130 obserwujących
53 notki
307k odsłon
  146   0

Rozdział Dwunasty c.d. ; Rozdział Trzynasty

    Przekonał Gaję, aby wycofała się z planu zrobienia wielkiego materiału na temat Fabryki Syntetycznej Krwi, który miał sięgać czasów PRL-u. Istotnym elementem miały w nim być przekręty IKK, którego animatorzy zaangażowani byli w budowę Fabryki. To na ich przykładzie Gaja pokazać chciała jak dawni agenci i prowadzący ich funkcjonariusze działają w nowej rzeczywistości, pod osłoną polityków, którzy byli ich mocodawcami z nomenklatury. Wilczycki musiał odwoływać się do zdrowego rozsądku księdza Mikołaja, którego przedstawiła mu właśnie ona. Razem wytłumaczyli jej (a wcześniej on wytłumaczył to księdzu), że próba zrobienia całościowej sprawy skończy się na niczym. Żadne ze znaczących mediów nie zgodzi się jej ujawnić. Próba opublikowania materiału w publikacjach niszowych skończy się przegranym procesem, który będzie ostateczną kompromitacją sprawy i osoby próbującej ją ujawnić. Wspólnie przekonali ją, aby zajęła się wyłącznie IKK. Dobrze zrobiona afera IKK stanie się kamieniem uruchamiającym lawinę, która odsłoni aferę Fabryki Syntetycznej Krwi i to, co stanowiło jej fundament. Ale, jak przypuszczał Wilczycki, zrobienie IKK też zaczęło nastręczać problemy. Przełożeni Gaji uznali, że przeszłość dramatis personae nie ma w tej sprawie znaczenia. Na początku krzywiła się prowadząca sprawę Torka. Wreszcie problem dotarł do samego Warskiego.
  –
Jakie to ma znaczenie, że Zadra był kiedyś funkcjonariuszem SB, a ks. Pastuszek agentem, jeśli był agentem, bo tego na pewno nie możesz wiedzieć – oświadczył redaktor naczelny. – Czy gdyby nie byli nimi, to mogliby robić przekręty? Czy wiedza o ich PRL-owskiej przeszłości, jeśli jest pewna, a w tych sprawach zawsze są wątpliwości, czy więc wiedza taka zmieniłaby cokolwiek w naszej ocenie tego, co teraz robią? – Pytał retorycznie, co Gaja odgrywała, na użytek Starca i Wilczyckiego przedrzeźniając swojego szefa. Było to jednak tylko odreagowanie. Wątpliwości Warskiego były decyzją. Sprawa IKK i jej bohaterowie zawiśli w próżni, bez przeszłości i fundamentów. To był warunek, który Gaja musiała zaakceptować. Tym gwałtowniej rzuciła się w wir roboty, do której jej przełożeni nadal mieli dwuznaczny charakter. A sprawa wymagała sporo pracy i czasu. I trwała.
    Kolejne spotkania z Szopem i funkcjonariuszem ABW zaczęły budzić Wilczyckiego. Kiedy wysłuchał nagrania, uwierzył, że nie wszystko jest skończone. Teraz z czarną walizką pod nogą, patrząc na puste siedzenie, które przed momentem opuścił Starzec, skonstatował, że świat zwodzi go po raz kolejny. Prawdopodobnie nie wróci do gry. Ze zdumieniem poczuł coś w rodzaju ulgi.
    Ten cholerny telefon. Trzeba go wreszcie nabyć – powtarzał, szukając budki. Zaskoczony nieznoszącym sprzeciwu głosem, Pąk umówił się z nim za godzinę.
  –
Nie jedź tam – uznał. – Facet mógł ukrywać swoją tożsamość ze względów bezpieczeństwa. Mógł z innych. Z tego, co wiesz, nadal działa w układzie. Mogli chcieć cię ostatecznie skompromitować. Próba przekupienia urzędnika państwowego... Może manipulacja. Nie wiesz, jak chcieli to rozgrywać. Oddaj mu pieniądze i zrezygnuj z transakcji.
    Szop czekał pod zdjęciem dziewczyny. Po raz pierwszy wyglądał na lekko zaniepokojonego.
Co się stało? – zagadnął, wpatrując się w Wilczyckiego.
Niech pan przeliczy pieniądze. Rezygnuję ze sprawy – powiedział Wilczycki, stawiając walizeczkę na stoliku.

 

                                       Rozdział Trzynasty 

    „Biochemiczna Dolina Krzemowa czyli szansa przed Polską” – głosiła czołówka „Słowa”.
  –
Widziałeś? – Zakrzywionym w szpon palcem Gaja stuknęła w płachtę gazety. – Nie mówiłam? A widziałeś, kto to napisał? Widziałeś tego skurwysyna? – Podkreśliła paznokciem nazwisko autora.
    Był nim Stanisław Czułno. Fabryka Syntetycznej Krwi jawiła się pod jego piórem jako świetny, na historyczną wręcz skalę, interes, który już w niedługim czasie przynieść powinien potężne zyski i stanowi niezwykłą okazję do stworzenia z Polski centrum rozwoju przemysłu biochemicznego. Przemysłu przyszłości. Przedsięwzięcie było także nadzieją dla milionów potrzebujących. Stanowiło piękny przykład integracji Polaków wokół humanitarnego przedsięwzięcia. Najróżniejszych Polaków: Kościoła, wielkiego biznesu, najznamienitszych polityków z prezydentem na czele. Wilczycki z rodzajem zaskakującej satysfakcji, która u niego samego wywołała obrzydzenie, pomyślał, że chciałby dowiedzieć się, jak wyglądał proces urabiania Czułny, aby w efekcie powstał taki właśnie artykułu. I zdał sobie sprawę, że nie pozna go już nigdy.

