Muszę powiedzieć, że Pana Łukasza Foltyna nawet lubię. Co prawda, moja sympatia nie wynika z utożsamiania się z jego poglądami polityczno-gospodarczymi, jednak nie zmienia to istoty rzeczy. Niestety, co jakiś czas moja pozytywna ocena Pana Foltyna zostaje poddana próbie - a dzieje sie to zazwyczaj w momencie napisania przez Pana Foltyna "notki" o charakterze gospodarczym. Nie inaczej było i tym razem. Co prawda będzie to pierwszy raz kiedy zdecydowałem się na bezpośrednią polemikę z Panem Łukaszem, jednak czasami "człowiek musi, bo inaczej się udusi". Moja odpowiedź będzie dotyczyła, dość świeżego tekstu pt. " Kryzys liberalnego modelu gospodarki", z którym mogą sie Państwo zapoznać pod tym linkiem. Przejdźmy zatem do analizmy metodą "step by step". Wszelkie, zastosowane w celu ułatwienia czytania notki, pogrubienia będą mojego autorstwa.
"Nie bez przyczyny obecny kryzys finansowy dotyka USA, a w znacznie mniejszym, i tylko pośrednim stopniu kraje UE (w wyniku inwestycji banków europejskich w rynek kredytowy USA) . W mniejszym stopniu podobny kryzys pojawił się także w Wielkiej Brytanii. Wynika to z tego, że zarówno USA, jak i Wielka Brytania, są krajami które przyjęły najbardziej liberalny model społeczno-gospodarczy ze wszystkich najbardziej rozwiniętych krajów świata."
Już na wstępie musimy zmierzyć się z pewnym pomieszaniem przyczynowo-skutkowym oraz terminologicznym. Po pierwsze Panie Łukaszu to, że w USA czy UK istnieje "najbardziej liberalny model społeczno-gospodarczy ze wszystkich najbardziej rozwiniętych krajów świata", nie oznacza wcale tego, że jest to ustrój liberalny! Żeby zilustrować to przykładem można powiedzieć, że fakt, iż szympansy, orangutany, goryle etc. mają najbardziej zbliżony materiał genetyczny do człowieka, nie wynika wcale, iż są one (te zwierzęta) ludźmi. Co do tego chyba nie będziemy się kłócić. Co więcej, aby zestawiać ze sobą obecny kryzys w USA z teoria państwa liberalnego, trzeba mieć dużo złej woli, albo po prostu luki w wiedzy nt. owej teorii. Ja już nawet nie chce sięgać do czasów Arystotelesa czy nawet późnych scholastyków (uważanych za ojców rdzennego liberalizmu), nie wspomnę również o A. Smith'sie czy E. Burke, pominę dokonania austriackiej szkoły ekonomicznej i prace "chicago boys" - tego wszystkiego naprawdę nie trzeba znać aby wychwycić różnice pomiędzy liberalnym modelem państwa a tym z czym mamy dziś do czynienia. Wystarczy np. posłuchać ocen obecnych, liberalnych polityków. Niech to będzie wyśmiewany w mediach Janusz Korwin Mikke, niech to będzie Prof. Ryszard Legutko, doskonale zaznajomiony z teorią klasycznego liberalizmu, a nawet libertarianizmu. Inną, równie wątpliwą kwestią wydaje się być połączenie struktury gospodarczej USA z kryzysem. Jest to równie celne i trafne co łączenie koloru garniturów posłów z wynikiem głosowania w Sejmie. Jeśli już jednak pokusić się o połączenie tych dwóch faktów, to wypadałoby jedynie powiedzieć, że rozmiar obecnego kryzysu, a dokładniej to, że nie jest on większy, wynika właśnie z dość liberalnego modelu - to dzięki niemu, przedsiębiorcy, kapitaliści, robotnicy mają większa swobodę w dysponowaniu swoimi funduszami, zarówno przed informacją o kryzysie, jak i po niej. Strach pomyśleć co by się mogło stać, gdyby takiej swobody nie mieli. Idąc dalej...
"Niewielka, kilkuprocentowa grupa najbogatszych, uzyskuje nadproporcjonalnie dużą część z podziału PKB. Wzrost PKB prowadzi głównie do wzrostu zysków właścicieli firm, a w mniejszym stopniu przekłada się na wzrost płac."
Nie bardzo rozumiem jak inaczej miałby wyglądać skutek wzrostu PKB, jeśli nie przekładałby się głownie na wzrost zysków właścicieli firm. Wszak to właśnie firmy, linie produkcyjne, wielkie fabryki są bezpośrednio odpowiedzialne za jeden z największych czynników wpływających na wzrost PKB - wzrost produkcji. Chyba nie sugeruje Pan, że zyskami z większej, bardziej efektywnej produkcji mieliby dzielić sie robotnicy? Sam fakt, iż preferencja czasowa, jeden z głównych czynników warunkujących stopień zysków danych osób, znacznie się różni w przypadku obu tych grup (robotnicy-kapitaliści/inwestorzy) musi powodować, iż stopień zysków z przedsięwzięcia MUSI być różny. Pominę sprawy oczywiste jak np. zaangażowanie w inwestycję, zarówno te materialne jak i intelektualne, opracowanie strategii, koordynowanie całości, poświęcony czas etc. Ale to nie jedynie nieporozumienie, wszak aby "zwykły Kowalski", które częściej jest pracownikiem niż prezesem, odczuł skutki wzrostu PKB wcale nie musi więcej zarabiać. I czuje się naprawdę bardzo niezręcznie aby o tym przypominać Panu Foltynowi. Nie trzeba bowiem być ekspertem ekonomicznym aby wiedzieć, iż wzrost PKB, a co za tym idzie wzrost produkcji powoduje wzrost liczby dóbr na rynku. A co się dzieje kiedy wzrasta liczba dóbr na rynku? Otóż to ! Cena tych dóbr spada. Ciągnąc ten oczywisty fakt, musimy wziąć pod uwagę, iż realna siła nabywcza przeciętnego robotnika w okresie wzrostu PKB (przy założeniu, że faktycznie, jego płaca pozostaje na tym samym poziomie) WZRASTA. Za tę samą płacę jest on w stanie kupić o 2 jabłka więcej, TV większy o 10 cali niż wcześniej etc. Rozumowanie przedstawione przez Pana Foltyna jest plagą obecnego myślenia o ekonomii. Gwarantuję Panu, że gdyby dziś w nocy przyszedł do każdego mieszkańca Ziemi, Św. Mikołaj i dał każdemu po 1 000 000$ to żaden człowiek na świecie nie byłby od tego bogatszy. Dlatego też, wzrost płac może, lecz nie musi mieć wpływu na to, czy osoba X jest w lepszej, lub gorszej sytuacji. Do określenia takiego stanu rzeczy potrzeba pomiaru wielu, równie ważnych czynników, o których Pan niestety zapomina. Dalej dochodzimy chyba do sedna problemu...
"Ci najbogatsi jednak nie są w stanie skonsumować swoich dochodów, ani nawet zainwestować ich w swoje firmy, zwłaszcza że inwestycje na zachodzie przeważnie finansuje się nie z zysków i dochodów, ale z kredytu i leasingu. Ci najbogatsi odkładają więc swoje pieniądze, które następnie są zarządzane przez wyspecjalizowane instytucje finansowe typu „Wealth Management”"
Należy więc zadać sobie pytanie (czego Pan nie zrobił, a jeśli nawet, to z przytoczonego tekstu, wynika że odpowiedź jaką sam Pan sobie udzielił była błędna) "DLACZEGO kapitalista NIE JEST W STANIE zainwestować SWOICH, WŁASNYCH pieniędzy we WŁASNĄ firmę?". Co stoi na przeszkodzie? Czy jest Pan w stanie przytoczyć jakiś racjonalny z punktu widzenia myślenia kapitalisty, argument, który uniemożliwia mu inwestycję we własną firmę, a jednocześnie nie ma on swojego źródła w samym inwestorze? Ja nie potrafię! Każdy człowiek, który robi biznes, w momencie stwierdzenie zysków przez biznes X, inwestuje kolejne pieniądze w celu zwiększenia zysku (chyba, że z jego oceny biznes ten wyczerpał swoje możliwości, wtedy przechodzi o segment biznesu Y, jednak zasada jest ta sama: pieniądze są jak rower - muszą być ciągle w ruchu ! ). Wniosek może być tylko taki, że owe przyczyny dla, których osoba X rezygnuje z dalszych inwestycji, leży POZA sferą oddziaływania osoby X. Żaden człowiek, z własnej woli, nie naraziłby siebie na stratę lub brak zysków w sytuacji, kiedy miałby do tego dostęp. Nikt, poza osobami niepełnosprawnymi, nie będzie dążył do skrzywdzenia (finansowego bo finansowego, ale jednak jest to swego rodzaju krzywda) własnej osoby. Skoro więc owe przyczyny takiej, a nie innej decyzji leża "na zewnątrz", to już sam fakt zaistnienia takiej sytuacji pozwala nam na stanowcze stwierdzenie, iż sytuacja ta ma NIEWIELE wspólnego z modelem liberalnym, gdzie jedynie wola podmiotu gospodarczego decyduje o działaniu X. Nie inaczej jest w tym przypadku - w sytuacji kiedy w gestii FED-u leżą wszelkie działania związane ze stopami procentowymi, które normalnie powinny być regulowane przez rynek (model LIBERALNY), nie należy się dziwić. Wszak nie można winić przedsiębiorców za to, że FED poprzez sztuczne obniżki lub podwyżki stóp reguluje zachowania podmiotów na rynku, głównie tych najbardziej licznych. Jeśli decyzja FED będzie różniła się od REALNEGO stanu rynku, realnych potrzeb ludzi, rzeczywistych zdolności kredytowych, rzeczywistych preferencji czasowych (bardzo istotny element! niestety pomijany w wielu analizach) to kryzys gospodarczy jest jedynym co może spotkać gospodarkę. Gospodarkę, która z liberalizmem nie ma wiele wspólnego. I Pan się dziwi, że po doświadczeniach sprzed lat, ktoś się może obawiać skutków swoich inwestycji?
"Przede wszystkim nie ma aż tak dużego zróżnicowania dochodów- płace w relacji do wydajności pracy są wyższe, co skutkuje bardziej „sprawiedliwym” pierwotnym podziałem dochodu narodowego, a do tego dochodzi redystrybucja dochodu narodowego oparta na wysokiej progresji podatkowej z jednej strony i transferem socjalnym, a więc w kierunku uboższej części społeczeństwa, z drugiej."
Niestety, tutaj przeszedł Pan sam siebie. Kwestię zróżnicowania dochodów już omawialiśmy. Jest to rzecz naturalna, która nie jest wbrew pozorom czymś kluczowym jeśli chodzi o poziom życia pracowników. Ciężko jest również dyskutować z tak abstrakcyjnymi zwrotami jak "sprawiedliwy podział dochodu narodowego". Kategoria sprawiedliwości na rynku nie istnieje. Tj. jeśli już mamy się trzymać tej etykiety to wiele razy można było spotkać określenia typu "sprawiedliwa cena" w dziełach np. późnych scholastyków, jednak warunkiem koniecznym do występowania "sprawiedliwej ceny" był wolny rynek. Jeśli Pan chce osiągnąć ową sprawiedliwość poprzez uznaniowe decyzji w postaci "transferów socjalnych" (to słowo "redystrybucja" już wyszło z mody?) to ostatnim epitetem jaki będzie pasował do opisania takiej sytuacji będzie "sprawiedliwa". Uznaniowa decyzja w skali makro, rozciągnięta na wielkie grupy społeczne, nie zmienia samej istoty takiej decyzji, która jest przede wszystkim pozbawiona takiej cechy jak np. dobrowolność, a więc FUNDAMENTU sprawiedliwości. Nie wiem również jakie znaczenie ma "wydajność pracy" w odniesieniu do płacy. Praca jest tyle warta, ile jest w stanie zapłacić za nią podmiot X, a podmiot Y zgadza się na propozycję X. Ilość spalonych kalorii, wylanych potów, zmienionych butów etc. nie ma ŻADNEGO wpływu na płacę. Ocena wydajności, jeśli w ogóle ma wpływ, może się jedynie pojawić po stronie pracodawcy. Gwarantuje Panu, że 99% osób, jeśli by Pan ich zapytał "czy uważają, że ich praca jest warta więcej niż za nią otrzymują?" (czyt. jest bardziej wydajna, niż wycenił to pracodawca), odpowiedzieliby "TAK". I co z tego wynika? Że trzeba dać tym 99% automatyczne podwyżki do poziomu ich zadowalającego (trzeba również zaznaczyć, że takiego poziomu NIE MA tj. będzie się on przesuwał w myśl zasady "apetyt rośnie w miarę jedzenia")? Wątpię.
"Wszystko to sprawia, że kraje Europy Zachodniej (poza liberalną Wielką Brytanią) nie przechodzą obecnego kryzysu, co skutkuje rekordowo wysokimi notowaniami waluty europejskiej do dolara (i funta brytyjskiego). Warto jeszcze dodać, że Europa Zachodnia ma znacznie lepsze wyniki w handlu zagranicznym niż USA, ma obecnie także wyższy poziom wzrostu gospodarczego i to przy wyższych stopach procentowych- które są powyżej inflacji, a nie poniżej jak w USA."
Wbrew temu co Pan pisze, Europa przechodzi obecnie znacznie poważniejszy/e kryzys/y. I nie chodzi tu jedynie o kryzysy światopoglądowe. Dziwnym trafem nie wspomina Pan o takich faktach jak np. zawstydzające wzrostu PKB Niemiec w ostatnich latach, fale strajków (również w Niemczech), poziom zubożenia społeczeństwa (np. Szwecja, która jak się domyślam, jest dla Pana państwem niemal idealnym). W tych "kryzysowych" Stanach Zjednoczonych, przeciętny człowiek zakwalifikowany jako "zarabiający poniżej min. socjalnego" jest sobie w stanie pozwolić na posiadanie TV, mikrofalówki i innych, równie adekwatnych do nazwy jego zakwalifikowania, przedmiotów. To idylliczne społeczeństwo europejskie może "pochwalić się" takimi osiągnięciami jak np. sytuacja, w której po "przeniesieniu" statystycznych Szwedów do USA, okazuje się, że byliby oni NAJBARDZIEJ UBOGĄ grupą społeczną, która przewyższaliby nawet Afroamerykanie czy Latynosi. Piszą o tym np. Charles Murray w swojej "Bez Korzeni" czy George Gilder w "Bogactwie i ubóstwie". Porównywanie wzrostu gospodarczego USA do wzrostu krajów zachodniej Europy również mija się z celem. Na tej samej zasadzie można porównać pod tym samym względem sytuację w Estonii i np. Francji. Nie mówiąc już o tym, że nijak ma się to do tego o czym Pan pisze tj. o czym miał Pan zamiar napisać, a mianowicie do "kryzysu liberalizmu". Poziom inflacji czyt. wzrostu podaży pieniądza (wzrost cen jest jedynie SKUTKIEM) to element charakterystyczny dla modeli ANTY-liberalnych. Istnienie inflacji na takim a nie innym poziomie w USA, jest takim samy dowodem na kryzys liberalizmu, jak np. istnienie nieskrępowanych, wolnych umów w Szwecji, będących dowodem na słuszność systemu socjalnego. Podobny poziom adekwatności.
Rozczulił mnie Pan za to ostatnim akapitem, a szczególnie:
"Czy przyznają się do błędu, kiedy jeszcze niedawno zachwycali się gospodarką USA i wieszali psy na Europie, że taka socjalna, nienowoczesna, mało dynamiczna? Oby tak się stało- wtedy dopiero mamy szansę, żeby Polacy zamiast emigrować wracali do kraju, żeby rodziło się więcej dzieci, a Polska dołączyła naprawdę do państw nie tylko bogatych, ale i wolnych od takich problemów, jak obecny poziom 25% dzieci żyjących w biedzie, rencistów żyjących za 500 zł, emerytów których nie stać na leki, itd itp... To także skutki liberalizmu gospodarczego, tym razem w Polsce..."
Wszystkie te, jakże istotne (bez ironii), problemy mają tyle wspólnego z modelem liberalnym, co wszystkie, wcześniejsze Pana analizy. Niestety, wcale mnie to nie dziwi. Problem polega na tym, że całą swoją wypowiedź i, jak mniemam, rozumowanie oparł Pan na błędnym założeniu. Utożsamianie obecnych systemów "liberalnych" z LIBERALIZMEM jest wielką, (niestety) bardzo częstą pomyłką. To z czym mamy do czynienia, co Pan tak zawzięcie krytykuje, można jedynie nazwać jako "trzecią drogę" - hybrydą socjalizmu i liberalizmu. Niestety, jak to w życiu bywa, z połączenia rzeczy sobie przeciwstawnych nie powstaje nic idealnego, remedium na wszystkie gorączki. Katolik posiadający 3 żony nie będzie wcale lepszym katolikiem, ani lepszym postępowcem. Narazi się jedynie na śmieszność, zarówno ze strony "postępowców" jak i katolików. Nie inaczej jest w tym przypadku. Próba imputacji pewnych rozwiązań liberalnych do systemów socjalistycznych (i na odwrót) skończyć się może jedynie katastrofą. To co teraz obserwujemy, co Pan opisuje, to tylko jeden z wielu objawów jakie przed nami. Nie przypadkowo np. złoto, kruszec utożsamiany mocno z ideami liberalizmu, zwiększył niesamowicie w ostatnich latach swoją wartość. Niestety, próby debaty nad realnymi problemami są ograniczane przez brak elementarnej wiedzy nt. doktryn polityczno-gospodarczych, toteż parafrazując Pana mógłbym na koniec powiedzieć jedynie: "Czy polskich publicystów ekonomicznych a także polityków, którzy akurat są w fazie apogeum krytyki liberalizmu gospodarczego, stać na taką przemianę?".



Komentarze
Pokaż komentarze (1)