Od dwóch dni, sympatycy twardych, skupionych w jednych rękach, rządów mają swoje święto. Myślę, że ze szczególną sympatią i bardzo szerokim uśmiechem na twarzy przyglądają się temu co relacjonuje telewizja od kilkudziesięciu godzin. Mowa tu oczywiście o członkach, różnego rodzaju, klubów zachowawczych, monarchistycznych etc. Na salonie mamy chyba reprezentanta tego typu środowisk, toteż łatwo możemy to zweryfikować, zadając stosowne pytania.
Dlaczego święto? Odpowiedź jest bardzo prosta (tytuł trochę naprowadza): media wszelkiego rodzaju prześcigają się w komentarzach nt. demokracji (a może nawet jej braku?), jej "stanu zdrowia", jej zasad (łamanych oczywiście), fundamentów etc. Kto da więcej. Kto zauważy kolejny fundament tego "szlachetnego" ustroju, który został bezczelnie zniszczony i zhańbiony przez okropnych Kaczyńskich. Lider, nie od dziś, pozostaje ten sam.
Od rana na pasku TVN24 przewija się informacja, że według jednego z sondaży, 58% Polaków (piszę z pamięci, toteż korekta mile widziana) uważa, że demokracja jest zagrożona - co i tak chyba można uznać za spadek tendencji, gdyż po sławetnym spotkaniu na Uniwersytecie Warszawskim ten odsetek wydawał się większy. Wyraźny sygnał dla Pana Geremka żeby przerwał milczenie, gdyż jak tak dalej pójdzie to procent jeszcze bardziej spadnie.
Ale człowiek "nie tylko sondażami żyje". Powstało przecież biało - czerwone miasteczko. Ostatnia reduta polskiej demokracji, praworządności i moralności. Na czele nie kto inny jak Roman Giertych - bardziej przewidywalny niż mój zegarek. Miasteczko zgromadziło samą śmietankę klasy politycznej i społecznej - zresztą, nie mogło być inaczej skoro organizacją zajęła się LPR. Co prawda uczestnicy nadal mają problemy z wymówieniem tego przeciwko czemu protestują (mowa oczywiście o totalitaryzmie, słowie z którym wyraźne problemy miała wczoraj Pani udzielająca wywiadu dla TVN24), ale liczą się chęci i idee - a te niewątpliwie są szczytne i szlachetne: jak samo miasteczko.
No i tak to się toczy. Sondaże, miasteczka, "złamane" głosy dziennikarzy, trudne pytania, trudne odpowiedzi, niewyraźne miny...słowem: AGONIA. To tyle jeśli chodzi o media. A co z "resztą świata"? NIC. No właśnie: NIC. Muszę przyznać, że jak na kryzys to trochę nie wyczuliśmy (obywatele) powagi sytuacji. Giełda odrabia straty, ludzie wychodzą na ulice (chyba nie byli na Defiladzie, więc są nieświadomi zagrożenia: innego wytłumaczenie nie widzę), kupują bułki, czekają na wieczorny "super hit"...nudy Panie, nudy !
System nam się wali a My nic ! Kolejny dowód, że nie dojrzeliśmy do demokracji. Perły przed wieprze, chciałoby się rzec. Gdyby ktoś teraz poszedł i podpalił Sejm to prawdopodobnie nikt, poza samymi 460 pracownikami, nie zawiadomiłby Straży Pożarnej. To w sumie po co nam to? Ludzie mają w swoich głowach jakieś dziwne przeświadczenie, że rządzić to umieją jedynie Ci, których samych wybiorą. I co z tego, że wybierają od blisko 20 lat a nadal jest tak samo: metodą prób i błędów kiedyś może trafią się tacy, których żal nie będzie. Dyktatura nadal się źle kojarzy. Większość słysząc słowo "dyktatura" ma przed oczyma Hitlera, Stalina...Pinocheta mało kto kojarzy, a jeśli już to na pewno nie są to skojarzenia pozytywne. Franco tez specjalnej sympatii nie zyskał. Ale po co sięgać po tak skrajne przykłady? System prezydencki? A dajcie spokój...MY CHCEMY WYBIERAĆ !
Roland Reagan kiedyś w jednym ze swoich przemówień powiedział coś na kształt " trzeba zadać sobie pytanie, czy ktoś kto nie jest w stanie wybrać proszku do prania lub mydła w sklepie, jest w stanie wybrać władze państwowe". U nas tego pytania się nie zadaje. A jeśli nawet to odpowiedź brzmi, praktycznie w 99%, TAK. Ja wiem, że jako naród mamy naturę niepoprawnych optymistów i romantyków, ale istnieje chyba jakaś granica? Zazwyczaj jest nią własne EGO: nie inaczej jest chyba w tym przypadku. Tylko co z tą demokracją? Jest czy nie ma? Bo jedyne pytanie jakie mi dziś zadano na ulicy dotyczyło ceny szynki w sklepie...ach MY NIEGODNI !



Komentarze
Pokaż komentarze (4)