Ciężkie czasy nastały dla ludzi o prawicowych poglądach. Niby nigdy nie były one zbyt przyjazne, jednak dziś stawiały czoło innemu, nie mniej uciążliwemu, problemowi. Mowa o problemie mnogości i rozdrobnienia.
Problem ten zauważyło wielu z tutejszych bywalców, miedzy innymi Pan Adam Wielomski w swoim wpisie: http://adamwielomski.salon24.pl/24871,index.html.
O ile np. 2 lata temu podczas wyborów, statystyczny prawicowy wyborca, miał przed sobą (praktycznie) dwie alternatywy: PiS i PO, to dziś sytuacja nie jest już tak klarowna. Na scenę z większym zapałem wkroczyła UPR – nie mała w tym zasługa Pana Janusza Korwina Mikkego i jego decyzji o założeniu internetowego bloga. Pojawiła się również Prawica RP: odprysk od PiS-owskiego głazu. Celowo nie napiszę nic o LPR, gdyż o partiach „narodowych w formie, socjalistycznych w treści” nie zamierzam wspominać w kontekście prawicowej wizji programu politycznego i państwa.
Dziś sytuacja ta się komplikuje. Komplikacje wynikają nie tylko z mnogości potencjalnych dróg głosowania, ale również z racji nowych faktów, które wyszły na jaw w ostatnich miesiącach – chyba, że ktoś będzie zasłaniał się za dysonansem poznawczym, udając, że nic się nie stało, ale nie róbmy z wyjątków reguły.
I tak oto, główną ofiarą owych „nowych faktów” stała się w dużej mierze Platforma Obywatelska, czyli partia, która dotychczas stanowiła drugą, największą alternatywę dla prawicowego elektoratu. Na wierzch wypłynęły sprawy związane ze sposobem rządzenia członków PO (vide sprawa „układziku warszawskiego” Pani Gronkiewicz Waltz), nieumiarkowanie i zacietrzewienie w formie prowadzenia debaty publicznej (vide przekraczanie wszelkich granic przez Pana Niesiołowskiego) czy, co wydaje się najbardziej istotne, ich poglądy i idee dotyczące wizji Państwa oraz samych siebie (vide głosowanie za becikowym, inicjatywa w sprawie jazdy na światłach przez cały rok, czy prowadzenie nieskończonych debat nt. programu partii, o którym wciąż nie możemy stwierdzić czy istnieje).
Trzeba jednak zaznaczyć, iż rozterki te dotyczą części elektoratu, którego zainteresowanie polityką oraz sprawami wewnątrz-państwowymi, nie ogranicza się do przeglądania newsów na głównej stronie onet.pl połączonego z wieczorną lekturą „Szkła Kontaktowego”. Wspomnienie o tym jest na tyle istotne, iż ktoś mógłby mi zarzucić, iż PO wciąż w sondażach osiąga wysokie wyniki. Jest to prawda, jednak gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, iż PO straciła podobną liczbę swoich zwolenników, co PiS. Różnica jest jednak w tym, dlaczego tak się stało, oraz skąd „przyszli” nowi. Sprawa jest dość prosta.
Truizmem będzie stwierdzenie, iż PiS stracił na rzecz „trudnej koalicji”, zyskując jednocześnie sporą cześć elektoratu tzw. „przystawek”. W przypadku PO odbyło się to w oparciu o zdominowanie wizerunku partii przez takie osoby jak Pan Tusk, Pani Waltz czy Pan Schetyna, na rzecz takich osobowości jak Pan Czuma, Pan Gowin czy Pan Rokita. „Nowi” to zaś wyborcy niezdecydowani, w dużej mierze wchodzący dopiero w życie polityczne, którzy wyboru dokonują na podstawie „anty PiS-owskiej” doktryny, wyrażając nadzieję, iż „gorzej być nie może”. Nie małą wagę odgrywa tu również neutralności, żeby nie powiedzieć miałkość, Platformy, która uważana jest za atut przez „nowych”, podczas gdy bardziej wytrawni obserwatorzy polityczni, właśnie z tego powodu odwrócili się od partii Pana Tuska (vide casus Krystyny Grzybowskiej).
To właśnie wszystkie te czynniki, jak i masa innych, o których nie sposób napisać w „blogowym poście”, przyczyniły się do, takiego a nie innego, stanu „na dziś”. Nie przez przypadek piszę o tym akurat teraz, kiedy tak wiele mówi się o przedterminowych wyborach.
Wielu z Nas, ludzi prawicy, wciąż ma dylemat:, „na kogo glosować?”. Wielu z nas jest rozdartych pomiędzy liberalną wizją gospodarki, jaką proponuje UPR, silnym, sprawiedliwym państwem Pis-u, czy konserwatywnymi, wywarzonymi poglądami takich osób jak Pan Czuma czy Pan Gowin z PO.
Mówiąc jedynie za siebie: marzy mi się wielka koalicja PiS-UPR- Prawica RP + konserwatywne koło z PO. Wtedy mógłbym ze spokojnym sumieniem, z uśmiechem na twarzy iść na wybory, mając świadomość, iż dokonuje słusznego, zgodnego z moimi poglądami, wyboru. Dziś tę utopijną wizję koryguje rzeczywistość. Rzeczywistość, która podpowiada mi, że jeśli oddam mój głos na np. UPR, to oznacza to 1 głos mniej dla Pis-u, partii z największymi szansami na wygraną (z kręgu mojego zainteresowania), a to oznacza zwiększenie szansy na dominację PO (tj. skrzydła „liberalnego”) oraz sojusz z LiD-em.
Dziś (tj. przy potencjalnych wyborach) muszę wybrać: albo oddaję głoś zgodnie ze swoimi konserwatywno-liberalnymi poglądami godząc się na 4 lata rządu „nowej, starej ekipy”, albo zagłosuję (po części) wbrew sobie, ale zmniejszę szansę na alians, który uważam za szkodliwy dla Mojego Kraju.
Sytuacja nie jest łatwa. Nikt jednak nie obiecywał, że taka będzie. Szkoda tylko, że nie jest ona łatwa z winy samych zainteresowanych. Pojęcie „zjednoczonej prawicy” jest ciągle bytem wirtualnym w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż istnieje głównie w sercach internatów.
Liczę na otrzeźwienie liderów prawicowych ugrupowań. Wątpię, aby nastąpiło ono po refleksji nt. dobra Naszego Kraju – prawdopodobnie stanie się tak, kiedy perspektywa „powrotu do przeszłości” zacznie nabierać coraz to bardziej realnych kształtów. Jednak to nieważne. Liczę na to bez względu na pobudki, jakimi kierują się politycy. Liczę na to, gdyż dla mnie nie istnieje wybór pomiędzy lewicą a prawicą. Jak powiedział Rolad Reagan, to wybór „pomiędzy górą a dołem”. Pytanie tylko, jak wysoko możemy się wspiąć, lub co gorsze, jak nisko możemy upaść. Obyśmy zawsze zadawali sobie to pierwsze pytanie, czego sobie jak i innym, życzę.
PZD.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)