doomer doomer
55
BLOG

RÓWNOŚĆ - mit, który trzeba obalić !

doomer doomer Polityka Obserwuj notkę 6

Niestety - będzie to kolejny wpis o tym w jaki to okrutny, obrzydliwy sposób próbuje się ograniczyć (mocno ograniczoną już zresztą...) swobodę dziennikarzy przebywających w Sejmie. Tak więc uprzedzam: jeśli ktoś ma już tego wątku dosyć (poodbnie zresztą jak ja...) może sobie odpuścić czytanie tego wpisu. Pragnę jedynie zaznaczyć, że będzie miał on, "nieco" inny charakter, w dość wyraźny sposób, odbiegający od "jedynie słusznej koncepcji" prezentowanej w mediach wszelkiego rodzaju. Dlaczego jednak pojawia się on dopiero teraz? Sprawa jest prosta: przyznać się muszę, że miałem początkowo (jak się okazało później: cakłowicie niesłusznie) nadzieję, iż komentatorzy potraktują pomysł Marszałka z nieco większym "wyczuciem" i rozwagą, ograniczając swoje złośliwe, często bezpodstawne (bo szczegółów wciąż nie znamy), oceny. Stało się niestety inaczej. Ale nic to. Jako, że rozczarowanie, szczególnie w dziedzinie polityczno - społecznej, nie jest niczym nowym w naszym kraju, wzruszyłem tylko ramionami. Postanowiłem jedynie zosawić swój komentarz do tego wydarzenia. Zapytacie "po co? przcież już po ptokach..." - z prostego powodu: spokój sumienia, świadomość, iż nie przeszedłem bezczynnie obok nagromadzenia bredni jakie pojawiły się w tym czasie we wszelkiego rodzaju komentarzach. 

W zasadzie trudno w tym natłoku i chaosie argumentacyjnym znależć jakis punkt wyjścia. Jest tego tak dużo, że nie wiadomo od czego zacząć. To były moje pierwsze wrażenia. Jak się później okazało, wrażenia mylne, charakterystyczne zresztą dla tego typu zjawiska (tzw. "pierwsze wrażenie"). Podstawą okazała się RÓWNOŚĆ, a konretniej jej domniemane zagrożenie, wynikające z przedstawionego pomysłu. Rozpisywać się nad sensem tego zagadnienia nie mam zamiaru, gdyż na ten temat napisano wiele książek, prac, felietonów etc. Mój stosnek do tego wyrażenia wyraża tytuł tej notki, więć dyskretnie pominę uzasadnianie mojej opinii. Wracając więc do problemu: otóż nagle (tj. tuż po wywiadzie Marszałka dla pewnego tygodnika) podniosła się wrzawa, że oto dokonuje się zamach na niezależność dziennikarzy, a co za tym idzie, samych mediów. Pojawiły się opinię, że oto nadochodzi nowy ład, którego symbolem, będzie dobieranie sobie dziennikarzy wygodnych, a odstawianie na boczny tor tych mniej wygodnych. Jednym (w sumie dwoma, żeby nie napisać: APOKALIPSA) słowem: SKANDAL I HAŃBA. Argument o tym, że ktoś (w domyśle: Marszałek i partia rządząca) będzie sobie dobierał dziennikarzy np. dopuszczając jedynie tych z np. Rzepy, TV Trwam, Gazety Polskiej etc. w zasadzie można pominąć ze względu na jego absrudalność. Bo proszę wybaczyć, gdyby taki pomysł zgłaszała Samoobrona ustami Pana Filipka, to faktycznie możnaby się na chwilkę przy tym zatrzymać, ale jeśli robi to Ludwik Dorn (Marszałek!), to zahacza to o absurd (żeby sobie uzmysłowić jak wielki, wystarczy wyobrazić sobie, co działoby się po wprowadzenia takich podziałów...). Żeby było śmieszniej, dużo czasu nie minęło, jak pojawiła się informacja o tym, że pewe PODZIAŁY już istnieją. Oto Pan Krzystof Leski, znany i lubiany bloger (do Pana Leskiego jeszcze wrócę) napisał , iż różnice w traktowaniu dziennikarzy i ich dostępie do pewnych miejsc w Sejmie (a co za tyim idzie: posłów) istnieją nie od dziś. Co więcej, nie przypominam sobie aby ktoś przeciwko temu protestował. I żeby było śmieszniej: nikt nie protestuje pomimo, iz miałby do tego zdecydowanie WIĘKSZE PODSTAWY, niż w przypadku oropozycji Ludwika Dorna. Dziwna sprawa, ale nikt tego wcześniej nie zauważył. Na czym polega na różnica? Już wyjaśniam.

Propozycja Pana Ludwika Dorna, a konretniej podział dziennikarzy, miał się opierać na tym, iż pewni dziennikarze są bardziej zainteresowani tym co się dzieje w Sejmie, a pewni mniej, toteż należy ułatwić pracę tym, bardziej zainteresowanym kosztem tych nieco mniej pracowitych. A więc jaka jest podstawa tego podziału? Podstawą jest zatem WIEDZA, CHĘĆ oraz STATUS (wypracowany dzięki, między innymi, WIEDZY i CHĘCI), czyli coś co w ZNAKOMITEJ WIĘKSZOŚCI zależy od samych dziennikarzy (swoją drogą: nie chce mi się wierzyć, że dziennikarze nie znają się na tyle aby móc ocenić, który jest bardziej bystry a który mniej. To samo tyczy się relacji na poziomie dziennikarz-polityk). Człowiek z wiedzą na pewnym poziomie i świadomością powagi miejsca, nie podejdzie i nie powie "ja mam pytanie w sprawie patriotyzmu" (chociaż cel słuszny, jednak forma pytnia pozostawia wiele wątpliwości...). Podział ten, ma więc przebiegać wedle subiektywnych czynników, których poziom zależy głównie od samych zainteresowanych. Obecne przepisy regulują tę sprawę w inny sposób. Oto, krótki fragment z wpisu Pana Leskiego:

"Grupa 1 to posiadacze stałych przepustek z adnotacją Kuluary. Ponoć kilkadziesiąt osób. Mogą wejść wszędzie prócz sali obrad i zamkniętych posiedzeń komisji. Formalne kryteria przyznawania: praktycznie codzienna praca w Sejmie.

Grupa 2 - kilkaset, może nawet tysiąc osób: przepustki stałe bez kularów, czyli bez wstępu do korytarza okalającego salę plenarną. Kryteria: regularna praca w Sejmie."

Wątpliwości pojawiają się juz na samym początku. Co oznacza "regularna praca w Sejmie"? Czy za "regularną pracę" można uznać 4 wizyty w tygodniu? Czy może 3 wizyty już wystarczą? Nie wiem jak inni, ale ja nie znam odpowiedniej definicji (a już na pewno nie takiej, która pasowałaby do tej sytuacji) tego pojęcia: owszem, można brać pod uwagę częstotliwość jako punkt odniesienia, jednak częstotliwością mogą być zarówno odstępy 2 dniowe jak i 5 dniowe, pytanie więc, gdzie istnieje granica pomiędzy regularnością a jej brakiem. To pierwsza sprawa. Druga dotyczy tego, dlaczego ktoś niewystarczająco obecny (wg tych kryteriów) w Sejmie, ma mieć ograniczony dostęp? Dodajmy: nieobecnym można być z różnych, częśto obiektywnych względów takich jak praca, obowiązki. Dziennikarze, którzy wyrobili już sobie odpowiednią markę często-gęsto maja również inne zajęcia, często związane również z dziennikarstwem (czyli pracują w tym samym charakterze, tylko poza Sejmem). Można to porównać do sytuacji, kiedy wykładowca na studiach, odmawiałby udziału w egzaminie komuś, kto nie uczęszczał na wykłady, co jest przecież absurdem (wciąż jednak istniejącym...), gdyż student może równie dobrze uczyć się w domu i napisać egzamin na 5, bez wcześniejszego udziału w wykładach. Jak więc jest możliwe, że nikt nie protestuje przeciwko znacznie bardziej niesprawiedliwemu podziałowi, który njiak ma się do, podnoszonej tu "równości w dostępie do informacji", a "drze się szaty", kiedy tak naprawdę, próbuje się pomóc tym dziennikarzom, którzy coś sobą reprezentują? Nikt mi przecież nie wmówi, że w Sejmie, wśród dziennikarzy istnieje absolutna równość jeśli chodzi o wiedzę np. o obecnie rozpatrywanych i przygotowywanych ustawach, o pracy komisji, ministrów etc. czyli o tym co tak naprawdę powinno byc istotą zainteresowania i pytań dziennikarzy.Zresztą kto pamięta konferencję pożegnalną Pana Radosława Sikorskiego, ten doskonale wie, że sam były minister, był łaskaw zwrócić uwagę na tę nierówność: co prawda nie dosłownie, ale jednak (wspominawszy, iz pewnego dziennikarza będzie mu szczególnie brakowało, ze względu na jego zainteresowanie i wiedzę o prowadzonym przez Pana Sikorskiego, resorcie). Nie wierzę również w to, że dziennikarze nie mają do siebie wzajemnych pretensji. Przecież przy obecnym stanie rzeczy, dziennikarka np. z Wąchocka, która przyjechała do Sejmu w ramach np. Sex Afery, chcąc zadać pytanie " a czy to prawda, że bzykał Pan...?", zabiera tym samym czas i miejsce komuś kto, delikatnie mówiąc, prezentuje wyższy poziom, nie tylko pod względem wiedzy, ale również świadomość, gdyż np. doskonale wie, że pytana osoba albo nie odpowie na to pytanie, albo odpowie NIE: bo kto o zdrowych zmysłach przyznałby do takich rzeczy. Zresztą każdy z nas doświadczył z całą pewnością podobnych, mało przyjemnych sytuacji np. na studiach, kiedy to profesorowie, przeznaczali pewną część wykładu (niekiedy nawet cały wykład) na zadawanie pytań, a pewnym osobom, nie udawało się zadać jakiegoś istotnego pytania (np. ze względu na niedostępność źródła, w którym miała znajdować się odpowiedź), gdyż ktoś był szybszy i zadał pytanie, na które odpowiedź bez problemu można znaleźć "odpalająć" pierwszą, lepszą przegądarkę internetową. Ile to razy człowieka krew zalewala, kiedy w podstawówce po ogłoszeniu przez Pania nauczycielkę dyktanda, najpierw padały pytania o to jakim kolorem można pisać, a jaki zeszyt trzeba przynieść etc. a na końcu, ktoś  zapytał Z CZEGO BĘDZIE TO DYKTANDO. Żeby to jeszcze bardziej zilustrować, można podać taki oto przykład: do 1 litrowej butelki można zarówno wlać 1 litr dobrej Whisky jak i 1 litr "jabola". NIech mi ktoś spróbuje wytłumaczyć w jaki, cudowny sposób jest możliwa równość JAKOŚCIOWA pomiędzy tymi dwiema butelkami. Bo własnie to obecnie próbuje się nam wmówić. Co prawda słabo to idzie, ale niektórzy to podchwycili. 

Dodatkowo śmieszy mnie ta, wg mnie, pozorna solidarność dziennikarska. Za Chiny Ludowe, nikt mi nie wmówi, że wszyscy w tym środowisku kochają się bezgranicznie, nie dopuszczając do siebie czegoś takiego jak konkurencja. Jestem niemal przekonany, że wzajemne pretensje o odbieranie czasu na pytania, są codziennością. Przecież nigdy nie zdażyło się tak, iż WSZYSCY obecni dziennikarze, byli w stanie zadać swoje pytania, co prowadzi do prostego wniosku, że skoro komuś udało się zadać pytanie to komuś się to nie udało(Ileż to razy, padały pewnie, pretensje w stylu "Baśka, po co Ty zadawałaś to pytanie? przecież to było oczywiste, że on i tak nie odpowie..."). Jaka jest jakość zadawanych pytań na różnego rodzaju konferencjach to każdy chyba wie. Obecna propozycja może być dobrym wyjściem do próby rozwiązania tego problemu. Może uda się uniknąć sytuacji, kiedy ministrowie będą prezentowali nową ustawę, a z sali będą padały pytania typu "to kiedy poda się Pan do dymisji?", "czy to prawda, że jest konflikt pomiędzy Panem a...?".  

Dodatkowym plusem może byc ograniczenie zjawiska niedoinformowania, które może prowadzić do dezinformacji zarówno dziennikarza jak i społeczeństwa. Niedoinformowanie może wynikać z całkowitego braku danej wiedzy jak i z cząstkowego jej braku. O ile to pierwsze jest mniej groźne, gdyż zazwyczaj ten kto nie wie nic na dany temat siedzi po prostu cicho, tak w przypadku tego drugiego zjawiska, skutkiem może być dezinformacja odbiorców tj. społeczeństwa(pomjiam sytuacje, kiedy ktos dezinformuje ŚWIADOMIE, bez posiadania jakiej kolwiek wiedzy). W przypadku kiedy dziennikarze o dużej sile przebicia w mediach, muszą nieustannie walczyć o miejsce z dziennikarzami, którzy piszą do np. gazetek lokalnych, prawdopodobieństwo nidoinformowania jest zdecydowanie większe, niż w sytuacji kiedy mieliby swobodny dostęp do tych, którym chcą zadać pytanie. Bo umówmy się, wybierając mniejsze zło, wolałbym aby posiadaczem danej infromacji udzielonej przez danego Ministra, został dziennikarz o lepszej pozycji w zawodzie, niż ten z "dolnej półki". Powód jest prosty: jesli isotna informacja dotrze do dziennikarza o gorszym statusie, to pożytku i tak z tego będzie niewiele, ze względu na "pole rażenia" danego dziennikarza. Skutkiem niedoinformowania bardziej znaczącego dziennikarza może być właśnie dezinformacja, które ulec może zarówno sam dziennikarza jak i jego potencjalni odbiorcy. W przypadku odwrotnym, tj. kiedy niedoinformowany jest dziennikarz o mniejszej sile przebicia, "ofiar" może byc zdecydowanie mniej. Dodatkowym plusem DOINFORMOWANIA dziennikarza bardziej wpływowego może być to, iż odpada mu argument (w przypadku, kiedy chciał dezinformować społeczeństwo ŚWIADOMIE), iż nie dostał pełnej informacji, nie przekazano mu wszystkich szczegółów etc. W tym przypadku może mieć pretensje jedynie do siebie, że o nie NIE ZAPYTAŁ, mając ułatiowny dostęp do źródła, jakim są np. posłowie. 

Jak widać sprawa jest dośc złożona. Pozostaje wiele aspektów, których nie poruszyłem, a które (mam nadzieję), mogą zostać poruszone na zbiżającym się spotkaniu Marszałka z dziennikarzami. Osobiście nie potrafię zrozumieć tego oburzenia środowiska dziennikarskiego. Dla przykładu, we wczorajszym programie "Teraz My", mimo iż program dotyczył czegoś zupełnie innego ("cycki na drodze"), jeden z gości (kobieta) nie omieszkał wspomnieć na koniec swojego czasu, o omawianym wyżej "problemie" (coś na zasadzie: "niby rozmawiamy o czym innym, ale pamiętajcie o tym jaki ten rząd jest głupi i zły"). Prowadzący oczywiście mieli zniesmaczone miny, co wydaję się być dziwne, gdyż komu jak komu, ale dziennikarzom TVN-u, powinno najbardziej zależeć na tych ograniczeniach. W końcu, miedzy innymi, przez ten swobodny dostęp, została poturbowana ich koleżanka. Wszystko to zamyka się w przekonaniu o tym, że wszyscy są równi. Mam mała propozycję. Proponuje wszystkim urażonym i dotkniętym pomysłem Marszaka, aby zorganizowali masowy protest przeciwko np. KOSZYKÓWCE, zakończony bojotem wszelkiego rodzaju rozgrywek tej dyscypliny. Dlaczego? No, kto to słyszał, aby 90% zwodników miało wzrost, oscylujący w okolicach 190 cm. Przecież to jawna dyskryminacja niskich ! Sprawa jest o tyle okrutna, że przecież LUDZIE, osobiście, nie mają praktycznie żadnego wpływu na swój wzrost. W jaki więc, barbarzyński rzecz jasna, sposób coś co jest w dużej mierze NIEZALEŻNE (tak jak wspomniane wcześniej obowiązujące zasady przydzielania przepustek do Sejmu ! ), może decydować o dostępie do zawodu/pracy jaką jest profesjonalna gra w koszykówkę ! Wzywam więć: NA BARYKADY !

PS- Obiecałem, że wrócę jeszcze do Pana Krzysztofa Leskiego: chciałbym w tym miejscu pogratulować Panu, trzeźwego umysłu, jak i tego ,że potrafił Pan ze spokojem spojrzeć na przedstawioną propozycję i nie tylko zasygnializować, iż nierówność już istnieje, ale również wstrzymać się z osądami aż do momentu poznania szczegółów. Jest to tym bardziej godne podziwu, gdyż większość Pana kolegów "po fachu" tego nie potrafi. Życzę więc Panu aby na zbliżającym się spotkaniu z Marszałkiem (gratuluję zaproszenia, swoją drogą ), spróbował przyczynić się Pan do nadania odpowiedniego kształtu temu pomysłowi, i aby wszystko to skończyło się z pożytkiem dla dziennikarzy. Może jeszcze kiedyś sami za to podziękują... ;)

PZD.

 

doomer
O mnie doomer

" My, liberałowie, wyznawaliśmy kiedyś nasz liberalizm niefrasobliwie, bo uważaliśmy go za oczywistość. Ale liberalizm został zaatakowany, więc od tej pory wyznajemy go zaciekle, jak religię. My, zwolennicy patriotyzmu, uważaliśmy kiedyś, że patriotyzm jest postawą racjonalną i nie zastanawialiśmy się nad nim wiele. Teraz już wiemy, że jest to postawa irracjonalna i mamy pewność, że jest słuszna. My, chrześcijanie, nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, ile filozoficznego zdrowego rozsądku tkwi w misteriach chrześcijańskich, póki nie pokazali nam tego antychrześcijańscy publicyści " G.K. Chesterton - "Heretycy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka