130 obserwujących
53 notki
307k odsłon
  141   0

Rozdział Trzynasty c.d.

    Czułno miał szczęście, że tego dnia Bogatyrowicz był w redakcji i zgodził się go przyjąć.
Masz już artykuł? – Przywitał go od progu.
Michał, słuchaj, to nie jest takie proste – Czułno rozpoczął wyuczoną frazę, starając się wytrzymać wzrok naczelnego. Sama obecność Bogatyrowicza odbierała mu pewność siebie, a spojrzenie jego matowych oczu spoza okularów wprawiało wręcz w popłoch. Uspokajał siebie. Rugał. Przygotował dokładnie całą rozmowę, ale teraz, w gabinecie naczelnego plan rozpadał się na kawałki. – Tam jednak jest sporo wątpliwości.
Jakich? – Rzeczowość tonu jeszcze bardziej zbiła go z tropu.
Nie wiem jeszcze precyzyjnie, ale w całym środowisku mówi się...
Mówi się – poderwał się z miejsca Bogatyrowicz. – A wiesz, co mówi się o mnie albo o tobie? Mówi się? Samo się mówi? Ty albo jesteś dziennikarzem, albo babą z magla. Ty masz pieprzyć to co się mówi i pokazywać rzeczywistość. A ona jest w dokumentach, w faktach, a nie w tym, co się mówi.
Tylko że – Czułno mieszał się coraz bardziej, a im bardziej się plątał, tym bardziej gubił wątek – tam jest, w firmie współpracującej, ubek Zadra, ubek od Kościoła. Trzeba by pójść jego śladem...
Jest? W firmie współpracującej? – Bogatyrowicz poderwał się z fotela, szybkim krokiem obszedł biurko i nachylił nad Czułną. – Może ja coś przeoczyłem? Czy przeszła już ustawa zabraniająca pracować byłym funkcjonariuszom?
Ale to zawsze ciekawe...
Ciekawe? Tropienie zawsze jest ciekawe. Nagonka jest pasjonująca. Solidna robota zdecydowanie mniej. Miałem więcej do czynienia z ubekami niż ty. Orientujesz się?
Tak.
No widzisz. I znam takich, którzy w nowej Polsce chcą być jej najporządniejszymi obywatelami. Tak jak w „Psach”. Jesteś w stanie to sobie wyobrazić?
No, tak...
To czemu, do chuja pana, grzebiesz im w życiorysach? Czemu chcesz uniemożliwić im porządne życie w nowej Polsce? Chyba powinniśmy przyklasnąć, jeśli robią coś pozytywnego...
Jeśli pozytywnego...
Przecież powiedziałem ci. A ja wiem, co mówię. To najsensowniejsze i najuczciwsze przedsięwzięcie, jakie znam. Mało?
Jasne. Ale zrozum, ja muszę sprawdzić wszystko, inaczej moja reputacja będzie narażona na szwank...
Twoja reputacja? – Oprawka okularów Bogatyrowicza dotykała nosa Czułny. – A może to chodzi o moją reputację? Czołówka w mojej gazecie to moja reputacja. I ja ją stawiam w zastaw. Ty dopiero walczysz o swoją reputację. I zdobędziesz ją, gdy nie będziesz się przejmował tym, co się mówi. Tak jak ja. I ja daję ci tę szansę. Ale nie daję ci prawa grzebania w cudzych życiorysach, sugerowania tanich sensacyjek, podniecania się wyimaginowanymi rewelacjami. Masz na czwartek napisać czołówkę o wielkiej możliwości, która otwiera się przed naszym krajem. Zobaczysz. Nikt nie zakwestionuje twojego artykułu. Rozumiesz? Jeśli ja zdecyduję się zrobić z niego czołówkę, to nikt mi nie podskoczy. Zwłaszcza w takiej poważnej sprawie. Może jakieś marginalne oszołomy, nienawistnicy, ale nimi nie możemy się przejmować. Mamy swoje zasady. I to dopiero będzie początek twojej prawdziwej kariery, Stasiu. Pójdę ci na rękę. Tekst oddajesz w czwartek.
    Czułno oddał. Pisząc go, coraz bardziej rozumiał, że Bogatyrowicz miał rację. W końcu to on ryzykował najbardziej i ponosił największą odpowiedzialność. Życiorysy trzeba zostawić historykom, dziennikarze powinni zająć się chwilą bieżącą. Jakie znaczenie mają dawne błędy kogoś, kto dziś działa sensownie i kompetentnie? Jako dziennikarz znał siłę plotki. Dlaczego miał się nią zajmować, gdy naprzeciw niej ma dokumenty, wypowiedzi ludzi odpowiedzialnych, autorytetów. Znalazł jednak parę głosów polemicznych, tych, którzy kwestionowali szybki zwrot nakładów na Fabrykę Syntetycznej Krwi i przewidywali sukcesy dopiero w odleglejszej przyszłości.
