod uwagę jako istotny fakt i częstą przyczynę albo skutek zdarzeń, ale absolutnie nie będą jej ulegać. Poza tym odsieją ziarno od plew. Pewne zdarzenia, które dziś wydają się nam strasznie ważne i zaprzątają naszą uwagę, okażą się drugorzędne lub kompletnie nieistotne w rozważanych przez nich łańcuchach zdarzeń. W ten sposób uzyskają uproszczony obraz naszej rzeczywistości, na którym wyraźniej widać będzie, co było skutkiem, a co przyczyną i jak to wszystko przebiegało. Przyszli historycy będą też mieli większą łatwość wydawania ocen. Jeżeli nie znaczną oceniać zbyt wcześnie, nie będą im grozić procesy sądowe. Będą więc wyciągać wnioski również na podstawie zdarzeń, których znaczenia dziś możemy się tylko domyślać, lecz nie możemy być tego pewni. Będą śmiało stawiać hipotezy, i to nie zawsze dysponując twardymi dowodami. I wreszcie będą mieć jeszcze jedną, najważniejszą nad nami przewagę: znajomość późniejszych skutków dzisiejszych zdarzeń.
Przyznam szczerze, że gdybym to wszystko sobie uświadomił jako człowiek u szczytów władzy, to oblałby mnie zimny pot. Wiedziałbym, że w przyszłych podręcznikach zapiszą, iż zawdzięczam władzę głównie zmasowanej propagandzie. Że propaganda ta została zorganizowana w dużej części za pieniądze, które nie mogły zostać legalnie wydane na wygrane przeze mnie wybory. Napiszą też, że wsparły mnie środowiska, które zażądały później wdzięczności, a ja się starałem, ale nie zawsze byłem w stanie spełnić te oczekiwania. Więc oni szukali nowych zaufanych ludzi, a ja musiałem z z tymi ludźmi bezwzględnie walczyć. Napiszą, że oparłem się na ludziach, którzy zajmowali się głównie swoimi interesami, a ja tych ludzi chroniłem, co trzeba było później ukrywać. Napiszą, że w ten sposób utraciłem znaczną część władzy, bo stałem się zależny od ludzi, którzy wiedzieli to, co musiało zostać ukryte. Napiszą przede wszystkim, że nie reformowałem, nie modernizowałem i nie wykorzystywałem szans, bo byłem zajęty ciągłą walką o utrzymanie władzy, odwracaniem uwagi i przerzucaniem win na kogoś innego. Napiszą, że to wymagało ode mnie coraz częściej łamania prawa i coraz więcej kłamstw, a ja już nie miałem innego wyjścia, bo chciałem utrzymać władzę. Napiszą też, że to wszystko spowolniło rozwój i pogłębiło zależność od sąsiada.
Ciekaw jestem, jak sobie z takimi refleksjami radzą ludzie u szczytów władzy.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)