Rewolucja moralna, trudna rzecz. Wielu ją głosi, niewielu realizuje. Przyczyn jest wiele, nie czas na ich wyliczanie, analizę etc. Wydawać by się mogło, że mieliśmy już za sobą wiele takich "rewolucji" aby kolejni, którzy pretendują do objęcia stanowisk państwowych, dali już sobie spokój z podobnymi hasłami. Tu już nawet nie chodzi o to, że coraz więcej osób reaguje na podobne slogany pustym śmiechem - tak dla przyzwoitości by wypadało dać sobie spokój. Jakieś wnioski z przeszłości wyciągnąć, zrozumieć, że "rewolucja moralna" to taki zwrot - wytrych, coś jak "sprawiedliwość społeczna" (dobrze, że przynajmniej tej pierwszej nie wpisano do Konstytucji) tj. narzędzie przy pomocy którego, można uwalić (a przynajmniej próbować) każdą ekipę rządząca.
Przekonał się o tym Jarosław Kaczyński, którego hasło rewolucji moralnej kojarzy się większości (słusznie, lub nie - fakt pozostaje faktem) z mianowaniem Leppera na wicepremiera, dzięki czemu, dziennikarz do końca życia, zgodnie z przyjętymi zasadami, będą się do Andrzeja Leppera, zwracać per "Panie wicepremierze".
Ale przyszła kolejna ekipa. Wydawać by się mogło, światła, świadoma, ambitna, wolna od elementów populizmu - przynajmniej w oczach wyborców, czego dowodem jest wysoki wynik wyborczy. Niestety, wnioski jak nie były, tak nie są wyciągane.
Cała (no, niech będzie 90%) kampania wyborcza partii zwycięskiej została zbudowana wg wzoru "zły PiS robi tak, my zrobimy inaczej" - za przykład niech posłużą spoty wyborcze z Ojcem Rydzykiem, pielęgniarkami etc.
Rewolucja moralna dotyczyć miała obecnie sposobu uprawiania polityki, jakości "dyskursu politycznego"( kocham ten zwrot), relacji władza - obywatel etc. Pominąć można to, że "sposób uprawiania polityki" w dużej mierze zależy od tego co pokaże TV a czego nie - daję sobie obciąć paznokieć, że słownictwo rozmów koalicyjnych, bez względu na bary partyjne, jest wspólnym mianownikiem dla wszystkich reprezentantów narodu. Nie można za to przejść obojętnie wobec realnych decyzji, które, w przeciwieństwie do medialnego image, są prawdziwym papierkiem lakmusowym, zamiarów i postawy danej partii - a co za tym idzie, idealnym weryfikatorem prawdziwości obietnic wyborczych.
Nie minęło dużo czasu, a już dostajemy pierwszy konkret. I nie chodzi tu nawet o sprawę senatora Romaszewskiego. Złośliwość jest rzeczą ludzką - co prawda, można mieć pretensje, że "miało być inaczej", jednak nie bądźmy naiwni - demonstracja siły musi być.
Chodzi natomiast o sprawę zbliżoną, a mianowicie o dobór wicemarszałków Sejmu. Do tradycji Sejmu, należał obyczaj, że partia zwycięska (chyba, że umowa koalicyjna stanowi inaczej - vide PO-PiS) "zgarnia" Marszałka Sejmu. Pozostałe partie, bez względu na ich ilość, otrzymują swojego przedstawiciela w Prezydium, w postaci Wicemarszałka. I tak, w roku 2005 tj. za V kadencji Sejmu, PiS miał Marszałka, a pozostałe partie, po jednym wicemarszałku:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Szablon:Wicemarsza%C5%82kowie_V_kadencji_Sejmu
Wydawać by się mogło, że zwyczaj ten bardzo słuszny i sprawiedliwy, zostanie podtrzymany w kolejnych kadencjach. Niestety, nic bardziej mylnego - idzie nowe, chciałoby się rzec. Jak więc sprawa wygląda w obecnej kadencji? Proszę sprawdzić samemu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Szablon:Wicemarsza%C5%82kowie_VI_kadencji_Sejmu
Nie mylą się Państwo. Nowym zwyczajem, partia mająca swojego Marszałka dostała w bonusie również Wicemarszałka. Nie jest jednak tak źle. Otrzymaliśmy, jako dar od zwycięskiej partii, rzeczowe wyjaśnienie takiego stanu rzeczy. Otóż Pan Bronisław Komorowski (tak, to ten, który jest Marszałkiem), raczył oznajmić na antenie TVP3, że powodem zaistniałej sytuacji, jest to, że "koalicja musi mieć większość w Prezydium". No tak. Musi, to i ma. Partia musi mieć, inaczej będzie paraliż. I na nic próby przypomnienia, że w poprzedniej kadencji, jakoś koalicja "nie musiała" - tj. pewnie musiała, ale nie miała tyle odwagi, żeby przeprowadzić podobną "reformę" i dodatkowo tak otwarcie mówić o tym w TV. Cóż: Nowa władza, nowe standardy - jak w tytule.
Powie ktoś "mało istotne - niech sobie mają, byle pracowali dobrze". Tok rozumowania słuszny, gdyż sprawdza się do wprowadzenia rządów jednostki (czego jestem zwolennikiem), bowiem władza skupiona, w możliwie małej ilości ognisk, rodzi (proporcjonalnie do ilości ognisk) mniej konfliktów. Tylko czy aby o to właśnie chodzi zwolennikom podobnych rozwiązań? Cóż, mądrzy ludzie ( a dokładniej Joseph De Maistre - przebrzydły konserwatysta) mawiali "okazja nie czyni złodzieja - ona go ujawnia" - niektóre "okazje" trwają 4 lata - ile zdąży się ukraść - zależy od złodzieja. Byle byśmy nie trafili na profesjonalistę.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)