Jakiś czas temu, Pan Janusz Korwinn Mikke opublikował na swoim blogu pewien, dość znamienny i kontrowersyjny tekst. Tekst ten opatrzył tytułem "Manifest Noramlności". Dla tych, którzy byliby zainteresowani treścią owego manifestu podaję link:
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID186649585,index.html
Mam jednak świadomość, iż zarówno sama treść jak i fakt, wygłoszenia owego "sprzeciwu" przez taką a nie inną osobę, może stać się wystarczającym powodem aby ominąć podany wyżej link szerokim łukiem , toteż dla pełnego zrozumienia kontekstu, wypadałoby streścić, nie tyle jego zawartość, co samą przyczynę jego powstania.
Manifest ten został napisany w momencie, kiedy Pan Janusz Korwin Mikke stał sie tzw. "najpopularniejszym bloggerem" wśród polityków (największa liczba odwiedzin strony). Jak już napiałem, treść zostawiam w spokoju, bo ani rzecznikiem prasowym Pana Janusza nie jestem, ani nie ma ona wiele wspólnego z tematem mojego wpisu. Ważniejsza jest natomiast sama przyczyna powstania "Manifestu", która w przeciwieństwie do treści, łączy się z bezpośrednio z powstającym własnie wpisem.
W skrócie: "Manifest Normalności" powstał w wyniku, swego rodzaju, rozdrażnienia, wynikającego z obserwacji obecnych tendencji społeczno – politycznych, głownie na arenie europejskiej. I w zasadzie wystarczy. Otóż owe uczucie rozdrażnienia, frustracji, czy jak to jeszcze nazwać można, towarzyszy mi przez ostatnie kilka tygodni. Różnica leży jedynie w przyczynie owych emocji.
Cóż więc takiego się dzieje, że powoduje u mnie(chociaż obserwując salon, dotyczy to nie tylko mojej, skromnej osoby) to aż tak skrajne emocje? W zasadzie tytuł rozwiewa wszelkie wątpliwości. Bezpośrednią przyczyną stały się przekonania głoszone przez znanych publicystów (nie tylko) w sprawie tzw. internetowej anonimowości.
Zakładam, że każdy, kto choć raz dziennie odwiedza salon, orientuje się w, dość „głośnej” sprawie, blogerki Kataryny. Streszczać całego sporu nie mam zamiaru, swoje zdanie wielokrotnie wyrażałem zarówno w komentarzach jak i własnych notkach ( np. http://doomer.salon24.pl/11995,index.html). Problem jednak wciąż jest aktualny. Kiedy mogło się wydawać, iż kwestię anonimowości w sieci mamy już „ za sobą”, raz po raz, ukazują się komentarze osób, które najzwyczajniej w świecie nie mogą się pogodzić z istnieniem, takiej a nie innej, formy publikacji. I w sumie problem nie dotyczy samej egzystencji tej formy. Problem w większej mierze dotyczy wagi owych publikacji. Nagle okazało się, iż coś z pozoru niewinnego, skazanego na swoiste getto, przeobraziło się w poważny głos w dyskusji. Blogi zaczęły być cytowane przez czołowe portale internetowe, a ich obecność można było zauważyć nawet w poważnych tygodnikach. Coś co kiedyś było traktowane jak „ciekawostka przyrodnicza”, urosło do rangi równorzędnego partnera w dyskusji z czołowymi mediami. I znowu problem wydaje się nie leżeć w samej konkurencji. Problemem okazał się fakt, iż konkurencja stały się....anonimowe osoby. Na najpopularniejszym serwisie internetowym pojawiają się cytaty z wypowiedzi kogoś kto ukrywa swoja tożsamość, kto może nawet nie jest dziennikarzem, kto może nie ma tytułu naukowego etc. Skandal, bo przecież jeśli na stronie głównej danego serwisu widnieje wypowiedz tzw. „anonima”, to jest to równoznaczne z ograniczeniem miejsca dla kogoś kto uważany jest za poważnego dziennikarza (x -1 ). Co gorsza: nawet nie wiadomo jak z kimś takim „walczyć”, w myśl zasady „you cannot kill what you cannot see”.
I tutaj w zasadzie dochodzimy do prawdziwego sedna. Owy opór pewnych osób, ich brak akceptacji takiej a nie innej formy prezentowania swoich myśli, bierze się z traktowania dyskusji jako formy personalnej szermierki (chociaż, jeśli chodzi o kategorie sportowe, słowo "zapasy" byłoby tu bardziej adekwatne) . Nie od dziś wiadomo, iż w pewnych kręgach, ważniejsze jest to KTO co mówi, niż CO kto mówi. Z pewnymi osobami po prostu nie wypada się zgodzić, bez znaczenia czy słusznie prawi czy gada głupoty. Po prostu nie wypada. Kwestie merytoryczne, treść – NIE FORMA - , zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca otoczce, formie, erystycznym sztuczkom etc. Osobiście nie widzę innego wytłumaczenia. Bo czym można wytłumaczyć krytykę czegoś co dla wielu, w tym dla mnie, jest gwarantem braku ‘kagańca myślowego”, zerwaniem ze smyczy tego czego na co dzień nie jesteśmy w stanie powiedzieć/napisać? Ktoś może powiedzieć: „skoro boisz się przedstawiać racji podpisawszy je swoim imieniem i nazwiskiem, to nic one nie znaczą”. Błąd. Tu nie chodzi o to czy ktoś się czegoś obawia czy nie. To, że zjawisko wyrażania poglądów przez internet stało się tak powszechne, nie wiąże się w żaden sposób z obawami lub strachem. Wiąże się natomiast z naturalnymi barierami jakie każdy z nas musiałby pokonać aby dopuszczono go do głosu w innej formie, niż ta charakterystyczna dla internetu. Wiele osób traktuje to również jako hobby, coś co robi się „po godzinach”. Nikt z obecnych tutaj nie zarabia na prowadzeniu bloga. Nie wpisuje zysków z tej „działalności edukacyjnej” do spisu korzyści majątkowych etc. Czy aby zbierać znaczki, muszę na każdym kroku spowiadać się ze swojej tożsamości? Czy wyrażając swoja opinię o płycie danego zespołu, bez znacznie czy robię to w „realu” czy internecie, muszę zacząć od przedstawienia się? Tracicie dystans drodzy „bloggerzy”. Zacierają wam się realia. Parafrazując, kultowy już, tekst z pewnego filmu:
"
- This is real world!
- Real world?!
- This IS INTERNET !!!
”
Otóż informuje wszystkich „niepokornych”. To nie WY jesteście tutaj gospodarzami. To nie WY ustalacie tutaj reguły. „Jeśli wkraczasz między wrony musisz krakać jak i ony” – czy wam się to podoba czy nie. W każdej chwili jestem w stanie ujawnić swoją tożsamość (podejrzewam, że nie tylko ja), jednak powstanie zasadnicze pytanie: PO CO? Żeby zaspokoić próżność pewnych osób, którzy już dawno zapomnieli, iż w dyskusji ważne są poglądy, przedstawiane racje, argumenty etc. a nie to czy mówi to osoba znana z imienia i nazwiska czy anonim? Niech mi ktoś z jaśnie wielmożnych reformatorów wytłumaczy, czym różni się stwierdzenie anonima w internecie, iż „wczoraj padał deszcz w Warszawie”, od stwierdzenia tego samego, przez znanego prezentera pogody, skoro FAKTYCZNIE TEN DESZCZ PADAŁ? Czym różni się rzucona obelga przez kogoś kogo znamy z imienia z nazwiska, od obelgi rzuconej w interencie (poza tym, że jednemu można dać w mordę, jednak o tak barbarzyńskie metody, nie podejrzewam żadnego ze szlachetnych salonowiczów)? Nie wiem jak inni, ale ja obok bezpodstawnych obelg przechodzę obojętnie zarówno w pierwszej jak i drugiej sytuacji. Podważając anonimowość w sieci, podważacie coś co jest podstawą funkcjonowania całej tej machiny jaką jest INTERNET. To tak jakby ktoś próbował zakwestionować niezależność medialną lub przyciąganie ziemiskie. Domagając się zniknięcia anonimowości (tj. krytykując jej istnienie) na salonie, domagacie się wprowadzenia tego samego na WSZYSTKICH, INNYCH STRONACH INTERNETOWYCH. Jak to jest, że w niemal wszystkich miejscach w sieci, na forach, innych blogach, stronach tematycznych etc. te zasady są jasne dla wszystkich, a tutaj jest to wciąż tematem dyskusji, która i tak (mam nadzieję) nic nie zmieni? Jakim cudem tak wiele osób jest uczulonych na anonimowość? Może niektórzy chcieliby po prostu, pewnego pięknego dnia, „wykrzyczeć się” i walnąć parę nieładnych epitetów pod adresem swoich kolegów redakcyjnych, ale funkcja jaką pełnią im na to nie pozwala? Jeśli tak to miejcie pretensję tylko do siebie: to wy wybraliście taką a nie inna pracę, która w oczywisty sposób krępuje wasze ruchy i środki ekspresji jakich możecie używać. Anonimowość to fundament. Zrezygnować z tego przywileju może każdy, jednak zrobi to tylko wtedy KIEDY SAM UZNA, że mu się tak podoba, dokonując bilansu „zysków i strat”, akceptując wszelkie tego konsekwencje. Próbując wymusić na kimś rezygnację z PODSTAWOWEGO PRAWA, nic nie zyskacie: co najwyżej narazicie się na śmieszność (w wypadku niektórych, mamy do czynienia z formą dokonaną). Jak zauważono, tutaj wszyscy traktowani są na równi. Ocenia się teksty a nie osobę, która je napisała. Tekst znanego dziennikarza poddany jest takiej samej krytyce co zwykłego, szarego blogera. I chyba to jest to od czego odzwyczaili się co niektórzy. Można odnieść wrażenie, że skoro teksty „przetrwały” krytykę redaktora naczelne, to przetrwają one wszystko. Nic bardziej mylnego. Tutaj jesteście „nadzy”. Każda literówka, plagiat, kłamstwo, nieścisłość etc. zostaną prędzej czy później wykryte. Fakt: polemika na łamach prasy, gdzie ma się sporo czasu na zebranie argumentów, gdzie zazwyczaj zdarza się polemizować z jedną, dwoma osobami jednocześnie, to nic w porównaniu z tym w jakim tempie pojawiają się komentarze w internecie, jak i to z jaką łatwością dochodzą one do autora. Różnica jest ogromna. Rozumiem rozgoryczenie, jednak nikt was do tego nie zmusza. Zyskać można wiele, jednak równie wiele można stracić. Wybór należy do nas wszystkich. Dla mnie jest on oczywisty. Szkoda, że nie wszyscy to do końca rozumieją.
I na koniec cytat:
„ Dzięki niechaj będą przyrodzie za niezgodę, za zawistną rywalizację, próżności, za nigdy nie zaspokojoną żądzę posiadania, a nawet władzy! Bez tych przywar wszystkie znakomite zadatki wrodzone ludzkości pozostałyby na zawsze nierozwinięte”
Toteż, moi drodzy, kłóćmy się! Spierajmy się ! „Rozwalajmy” nasze teksty wzajemnie! Niech uginają się pod natłokiem ARGUMENTÓW a nie nad siłą NAZWISKA. Mam szczerą nadzieję, iż ktoś „rozłoży” ten tekst na czynniki pierwsze, i zdanie po zdaniu, udowodni mi, że nie mam racji, po czym JEDNAK, pozwoli mi zrobić to samo z jego tekstem. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli to odpowiem na każdy, racjonalny zarzut, bez względu na to czy napisze to anonim czy "czerowny". Nic nie działa tak mobilizująco jak konstruktywna krytyka. Niby truizm, ale jakże zapomniany...
PZD.



Komentarze
Pokaż komentarze