    Bywało, Bogatyrowicz chodził po redakcji. W natłoku obowiązków nie zdarzało się mu to jednak często, toteż wybrańcy, których zagadywał, pytając o pracę i projekty, mieli pełne prawo czuć się wyróżnionymi. Kiedy jednak Czułno w odpowiedzi na pytanie zaczął relacjonować sprawę policji w Chrzanowie, błyskawicznie zorientował się, że szef nie słucha.
 –
O.K. Policja poczeka – rzucił mu nieuważnie. A ja mam dla ciebie cymes. Będziesz wdzięczny. Wpadnij do mnie za godzinę.
    Pojawiając się w gabinecie naczelnego, Czułno odczuwał raczej niepokój niż satysfakcję z wyróżnienia. Nie rozumiał przyczyn swojego nastroju.
Słyszałeś o Fabryce Syntetycznej Krwi? – rzucił Bogatyrowicz bez wstępu. Wyciągnął się w fotelu i wpatrywał się w Czułnę z uśmiechem.
Tak, coś niecoś – usiłował przypomnieć sobie zaskoczony Czułno, zastanawiając się, czy może usiąść bez zaproszenia.
Dostajesz czołówkę – Bogatyrowicz śmiał się coraz szerzej. – Wspaniały temat. Nadzieja polskiej gospodarki. Rozumiesz, co to znaczy? Przemysł przyszłości. To tak, jakby ktoś dwadzieścia lat temu zaproponował nam stworzenie Krzemowej Doliny. Wiesz, co to znaczy?! I do tego: cel. Wreszcie nie zabraknie krwi dla ludzi. „Wytoczymy ją z piersi i pieśni” – zaintonował coraz bardziej podniecony i rozbawiony. – Ale to dopiero początek. – Bogatyrowicz nakręcał się coraz bardziej. – Inicjujemy syntetyczne tworzenie ludzkich organów. Tak postrzegają to specjaliści i największe autorytety. Prezydent wystąpił jako orędownik przedsięwzięcia. Rząd zagwarantował kredyty. Włączył się Kościół, najwięksi biznesmeni polscy. I ty pierwszy napiszesz o tym poważny tekst. No, podziękuj mi, Stasiu! – przypieczętował przemowę szerokim uśmiechem.
Dziękuję. Mogę usiąść? – wystękał przestępując z nogi na nogę Czułno.
Oczywiście – nieuważnie mruknął Bogatyrowicz wpatrując się weń intensywnie.
Ale to nie jest moja działka. Ja się na tym po prostu nie znam.
Nie żartuj. Od kiedy to dziennikarz zna się na tym, o czym pisze? Dziennikarstwo to sztuka dyletanctwa. Poznasz się, jak się zabierzesz do pisania.
Ale zajmie mi to kupę czasu...
No, niech ci będzie. Trzy dni.
Nie wystarczy. Muszę sprawdzić...
Ty chyba żartujesz! Sprawa jest na tyle przejrzysta, że nic sprawdzać nie trzeba – Bogatyrowicz, mrużąc oczy i nadal wpatrując się w niego, mówił już innym, metalicznym tonem – przekażę ci materiały. Załatwię wypowiedzi najważniejszych: prezydenta, ludzi z rządu, biskupa Korytki, a także Lwa, profesora Mariana Lwa.
Lwa, a co on ma z tym?...
Jest przewodniczącym rady nadzorczej. Tu potrzeba najlepszych, najuczciwszych ludzi. A gdzie znaleźlibyśmy godniejszego? To zresztą dla ciebie lepiej. Przy okazji wszyscy ze szczętem zapomną twoje dawne uwikłania...
Ale ja jestem dziennikarzem śledczym. Jeśli nie ma tu nic do śledzenia, to jestem po nic...
Wręcz przeciwnie. Daję ci szansę zmiany emploi. To może tylko poprawić twój wizerunek. Pokaże, że potrafisz napisać coś pozytywnego i to bardzo ważnego. Pozytywnego! Rozumiesz, Stasiu? To również dla ciebie wielka szansa.
Ale dlaczego ja...
Bo ja tak zadecydowałem, a ciągle to ja jestem tu szefem. Mam nadzieję, że pamiętasz, Stasiu. – Uśmiech Bogatyrowicza nie był już przyjemny. – Kończymy. Tu masz materiały. – Wskazał Czułnie plik papierów na biurku. – Resztę i namiary na rozmówców dostaniesz od Strusia. – Pamiętaj. Zgodziłem się na trzy dni. Ale lepiej byłoby, żeby... – zastanowił się – dzisiaj jest poniedziałek i dobrze byłoby, żeby artykuł ukazał się w środę. Pamiętaj! Będziesz pierwszy. I to na tyle – odprawił go gestem ręki. Już na progu, oszołomionego Czułnę dopadło pytanie: – Mam nadzieję, że czujesz się dobrze?
No tak, właściwie tak...
To świetnie. Pamiętaj, Stasiu, żebyś nie zachorował. Potem możesz odpocząć, ale artykuł musi być w tym tygodniu.
    Sadowski miał czas. Spotkali się w „Szpilce”. Było gorąco i grupka obsiadająca stoliki trzech sąsiadujących ze sobą kawiarni na trotuarze Placu Trzech Krzyży syciła się pierwszymi podmuchami zmierzchu opadającego na opustoszałą Warszawę.
Jakoś żyję, jakoś pracuję – jak zwykle skrzywiony w poczuciu klęski nad szklanką zielonej herbaty Sadowski opisywał swoją sytuację.
Ale nie wyrzucają cię z „Kuriera”?
Niby nie wyrzucają, ale sytuację mam... nie najlepszą. Ale ty – Sadowski nagle ożywił się – kto by się spodziewał... To był szok dla wszystkich. W „Słowie” i to, jak wieść gminna niesie, na świetnym kontrakcie, w doskonałej pozycji... Kto by pomyślał: Wilczycki utopiony, ty awansujesz...
No tak... A przygotowujecie coś o sztucznej krwi?
Zrobiłem risercz. Jak chciałeś. Mam teraz dużo wolnego czasu – poskarżył się znowu Sadowski. – Nie dają mi robić tego, co chcę...
Nie narzekaj tak, jeśli cię zostawiają. Nie wyrzucili cię jak mnie – Czułno z trudem powstrzymywał irytację. – Sporo musiałem powalczyć i pomęczyć się, żeby odnaleźć się tam, gdzie teraz jestem. A u ciebie niedługo wszystko się utrze...
Ale...
Na pewno. Jak więc z tą krwią?
U nas zajmuje się tym taka nowa brzytwa. Gaja. Monika Gaja. Wiesz, zaczęła robić karierę w „Słowie”. Właściwie wymieniliście się miejscami. To śledcza.
Tak, wiem.
Podobno przyszła do nas, bo w „Słowie” nie chcieli jej materiałów o sztucznej krwi. Podobno to wielki przekręt. Ale kryty przez największe figury. Nic konkretnego dowiedzieć się nie zdołałem. Wszystko wie Gaja, no może jeszcze trochę Torka i Warski, ale ich nie zapytam. Zwróć się do Gaji.
Żartujesz?! To konkurencja.
No tak. Zapomniałem, że jesteś w „Słowie”...
    Z Kowalem umówił się na śniadanie następnego dnia w bistrze na Żurawiej.
To ciekawa sprawa. Ale chyba nie do ugryzienia. Coś mi tam śmierdzi. Ale nie wiem. Słyszałem tylko, że w interesie działa były ubek Zadra. Był w IV Departamencie, wiesz, tym od Kościoła. To ciekawsze, jeśli zważymy zaangażowanie Kościoła w przedsięwzięcie. Ale Ibis powiedział, że nie jest tym zainteresowany. Pies mu mordę lizał.


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale