130 obserwujących
53 notki
307k odsłon
  196   0

Rozdział Czternasty

    Z rozjarzonego prezydenckiego pałacu światła lały się na taras, gdzie przejmowały je i tonowały różowo mleczne latarnie, aby przekazać je niżej i dalej, bardziej jeszcze dyskretnym, zwieszonym wśród drzew ogrodu kolorowym lampionom. Pod osobnym zadaszeniem, w rogu tarasu, orkiestra grała „Summer time”. Nad tarasem powiewała banderola z coraz mniej czytelnym w zapadającej nocy napisem: „Krew na wagę złota”.
Naprawdę zależy ci na tym? – Sieradz siorbnął whisky patrząc na Nowaka z autentycznym zdumieniem. – Myślałem, że jesteś człowiekiem cienia. – Prezydencki minister roześmiał się, ale wyraz zdziwienia nie schodził mu z twarzy. – Dlatego, że interesują cię poważne rzeczy. Prawdziwa władza. Prawdziwe pieniądze. Że masz gdzieś ten blichtr i całe to... – Sieradz wykonał szeroki ruch ręką – świecące gówno. I nagle dowiaduję się... – siedzieli przy jednym z małych pseudorokokowych stoliczków rozrzuconych w półmroku między drzewami. Nowak kiwnął dłonią na kelnera, który nadbiegł z zastawioną tacką. Nowak wybrał odpowiednią szklaneczkę, powąchał i na moment zagłębił się w trunku. Groźnym spojrzeniem odprawił jednego z gości, który zbliżał się do nich, ale z przepraszającą miną wycofał szybko.
A myślisz, że człowiek może tak zawiesić wyższe uczucia? Władzy i pieniędzy mam dość, choć przecież wiemy, że nigdy nie można mieć dość władzy i pieniędzy. Ale uznanie... Myślisz, że wszystko mi jedno, że dużo mniej zasłużeni dostają Krzyże Komandorskie, a ja nic... Wiesz najlepiej, ile zrobiłem! Kto przygotowywał te misterne układanki, kto je wymyślał? Kto doglądał, aby wszystko biegło jak należy? – rozżalony Nowak duszkiem wychylił szklaneczkę i zakrztusił się.
Nie użalaj się nad sobą. – W głosie Sieradza dźwięczała nieomal pogarda. – Spłynęła ci z tego taka kasa... Wielu nie wie, że taka w ogóle istnieje... Słuchają cię...
Kto mnie słucha? – przerwał impulsywnie Nowak, kiwając znowu na kelnera. – Grupka. Nieliczni wiedzą o moim istnieniu. Nikt poza naszą małą, doborową grupką. – Nowak bardziej zaskrzeczał niż zaśmiał się. Sieradz wtórował: – Dobra, wiem, że tak ma być. Nauczyłem się tego, gdy byłem jeszcze ubekiem. Psem systemu. Nie każdy może być preziem. Można powiedzieć, sam wybrałem. Ale coś mi się za to należy! Jakieś uznanie. Człowiek chce, aby go doceniono. Publicznie. A ja co? Zapraszany jestem tylnymi drzwiami.
Nie przesadzaj. Niecnota chyba pierwszy raz trafił na taki oficjalny bal.
A ja co? Dobry jestem do radzenia... Dlaczego nie pomyśleliście o orderze dla mnie? Nie należy mi się? Nic was to przecież nie kosztuje!
Dobra – Sieradz był znudzony – pogadam z preziem.
Czekam – Nowak, choć nadal naburmuszony, ożywił się. – A to kto? – Ze skrzywieniem wskazał szklaneczką Czułnę, który kroczył przez ogród z przyczepioną mu do ramienia Kingą. – Co to za gówniarzy tu zapraszacie?
Nie wiesz? To nowy nabytek Bogatyrowicza. Piękny artykuł napisał o Syntetycznej Krwi. Powinieneś się cieszyć. Nawracamy ich. Z prawicowego hunwejbina stał się szacunku godnym dziennikarzem. Nowi entuzjaści przysporzą nam nowych zwolenników.
Byle nie kłopotów.
A słuchaj, tak szczerze... To przedsięwzięcie... ma duże szanse?
Pytasz jak dziecko – Nowak wyczuł przewagę. – Przedsięwzięcie jest po to, aby dawało forsę. Nam, inwestorom. Jak przy okazji coś wypali i taką krew syntetyczną zrobimy na dużą skalę, albo i coś więcej, to tylko lepiej. Tak trzeba robić, bo inaczej nie byłoby postępu. A czy ta akurat inicjatywa ma szanse? Skąd mam wiedzieć? Jedni mówią tak, inni inaczej... Ważne, żeby się kręciło. Na tym polega biznes.
    Czułno był dumny. Satysfakcję poczuł już gdy Bogatyrowicz rzucił mu od niechcenia, że dostanie zaproszenie na wielki bal prezydencki z okazji inauguracji Syntetycznej Krwi.
Prezydent chwalił twój tekst – Bogatyrowicz mówił, uśmiechając się nieco kpiąco. – Mówiłem ci, że to Polska i każdy dobry czyn zostanie wynagrodzony! Dostaniesz dwuosobowe zaproszenie. Mam nadzieję, że doceniasz wyróżnienie.
    Czułno doceniał. Kiedy prezydentowa mówiła do zebranych o znaczeniu, jakie ma inaugurowana właśnie inwestycja, co tak dobrze koresponduje z fundacją, za pomocą której ona, żona prezydenta, ale osoba prywatna, wraz z ludźmi dobrej woli starają się wspomagać potrzebujących... – wzruszył się. Potem żona prezydenta osobiście stanęła przed nim z wyplecionym fantazyjnie i przyozdobionym kokardami wielkim wiklinowym koszem pełnym czeków, na których pierwsza cyfra uzupełniona była zwykle czterema zerami, a tylko z rzadka pojawiały się pliki dwustu- i stuzłotówek, Czułno z wdzięcznością przypomniał sobie Bogatyrowicza, który uprzedził go o tym obyczaju i uspokoił, że kosz jest dla biznesmenów. Odruchowo jednak wysupłał pięćdziesięciozłotowy banknot zarabiając zdziwione spojrzenie Kingi i promienny uśmiech prezydentowej, przyozdobiony westchnieniem: – Pan... nie musiał. – Za chwilę zresztą zauważył, jak pierwsza dama opływa Bogatyrowicza wołając zawczasu. – Ty, Michale, dałeś już i tak więcej niż trzeba – mimo że Bogatyrowicz nie kwapił się do grzebania w portfelu.
    Przedstawieni zostali prezydentowi, który, marszcząc lekko czoło i potrząsając jego dłonią, powiedział: – Świetny artykuł napisał pan o naszym przedsięwzięciu. Rzeczywiście, doskonały. – Palce Kingi zacisnęły się na ramieniu Czułny. Napięcie ostatniej kłótni, którą sprowokowała jego lekceważąca wzmianka na temat obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego, a potem, jak zwykle, spór dotyczący spraw natury ogólnej przerodził się we wzajemne oceny już nie tylko postaw, ale i charakterów; napięcie, które unosiło się jeszcze między nimi przed bramą Pałacu Namiestnikowskiego, wyparowało w prezydenckich ogrodach.
    Nieco zagubieni przesuwali się między osobami, spośród których wiele rozpoznawali z gazet i telewizji, ale wielu nie kojarzyli wcale. Postacie wyłaniały się spomiędzy drzew, ze sfery cienia wchodziły w plamy światła, zbijały się w grupki, które znowu rozpadały się na pary, trójki, pojedyncze osoby ruszające, aby znaleźć nowych rozmówców i kolejne towarzystwo. Muzyka wydobywała je na światło i odprowadzała w noc.
    Podeszli do Bogatyrowicza, który żywo gestykulując perorował coś w otaczającej go grupce, co jakiś czas dobitną kwestią podkreślaną gestem wywołując chóralny wybuch śmiechu.
...nieświęci młodziankowie, z wypiekami na policzkach, spoconymi paluszkami grzebią w stosach donosów...
Popatrz, Dominika! – Kinga wskazała Czułnie niewyraźną kobiecą postać, która stała w towarzystwie kilku mężczyzn. Z bliska Czułno rozpoznał telewizyjnego potentata, Rafała Szczepańskiego, i Pawła Kaszubę, redaktora naczelnego „Kultury”. Z pewnego dystansu przyglądał się im Mieczysław Pasikonik.
Pytam się więc panów: ile kobiet ma stałe felietony w polskich gazetach, ile prowadzi programy, na przykład w pana telewizji?
No więc jak, Rafale? – Z półmroku między drzewami wyłoniła się prezydentowa. – Czy pani Dominika nie ma racji? I czy nie powinieneś zaproponować jej programu w swojej telewizji? Pokazała przecież wielką klasę nie pozwalając zamknąć swojej „Medei”. Nie pozwoliła narzucić sobie dyktatu obskurantów. A wszyscy wiemy, jak trudne jest to w... no, mniejsza o to. Chciałam wyrazić pani swój podziw. Pani zresztą wie, że interweniowaliśmy w pani sprawie...
Tak, i bardzo chciałam i pani, i pani mężowi podziękować. – Bies rozpływała się w czułym uśmiechu. – Mamy prawdziwe szczęście, że to właśnie pani mąż jest prezydentem.
No wie pani, trudno chwalić tak męża, który zajmuje oficjalne stanowisko, ale będę niepoprawna. Jestem pewna, że to dobry prezydent. No więc jak, Rafale? Uzgodnimy coś publicznie. Znajdziesz miejsce dla nowego głosu kobiet polskich? – Uśmiechnęła się do Szczepańskiego. Orkiestra grała temat z „Barona cygańskiego”.
Przecież wiesz, że twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. – Spojrzenie spod ciężkich powiek pozostało nieodgadnione. – Wprawdzie pani Bies nie ma racji i mamy pewnie tyle samo programów prowadzonych przez kobiety, co przez mężczyzn, ale, niezależnie od tego, myślałem już o miejscu dla niej w naszej telewizji. Pokazała klasę i na pewno znajdzie grono wyznawczyń i wielbicielek. Przecież Medea była czarodziejką.
Czarownicą – dopowiedziała z uśmiechem Bies. – Taką, przed którą drżeli mężczyźni. I mieli po temu powody.
I niech pani pamięta, że nasze łamy zawsze są przed panią otwarte – zaznaczył swoją obecność Kaszuba. – Pani kolega, pan Pasikonik gości na nich ostatnio dość często, a pani opublikowała tylko jeden artykuł.
Sprawa „Medei” tak bardzo zajmowała mnie ostatnio, że miałam problem z czasem, ale teraz postaram się pana nie zawieść.
Dziękuję panom – prezydentowa przejęła prowadzenie. – A pan Pasikonik... – z wysiłkiem usiłowała coś sobie przypomnieć spoglądają na uśmiechającego się i przestępującego z nogi na nogę młodego człowieka.
Oto on. We własnej osobie. Redaktor pisma „Praktyka Zaangażowana”, intelektualnego fundamentu nowej lewicy – skwapliwie tłumaczył, przedstawiając go Kaszuba.
A, to pan... – czułym głosem, wyrażającym pełną niewiedzę, odezwała się prezydentowa, wyciągając dłoń w kierunku Pasikonika. – Cieszę się, że wreszcie mogę poznać. No cóż, muszę państwa przeprosić, chociaż było tak ciekawie, powinnam zająć się również innymi gośćmi. – Grupka rozsypała się.
Pretensjonalna idiotka – warknął Pasikonik, nachylając się do Bies.
Przesadzasz – zamruczała rozczulona feministka. – Wzięli przecież naszą stronę. –A co mieli zrobić? Grają nami. To my im jesteśmy potrzebni.
Tak, jak oni nam. Nie zapominaj o tym. – Bies była w doskonałym humorze. Gotowa była bratać się z całym światem; całym światem w prezydenckich salonach i ogrodach.
Nie, nie zapominam, dlatego tu jestem. Ale to jest Titanic, warto, abyś miała tego świadomość. – Zapatrzona zwykle w rozmówcę w czułym napięciu twarz Pasikonika krzywiła się teraz w skurczu niechęci. Bies spoglądała na niego zdumiona. Orkiestra grała motyw z „Titanica”.
Nie mówię, że dziś czy jutro, ale już niedługo ci tu – Pasikonik zatoczył dłonią krąg obejmujący prezydencki pałac, ogrody i bliżej niesprecyzowaną przestrzeń wokoło – ta złota armada zderzy się ze swoją lodową skałą. To już niedługo. Niedługo w historycznych miarach. Może za lat pięć, może za dziesięć. Przecież powinnaś rozumieć! Nie powinny cię zadowalać te błyskotki, artykuliki, programy telewizyjne...

 

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale