Idą wybory. Czas specyficzny - nie tylko ze względu na wagę wydarzenia. Ową specyfikę widać szczególnie w mediach. Większość stacji i dziennikarzy przełącza się na specjalny "mode" a'la World Trade Center, ogłaszając wszem i wobec jak ważne i strategiczne będą dla nas, zwykłych "polaczków", te wybory. Politycy nie pozostają w tyle. Jeden przebąknie coś o "Polsce wschodniej i Polsce UE" (vide Pan Kutz), drugi postraszy nas "przelicytowaniem Białorusi" (vide Pan Komorowski) a trzeci wspomni coś o stanie wojennym (vide Pan Kaczyński). Jednym słowem: szaleństwo na całego.
Ze wszystkich frontów jesteśmy przekonywani o tym aby nie lekceważyć losu naszej Ojczyzny tj. udać się na wybory. Oczywiście apel ten kierowany jest do wszystkich - wszystkich tych, którzy mają prawa wyborcze. Palmę pierwszeństwa oraz nagrodę za "najbardziej wzruszający apel" dzierży (na razie) Pan Tomasz Lis - któż nie uronił łezki podczas pożegnalnego monologu naszego orędownika demokracji, tuż po zakończeniu programu "co z tą Polską?"?
Mobilizacja "biernych obywateli" idzie pełną parą. Niedoścignionym wzorem pozostaje Francja, gdzie w ostatnich wyborach prezydenckich wzięło udział ok. 86% uprawnionych do głosowania. Zachwytów nad kondycją francuskiej demokracji nie widać końca. Nikt jednak nie zadaje, mogło by się wydawać, oczywistego pytania: "po co?". Po co nam 86%-owa frekwencja? Po co mobilizować kogoś kto polityką interesuje się, delikatnie mówiąc, średnio, kogoś kto woli zająć się zarabianiem na chleb, utrzymaniem rodziny etc.. Ktoś powie: "jak to? przecież im więcej osób pójdzie do wyborów tym lepiej!". Zapytam więc: Czy jeśli silnik samochodowy zacznie naprawiać 1000 pracowników Poczty Polskiej, to czy zwiększy to szansę na naprawę owego silnika? Czy może, szanse byłyby większe, gdyby do pracy przystąpiło 3-4 (wersja dla monarchistów: jeden) MECHANIKÓW?
W całej tej szczytnej i szlachetnej mobilizacji pomija się jeden, bardzo istotny szczegół. Chodzi o to kogo mobilizujemy. Nie wiadomo w jaki sposób owa ilość ma przejść w jakość. Wychodzi się z błędnego założenia, że im więcej osób zagłosuje, tym bardziej reprezentatywne będzie przedstawicielstwo. Co prawda później, ci sami "mobilizacjoniści" płaczą nad obecnością takich partii jak Samoobrona w Sejmie, ale cóż: pamięć rybki akwariowej (ok. 5 sekund) to cecha często spotykaną wśród komentatorów życia publicznego.
Demokracja jest bowiem "sztuką przeszkadzania zwykłym ludziom w zajmowaniu się tym, co ich rzeczywiście dotyczy, a jednocześnie zmuszania ich do decydowania o tym, o czym nie chcą w ogóle słyszeć". Owe "zaganianie" nie jest domeną naszych czasów. Już w Atenach była to metoda znana i praktykowana. Oto cytat z "Demokracji" Jacka Bartyzela:
"Według obliczeń historyków demos Aten liczył około 40-50 tys. obywateli, lecz normą faktyczną (wnioskowaną z ustalenia quorum w sprawie ostracyzmu na 6 tysięcy) było uczestniczenie zaledwie ok. 5-10 tys. obywateli na zgromadzeniach, pomimo zachęty materialnej, jaką było refundowanie przez państwo kosztów zamykania warsztatów pracy na czas obrad. Świadectwu komediopisarza Arystofanesa zawdzięczamy informację o metodzie "mobilizowania" obywateli do aktywności politycznej poprzez opasywanie tłumu przebywającego na agorze (zgromadzenia odbywały się w tym czasie już nie na agorze, lecz na wzgórzu Pnyks) w prywatnych interesach sznurem powleczonym świeżą, czerwoną farbą, pozostawiająca hańbiący dowód absenteizmu na ubiorach."
Jak więc doskonale widzimy, "problem" frekwencji nie pojawił się nagle, w młodej, polskiej demokracji. To cecha permanentna, której źródłem nie jest miejsce wyborów, lecz natura ludzka oraz natura samej demokracji. Gdzie jednak jest tytułowa "demoralizacja". Cóż, większość pewnie domyśla się o co chodzi. Odpowiedź jest prosta: poprzez "zaganianie" zwykłych ludzi, zajętych własnymi obowiązkami, nie interesujących się polityką, ciągłą agitację, przekonywanie, że są tacy wyjątkowi (z pewnością są: pytanie tylko czy akurat w tej dziedzinie) etc. wmawiamy im, iż znają się na czymś na czym się tak naprawdę nie znają, że powinni uczestniczyć w czymś o czym nie mają pojęcia. Nie chodzi o to, że nie umieją postawić krzyżyka przy nazwisku kandydata. Chodzi raczej o to, że nie potrafią skonstruować w swojej głowie, związku przyczynowo - skutkowego pomiędzy dokonanym wyborem a jego konsekwencjami.
Wracamy tutaj do casusu pracowników Poczty Polskiej naprawiających silnik samochodowy. Prawdopodobnie każdy z nich nie będzie miał problemów z przestawieniem kilku trybików, jednak ocena tego co będzie konsekwencją owego przestawienia, może już nie być taka oczywista.
Problem ten jest niewątpliwie czymś kluczowym dla każdych wyborów. Nie sposób wyczerpać wszystkich wątków, mając do dyspozycji formę wpisu blogowego. Wracając do obecnej, konkretnej sytuacji, można wywnioskować (między innymi), iż w najbliższych wyborach uaktywni się prawdopodobnie duża grupa "anty rydzyków", "anty kaczystów" etc. których kontakt z polityką ogranicza się do oglądania "Faktów" i czytania newsów na onet.pl. Ostatnio sam miałem styczność z dość ciężkim przypadkiem. Znajomy, bardzo dobry informatyk, z wielką dumą obnosi się swoim wyborczym wyborem, którego dokona 21 października. Dumy nie ujmuje mu fakt, iż sam przyznaje sie, że polityką nie interesuje się w ogóle. Zagłosuje na Tuska - koniec i kropka ! Moim największym sukcesem było wytłumaczenie, iz na Tuska to on raczej nie zagłosuje, gdyż Tusk prawdopodobnie wystartuje w Warszawie, więc to nieco ogranicza pole manewru na kartach wyborczych. Na tym jednak kończą się moje sukcesy. Na nic były moje pytanie, "czy jakby ktoś dał mi (mi - osobie, której wiedza informatyczna jest nikła w porównaniu z wiedzą kolegi) możliwość majstrowania przy Twoim komputerze, to czy powinienem to robić?". Twierdza pozostała niezdobyta, ze względu na głęboką fosę wypełnioną ignorancją i przekonaniem o słuszności swoich praw.
Cóż więc robić? Mobilizować bez opamiętania? A może uświadamiać, kształcić? Jeśli tak, to kto to będzie robił, skoro od wielu znajomych słyszę, iż u nich w rodzinie to oni (znajomi w wieku 18-28 lat) przekonują RODZICÓW do głosowania na konkretne partie (czy czasami nie powinno być odwrotnie?) ? A może pójść za słowania Tukidydesa:
" Jesteśmy jedynym narodem, który jednostkę nie interesującą sie życiem państwa uważa nie za bierna, ale za nieużyteczną"
Odpowiedź pozostawiam czytelnikom. I "mobilizacjonistom".



Komentarze
Pokaż komentarze