    Przyglądał się gazecie ze swoją czołówką w napięciu. Pierwszy podszedł do jego biurka Struś.
Widzisz. Świetnie wyszło! – Umówili się na wieczorne piwo. Potem zaczęli przychodzić z gratulacjami inni. Bogatyrowicz zatelefonował po paru godzinach. – Trzeba cię do dobrego namawiać, ale jak się już zgodzisz, wszystko jest nawet lepsze. Trafione są te słowa krytyki, które poszukałeś i włożyłeś w tekst na własną rękę. Struś przyszedł z tym do mnie. Najpierw żachnąłem się, ale potem pomyślałem, że to lepiej. Nawet niesłuszne głosy mają prawo obecności. W rozsądnych granicach, oczywiście – roześmiał się. – No, moje gratulacje.
Ja też nie byłem w „Słowie” od początku – zwierzył się Struś przy trzecim piwie. – Przyszedłem z „Naszej Gazety”. – Czułno był zaskoczony. „Nasz Gazeta”, niszowy tygodnik, sytuował się nieomal na antypodach „Słowa”. – Byłem tam czas jakiś. Wewnątrz była nas nawet taka przyjacielska paczka. Ale na dłuższą metę nie mogłem tam sobie znaleźć miejsca. I jeden mój kolega, który pracował wtedy w „Słowie”, powiedział, że potrzebują utalentowanych, on tak powiedział, dziennikarzy jak ja. Przyszedłem z rezerwą, ze świadomością, że gdzieś pracować trzeba i że będę musiał w to nowe miejsce angażować się w stopniu minimalnym. Ale w „Słowie” zacząłem się uczyć. To był inny świat niż w „Gazecie”. Stwarzał perspektywy. Spotykałem się z wybitnymi intelektualistami. Zobaczyłem jak wątpliwe są wszystkie pewniki, którymi żyłem. Z początku było nawet ciężko. Nie potrafiłem dać sobie rady. Męczyłem się. I wtedy Józek, wiesz, ten od działu nauki, zaproponował mi psychoterapię. To znaczy, że on skontaktuje mnie z Filistynem, tak, tak, z samym Filistynem... – powtórzył nazwisko najbardziej znanego psychoterapeuty polskiego, jakby chciał rozwiać ewentualne wątpliwości Czułny.
I Filistyn przyjął mnie. Mówię ci – Struś nachylił się i złapał go za przegub. Mówił z namiętnością, o jaką Czułno nigdy by go nie posądzał. – To było jak ponowne narodzenie. Zrozumiałem tak wiele. Zrozumiałem, dlaczego kisiłem się kilka lat w tej „Gazecie”. To był symptom integracji pozornej. W rzeczywistości ujawniały się wtedy sprzeczności stereotypów, które narzuciło mi wychowanie tradycyjne. I to wszystko pękło, kiedy pojawiłem się w „Słowie”. Rozumiesz? Ja wcześniej chodziłem do kościoła. Wierzyłem, a raczej wmawiałem sobie, że wierzę. Kościół, wiesz, zwłaszcza kiedy odszedłem od „Gazety” i przyszedłem do „Słowa”, dawał mi jakąś ucieczkę. Wtedy również zawaliło się moje małżeństwo. To znaczy trochę wcześniej, ale wtedy... Zresztą mniejsza. I kiedy przyjął mnie Filistyn... Już niedługo zrozumiałem, że nie potrzebuję Kościoła. Uświadomił mi, że to była ucieczka, reakcja lękowa. Na początku nie rozumiałem, ale wreszcie pojąłem całym sobą. Co to za ulga! Wreszcie mogę być sobą. Zgubiłem stresy i frustracje. Przy Kościele trzymał mnie kompleks winy, a psychoterapia wyleczyła mnie z niego. Tak. Popatrz w jakiej jestem formie – Struś poklepał się po płaskim brzuchu – potrafię przebiec maraton i nikt nie daje mi mojej czterdziestki.
    Czułno nie słuchał uważnie. Dopiero teraz, po którymś piwie, zaczął się rozluźniać. Czuł jak ustępuje napięcie kumulujące się od kilku dni, które rano utrudniało mu oddychanie, choć przecież wiedział, że postąpił właściwie. Teraz dopiero, po kolejnym piwie przy akompaniamencie zwierzeń Strusia, które były wyrazem afirmacji, sygnałem przyjęcia go do grona wtajemniczonych, poczuł jak opada z niego ciężar. Był zmęczony, ale coraz bardziej spokojny.
Słuchaj! Skontaktuję cię z Filistynem! – Struś był zachwycony swoim pomysłem. – Wiesz, teraz to jest prawie mój przyjaciel. Bo to jest przyjaciel „Słowa”. To co? Umówić was?
Nie, nie jestem jeszcze gotowy – słabo zaprotestował Czułno. Ale właściwie: czemu nie? Byłoby to zabawne i chyba byłoby kolejnym etapem wtajemniczenia...
Jesteś pewien? To dla mnie żaden problem, wręcz przyjemność. Przecież będziemy razem pracować...
Nie, dziękuję. Może jeszcze nie dojrzałem – powiedział Czułno, słysząc jak tępo brzmi jego ironia wobec entuzjazmu Strusia.
No, sam musisz podjąć tę decyzję, ale jestem pewien, że do niej dojrzejesz. Zobaczysz. Pomożemy ci. O, przyszedł spóźniony. Nie chciałem ci mówić, ale jestem pewny, że to dla ciebie miła niespodzianka. Przyłączy się do nas sam Return. – Struś witał Returna na stojąco. Poderwał się również Czułno. Spotkanie takie było nobilitacją i chyba stanowiło kolejny etap inicjacji. Dopiero w tym momencie zauważył Kingę. Siedziała dość daleko, ale wyraźnie co jakiś czas spoglądała w ich kierunku. W większym towarzystwie, w którym Czułno od razu rozpoznał Igora. Zauważając jego spojrzenie, Kinga rozpromieniła się. Czułno uśmiechnął się do niej również, wykonując gest pozdrowienia.
Dobrą czołówkę zrobiłeś – rzucił Return, ujmując Czułnę może nawet bardziej tym, że przechodził z nim na ty niż pochwałą. – Ale ja też opublikuję u was coś wystrzałowego. I to już teraz, w ten weekend.
Powiedz coś, bo ja tylko słyszałem... Wiesz, dział Opinie jest poza mną. – Pomimo lekkiego zamroczenia Struś zrozumiał wskazówkę. Return nie dał się długo prosić. Rozciągnął się na krześle, wypijając spory łyk piwa i głęboko zaciągając papierosem.
Wiecie, chodzi o ewangelię świętego Judasza, która zostanie w następny weekend opublikowana w „Słowie”. Przepraszam – roześmiał się – oczywiście nie świętego, choć Judasza, i nie ewangelia. No, bardziej ortodoksyjni będą mówili, że to apokryf. Niech tam. Niech będzie apokryf, ale, jak większość apokryfów, z tych samych czasów, co ewangelie. I pisany przez Beniamina Iskariotę, syna Judasza. To niesamowite znalezisko. Zmienia nasze widzenie chrześcijaństwa. Przybliża nas do Chrystusa. Figura zdrajcy, który się wiesza, bo nie może znieść wyrzutów sumienia, to, w gruncie rzeczy, albo starotestamentalny relikt, albo pedagogiczne ujęcie. Takie, które pochodzi z czasów, gdy chrześcijaństwo stawało się bardziej porządkiem społecznym niż prawdziwą, Chrystusową wiarą. My możemy darować już sobie te pedagogiczne mitologie. Chrystus jest pełnym wybaczeniem, a Bóg jest wiedzą i prawdą. To pycha śmiertelników kusi ich do naznaczania grzeszników i zbawionych. Wyrokować o tym może tylko Bóg, a zresztą przecież piekło to także późniejszy, pedagogiczny mit...
Ale po co ciągle wracać do tych archaicznych wierzeń – Struś wykorzystał moment przerwy w monologu Returna, który przechylił kufel – do tego chrześcijaństwa, które musi obumrzeć? Jeśli psychoterapia pozwoli nam zrozumieć siebie, a więc uwolnić się od kompleksu winy, to po co religia...
Mylisz się. – Return dopił piwo i zapalił kolejnego papierosa. – Chrześcijaństwo jest archaiczne w swoim obecnym, kościelnym wydaniu, choć nawet wśród jego hierarchów odnajdziemy takich, co rozumieją ducha nowoczesności. Ale św. Paweł jest naszym współczesnym, jak pisze Alain Badiou. Trzeba tylko oskrobać go z tej teologicznej skorupy. Musimy odzyskać chrześcijaństwo.
Ale po co? Jeśli mamy psychoterapię... Ludziom trzeba pomagać, trzeba ułatwić im dostęp do psychologów...
Nie wiem, czy to wystarczy. Może skoro stare, wielkie narracje umarły, to my z ich okruchów musimy zbudować nowe, własne...

 

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale