Wydawać się może, że na temat osławionego bojkotu powiedziano już wszystko. Zdążyła się wypowiedzieć zarówno strona dziennikarska (tj. czerwona) jak i strona blogerska (tj. niebieska). Poruszono wiele wątków owej decyzji, poczynając od skutków dla samego Pis-u, przez zmianę sytuacji TVN, aż po efekty odczuwalne dla PO. Zahaczono o sfery finansowe, PR-owskie, sondażowe etc. czyli to co na pierwszy rzut oka wydaje się być najważniejszym aspektem podobnych poczynań. Ciężko odmówić takim rozważaniom słuszności i zasadności – wszak to one są najbardziej widoczną i namacalną skazą jaka pozostanie po tej decyzji. Sam zresztą nie omieszkałem ominąć tych aspektów w swojej poprzedniej notce. Czemu zatem poświęcam kolejny wpis temu samemu wydarzeniu? Powodem jest moje głębokie przekonanie, że przy faktycznej słuszności analiz dotyczących wspomnianych wyżej sfer, jeden z elementów został, bardzo niesłusznie, pominięty. Chodzi o tzw. „języczek uwagi” polskiego parlamentu, czyli SLD. Rzecz wydaje się być coraz to bardziej klarowna a mijający czas tylko mnie w tym utwierdza.
Zacznijmy więc od momentu w jakim PiS ogłosił omawiany bojkot. Zgodnie z poradami znanego speca od politycznego PR-u, Pana Eryka Misiewicza, powinniśmy zadać sobie pytanie, co wydarzyło się 6 godzin przed ogłoszeniem tej decyzji, lub ogólniej rzecz biorąc, co zdominowało wczorajszy dzień. Jeśli mamy wątpliwości co do „topic of the day” to rozwiać je powinien, niezawodny jak zwykle, duet prowadzących wczorajsze „Szkło Kontaktowe”, który stwierdził, iż dzień upłynął pod znakiem pogoni za Panem Grzegorzem Napieralskim. Powodem była oczywiście gra tocząca się wokół ustawy medialnej. Ktoś zapyta „co ma piernik do wiatraka?”. Otóż ma. Nawet więcej niż się nam wydaje.
Niestety, konieczna będzie podróż w, dość niedaleką, przeszłość tj. do momentu zmiany przewodniczącego w szeregach SLD. Został nim jak wiemy Pan Grzegorz Napieralski. Ale nie to kto został przewodniczącym jest tutaj najważniejsze. Ważniejszym aspektem jest to, DLACZEGO nim został. Otóż uważni obserwatorzy sceny politycznej doskonale wiedzą, iż został on nim dlatego, iż nastąpiła zmiana strategii SLD. Od momentu wyboru nowego wodza, partia ta miała zdecydowanie zaostrzyć swój wizerunek, rezygnując z młodszej i bardziej ubogiej wersji PO, na rzecz wyrazistego ugrupowania lewicowego, które będzie równie mocną alternatywa dla PO co Pis – tylko z drugiej, lewej strony. I tym oto sposobem zbliżamy się do sedna. To co z tego posunięcia będzie miało Pis, co PO zostało już omówione. Lecz dlaczego nikt nie zajął się SLD? Oto jest pytanie! Jak bowiem wygląda obecnie sytuacja tego, dość licznego klubu w polskim sejmie, klubu, który odgrywa KLUCZOWĄ rolę przy obalaniu prezydenckiego weta? Otóż ta sytuacją, delikatnie mówiąc, nie wygląda różowo. O ile dotychczas politycy SLD i PO mogli się „pięknie różnić” między sobą, gdyż zawsze obok w TV TVN siedział ten wredny PIS-owiec, o tyle w dzisiejszych realiach, taka „piękna różnorodność” staje się czymś śmiertelnym dla samego SLD!
Diagnoza Pana Napieralskiego, jakkolwiek dalekiego od moich poglądów politycznych, była słuszna. SLD nie może być dalej uboższą wersja PO. To droga donikąd, gdyż wyborca mając do wyboru PO i SLD, nie różniące się między sobą w poglądach, zawsze wybierze PO! Powód ten jest prosty jak konstrukcja cepa – PO ma zdecydowanie większą szansę na wygraną w wyborach. Nikt nie lubi głosować na przegranych. Wyborcy wolą mieć poczucie, że ich głos coś zmieni, że będzie miał realny wpływ na scenę polityczną. Taka właśnie sytuacja miała miejsce w wyborach w 2007 roku, kiedy PO wynik skoczył w ostatnim tygodniu o kilka procent, a Lid-owi (który nawet nie otrzymał tzw. dodatku za jedność) ten wynik spadł, gdyż część elektoratu „anty-pis” przewędrowała z jednej partii do drugiej. Bo PO skuteczniej odsunie Pis od władzy. I cóż obecnie pozostaje politykom SLD? Co teraz, kiedy zabraknie w studio tego złego bolszewika w postaci Pana Gosiewskiego, Kuchcińskiego, Kowala etc.? Czy wypada dalej się tak „pięknie różnić”, czy może czas wcielić w życie strategię zaostrzenia wizerunku? I nie ma to nic wspólnego z hasłami o tożsamości ideowej lewicy, która nie jest do pogodzenia z liberalnymi przekonaniami, którymi dotychczas mamiła swoich wyborców lewica. Chodzi o czystą pragmatykę. W takiej sytuacji zgadzać się już nie można! Jest to równoznaczne ze śmiercią polityczną, lub, w najlepszym wypadku, permanentną marginalizacją. Najbliższa okazja ku temu będzie miała miejsce już w momencie głosowania nad ustawa medialną. Innych momentów sprzyjających artykułowaniu tych, koniecznych różnic nie brakuje. Że wspomnę jedynie o np. ustawie o emeryturach pomostowych, reformie służby zdrowia, reformie szkolnictwa wyższego, ustawie o metropoliach etc. Te wszystkie sfery, to ośrodki potencjalnego elektoratu, który może znaleźć się w objęciach SLD, tylko w sytuacji, kiedy będzie dostrzegał wyraźny podział pomiędzy koncepcjami PO a SLD.
Nie mam pewności czy dzisiejsze słowa przewodniczącego SLD, które mogą Państwo znaleźć pod tym adresem: http://wiadomosci.onet.pl/1790677,11,napieralski_ta_ustawa_powinna_trafic_na_smietnik,item.html to skutek zrozumienia trudnej sytuacji SLD. Być może to jedynie próba podbicia stawki w targach nad ustawą medialną. Nie ulega jednak wątpliwości, iż SLD znalazło się „między młotem a kowadłem” – z jednej strony doskonale wie, że jeśli chce powrotu do realiów III RP to musi współpracować z PO, a nie może tego robić jednocześnie nie zgadzając się z nią w debatach publicznych. Z drugiej strony wie też, że dalsze łagodzenie stanowiska i zakulisowe popieranie PO (czego dowodem jest zmiana na stanowisku przewodniczącego) skończy się dla tej partii tragicznie z powodów wymienionych wyżej. SLD stoi obecnie przed dwoma, wykluczającymi się możliwościami – czy poświęcić swój przyszłościowy cel, jakim jest (jak mniemam, wszak to cel każdej partii) zdobycie władzy i kształtowanie życia publicznego wg własnego uznania na rzecz współpracy z PO zadowalając się wynikami w granicach 10%, czy może jednak odłożyć próby rekonstrukcji układu III RP o kilka lat, odbudować swoją pozycję na gruzach niezadowolenia z rządów PO i jej nieudolności, czyniąc za główne narzędzie realizacji tego planu radykalizację swojej postawy wobec PO.
Z czysto pragmatycznego punktu widzenia, dla człowieka o odpowiedniej preferencji czasowej i wyobraźni politycznej, rozwiązanie drugie jest zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Wymaga co prawda ofiary w postaci 3-4 lat pracy, jednak okazać się może większym sukcesem niż dryfowanie w okolicach 10% wyborczych. Dodatkowo, rozsądek podpowiada, że zastała sytuacja, będąca skutkiem wczorajszej decyzji Pis-u nie pozostawia innego wyboru. Czas „pięknych różnic” dobiega końca – przynajmniej na antenie TVN.Jeśli decyzja PiS-u była "pięknym samobójstwem" dla tej partii, to dalsze, kurczowe trzymanie się SLD przy dotychczasowej strategii, może się okazać jeszcze "piękniejszym" widowiskiem, niż PiS-owskie "samobójstwo".
PS - nie muszę chyba dodawać, iż takie postawienie sprawy jest kolejnym kamyczkiem w ogródku PiS-u. Zyskanie dodatkowych dział w osłabianiu PO, tym razem tych z lewej strony, jest tym o co zabiegał od dawna PiS - dawał ku temu wyraźne znaki zaraz po zmianie przewodniczącego SLD, kiedy to nie krył zadowolenia z takiego obrotu sprawy.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)