Istnieje na tym świecie pewna, wspólna dla wszystkich gatunków, tendencja, która w bardzo dużym stopniu warunkuje, nie tylko nasz, współczesny byt, lecz także warunki funkcjonowania przyszłych pokoleń. Jest nią akceptacja zastanego porządku.
Udowadniać tego oczywistego stwierdzenia długo nie trzeba. Nie bez podstaw powiedzenie "jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak i ony", zyskało taką popularność.
W przypadku zwierząt sprawa jest dość prosta: porządek istnieje i zwierze (przykładowe wrony) nie mają wiele do powiedzenia. Inaczej jest w przypadku człowieka - ten ze względu na cechy różniące go od zwierząt (wolna wola, wysoka inteligencja, zdolność do przemyśleń, innowacyjność etc.) jest w stanie ( a nawet powinien) poddawać zastany porządek ciągłym analizom. Niebywały truizm, wszak owa kontemplacja jest fundamentem wszelkich (zarówno tych dobrych jak i złych) zmian.
Nie inaczej sprawa wygląda w polityce. Często spotykamy się z debatami gdzie uczestnicy rozmów rwą sobie włosy z głowy próbując przekonać przeciwnika do swoich racji. Do standardowych przykładów należą sytuacje gdzie debatuje się czy dać biednym dzieciom jedną, darmową szklankę mleka, czy może dwie, a może zafundować od razu darmowy obiad. Wszyscy są zgodni, że "coś trzeba dać", jednak nikt nie odważy się zadać pytania "czy dać?".
Omawiana wyżej postawa jest namacalnym symptomem automatycznej akceptacji zastałych reguł. Jasne, istnieją zasady, które dyskusji podlegać nie powinny: Dekalog dla chrześcijanina (i nie tylko) to jeden z takich przykładów. My jednak poruszamy tutaj tematy polityczne, a te trudno uznać za "święte krowy".
I tak dziś, przeczytałem coś od czego włos mi się zjeżył. Otóż jeden z szanownych blogowiczów raczył skomentować zmianę na stanowisku Ministra Edukacji:
"Jednakże zwracam uwagę na coś, co umyka współczesnym decydentom: naprawa świata odbywa się poprzez wychowanie. Wychowanie zaś to kultura, czyli uprawa.Tak, jak uprawia się ziemię, by wydawała dobre plony, tak też należy uprawiać człowieka – by jego działania były dobre.
I tu jest zadanie dla ministra edukacji."
Cóż - pomyśli ktoś: "piękne słowa!", "szczytna idea!". Tylko przyklasnąć. Otóż nic bardziej blędnego.
Sprawa pierwsza. Szanowny autor pisze "coś co umyka współczesnym decydentom". O ironio ! Przecież, co jak co, ale właśnie pokusa możliwości wychowywania, stanowi główny czynnik motywacyjny do obsadzania stanowiska Ministra Edukacji ludźmi IDEOWYMI ! Wpływ na wychowanie to podstawowa kość niezgody, główny punkt odniesienia w dyskusjach dotyczących stosowności danej nominacji lub jej braku. O co jak o co, ale o to, że "wychowanie" (a raczej jego marna karykatura) umyka politykom, oskarżyć się panów zasiadających w Sejmie nie da.
Sprawa druga. Z zadziwiającą łatwością większość przeszła do porządku dziennego nad faktem, iż ktoś (w tym wypadku, Minister Edukacji) ma (lub może mieć) wpływ na wychowanie ICH dzieci. Jeśli wsłuchamy się w w komentarze np. te tuż po nominacji Romana Giertycha, to usłyszymy coś w stylu "nie chce aby moje dziecko było wychowywane przez takiego (!!!) człowieka", "nie chce aby moje dziecko było uczone faszyzmu" etc. I znów: nikt nie pyta "dlaczego moje dziecko ma być w ogóle wychowywane w szkole?". Osobiście nie mieści mi się w głowie aby ktoś poza mną, moją rodziną lub bardzo bliskimi przyjaciółmi, mógł mieć wpływ na wychowanie mojego dziecka. Pisząc "wychowanie" mam tu na myśli wpajanie podstawowych wartości, moralizowanie, kształtowanie fundamentów rozwoju młodego człowieka. Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, iż dziedziny takie jak podwórko, znajomi w szkole, telewizja etc. są w dużym stopniu poza moja kontrolą, jednak te podstawy, fundamenty intelektualnego i duchowego rozwoju mojego dziecka, a konkretnie ich kształtowanie, należą (do pewnego momentu) tylko dla najbliższych !
Posyłając dziecko do szkoły nie chcę aby szkoła wychowywała. Jak sama nazwa wskazuje, szkoła powinna SZKOLIĆ. I nie jest mój osobisty fetysz. To podstawa funkcjonowania zdrowej rodziny. Jaki bowiem wpływ na "rozproszenie odpowiedzialności" w dziedzinie wychowania? Dziecko podbjie oko koledze: no przecież to wina szkoły ! Dziecko ukradnie ciastko w sklepie: pewnie nauczył się tego w szkole ! Dopóki rodzic nie będzie czuł pełnej odpowiedzialności za wychowanie własnego dziecka, dopóty istnieć będą spory o to "czyja wina?". Problem jednak jest taki, że nigdy nie uzyskamy odpowiedzi na to pytanie - nikt nie będzie się w stanie przyznać do winy i nikt nie będzie w stanie zebrać dowodów świadczących o winie konretniej strony. Oto efekt "rozproszenia odpowiedzialności".
Zagadnienie szkoły, funkcjonowania Ministerstwa Edukacji, kanonów lektur, religi wliczanej na średniej etc. w zasadzie sprowadza się do jednego - do likiwdacji państwowego resortu i scentralizowanego planowania (nawet jeśli ma u swoich podstaw szlachetne idee i tak znakomitych ludzi jak prof. Legutko ! ). Logika nakazuję wyciągnąć wnioski, iż skoro centralne planowanie totalnie nie sprawdza sie w sferze gospodarki, a więc dziedziny opartej na empirycznych liczbach (doceniając równocześnie całą socjologiczna sferę gospodarki), to w jaki sposób ma się ono sprawdzić w tak delikatnej i nieuchwytnej dziedzinie jak edukacja? Czy to aż tak wielki problem aby rodzice ustalali lektury z jakich będą uczyć się ich dzieci? Po cóż jak nie po to została stworzona Rada Rodziców? Czy to aż tak trudno sobie wyobrazić, iż to konkretna szkoła, indywidualnie decyduje o tym czy religia będzie uwzględniania na świadectwie czy nie? Przecież niemal wszystkie uczelnie wyższe stworzyły WŁASNE systemy klasyfikacji kandydatów, uwzględniające w sposób nierównomierny, różne przedmioty. Toż to rzecz najnormalniejsza w świecie, że na kierunku teologia pod uwagę weźmie się np. religię a nie fizykę. Czemu sytuacja ma wyglądać inaczej na niższych poziomach edukacji?
Do tej pory to o lewicy zwykło się mówić, iż "rządzi jakby miała rządzić wiecznie" - stwarza wygodne posady o dużej sile decyzyjnej, wsadza wpływowych, podległych kolesi na ważne stanowiska etc. zapominając, że kiedyś przyjdzie ich wróg i dokona czystek (czyt. wsadzi swoich). Doświadczenie ostatnich lat wskazuje, że powiedzenie to w coraz mniejszym stopniu posiada orientajce polityczną. Chociaż też nie do końca...pocieszać się można, że w Polsce nie rządziła jeszcze PRAWICA z prawdziwego zdarzenia. Kiedy jednak, zdecydujemy się na rozcięcie tego niewygodnego, zaplątanego do granic możliwości węzła, zamiast ciągle sprzeczać się czy lepiej będzie żeby próbował (!!! - słowo klucz) go rozsupłać Pan X czy Pan Y. Obym dożył takich czasów - czego sobie i Państwu życzę.
PZD.
Komentarze
Pokaż komentarze