doomer doomer
48
BLOG

Panu Łukaszowi w odpowiedzi, czyli bojkot tez "oczywistych".

doomer doomer Polityka Obserwuj notkę 63

Lubię Pana Łukasza Warzechę. Naprawdę lubię – bez ironii. Nie wiem czy kategoria sympatii to odpowiednia skala, na której powinno się mierzyć wartość dziennikarską. Moim zdaniem, do najlepszych nie należy, jednak nie będę oszukiwał sam siebie i potencjalnych czytelników tego tekstu. G.K. Chesterton we wstępie do swojego „Wiekuistego człowieka” napisał: „ Żaden katolik, taką mam przynajmniej nadzieję, nie mógłby napisać książki na żaden, a zwłaszcza na ten temat, nie ujawniając, że jest katolikiem” – podobna sytuacja ma miejsce teraz. Nie sposób zachować czystości sumienia i elementarnej uczciwości wobec siebie i odbiorców, nie ujawniając swoich emocji, jakimi darzy się podmiot lub przedmiot polemiki. Jak już napisałem, Pana Warzechę lubię, z czego wynika, że (być może) podświadomie, czasami ugryzę się w język, żeby nie napisać czegoś dosadniej, użyć mocniejszego, bardziej ostrego słowa etc. Nie oznacza to jednak, że w wielu kwestiach się z nim nie zgadzam. Częściej jest to niezgoda milcząca, gdyż czasu brakuje na artykułowanie pisemnych polemik, jednak od czasu do czasu zdarza mi się zebrać w sobie i coś wyskrobać. Tak też jest i tym razem. Rzecz dotyczy, ciągnącego się nadal ku mojemu zdziwieniu, tematu bojkotu TVN przez Pis. Oto 6 punktów, z których Pan Warzecha uczynił (jak mniemam) fundament swojego wpisu, fundament na którym została zbudowana teoria, iż decyzja Pis-u była błędem:

  • PiS, żeby zdobyć władzę ponownie, musi wyjść poza swój żelazny elektorat, który wynosi prawdopodobnie 15-20 procent. Musi zatem podjąć walkę o centrum, zdominowane dziś przez PO. Do tego potrzebna jest zmiana języka, wizerunku, sposobu komunikowania się.
  • Decyzja o bojkocie idzie dokładnie w przeciwną stronę: podoba się już przekonanym, nieprzekonanych utwierdza w przeświadczeniu, że negatywne opinie o PiS, jakie wpaja im część komentatorów i mediów są prawdziwe.
  • PiS popełnił zasadniczy błąd, ogłaszając bojkot bez wyraźnego, czytelnego dla publiczności powodu. Te, które oficjalnie się podaje, są nieczytelne, niezrozumiałe i nieznane.
  • Dodatkowy protest przeciwko zdjęciach w Onet.pl sprawia skrajnie infantylne wrażenie i jest bardzo łatwy do okpienia.
  • PiS nie postawił żadnych wyraźnych warunków. Z drugiej strony wiadomo, że koncernu medialnego takiego jak ITI nie da się bojkotować w nieskończoność - to oczywista oczywistość. Skoro jednak nie ma warunków powrotu, a wrócić trzeba będzie, powstaje poważny problem, jak ten powrót uzasadnić tak, żeby nie stracić twarzy.
  • Warto też zauważyć, że przeciwko bojkotowa na Radzie Politycznej było tych jej kilku członków, którzy najlepiej rozumieją media i dobrze się w nich odnajdują. Niestety, zostali przegłosowani.

Niestety, konwencja blogosfery, a co za tym idzie, naturalne ograniczenia w długości tekstu, nie pozwalają mi zająć się wszystkimi punktami. Ograniczę się zatem do tych z pogrubionych kwestii, gdyż (jak mniemam), są one kluczowe dla autora, skoro sam je wyróżnił.

Punkt pierwszy. Pan Warzecha, z typową dla większości dziennikarzy pewnością, stwierdza, iż dla Pis-u niezbędnym kierunkiem jest „centrum”. Piękna wizja, doprawdy, można się wzruszyć. Problem w tym, że Pan Warzecha nie podaje ku temu żadnych argumentów. Podaje co prawda jakieś mgliste 15-20%, wokół których, rzekomo, Pis lawiruje, nie odnosząc się np. do sondaży, które dawały jeszcze niedawno wynik 30%. Co więcej, nie próbuje nawet przeanalizować tego, co spowodowało taki wynik. Innymi słowy, co takiego się niby wydarzyło w polityce medialno – kadrowej partii Jarosława Kaczyńskiego, że taki wynik stał się możliwy. Nie wiem jak Pan Warzecha, ale ja szczególnych zmian nie zauważyłem. Nie zauważyłem owej „zmiany języka, wizerunki, sposobu komunikowania się”. Nie uświadczyłem nowych twarzy, większej łagodności Pana Jacka Kurskiego etc. Pan Warzecha nie raczy również zwrócić uwagi na negatywne skutki owego „zwrotu ku centrum”. Należy wszak pamiętać, że nie można zjeść ciastka i być jego posiadaczek (chyba, że obecność w jelitach uznamy za okoliczność łagodzącą). Pan Warzecha zapomina, iż często elektorat prawicowy i centrowy się wzajemnie wyklucza. Jest wielce prawdopodobne, iż ewentualny zwrot ku centrum, mógłby skończyć się dla Pis-u stratą wyborców z prawej strony. Kluczowym pytanie, którego niestety nikt nie zadaje analizując tę kwestię, jest to CZY TAKI RUCH SIĘ OPŁACA? W skrócie, czy warto ryzykować ze strony zdyscyplinowanego, wiernego, gotowego iść na każde wybory, elektoratu na rzecz koniunkturalnego, leniwego, kapryśnego elektoratu centrum. Niech Pan sobie przypomni wybory w 2007 roku – jakie siły musiały być uruchomione żeby ruszyć z domu owe „centrum”. Zmasowana kampania medialna, „zmień twarz, idź na wybory”, trąbienie na zagrożeniu demokracją, wysyłanie SMS-ów, łańcuszki internetowe etc. Gigantyczne pieniądze, monstrualna kampania medialna – wszystko to aby łaskawie, pewna część elektoratu ruszyła swoje, za przeproszeniem, cztery litery z domu i poszła do urn. Niech Pan to porówna z nakładami Pis-u w sferze mobilizacji elektoratu. Nawet jeśli uznamy, że cała akcja z Panem Kaczmarkiem była owym kosztem, to jakże niewspółmiernym do tego co działo się po drugiej stronie. I na ten aspekt trzeba najpierw patrzeć, później zaś próbować przekonywać, ze centrum to klucz do sukcesu. Inna sprawa, czy w ogóle owe centrum jest w stanie zagłosować na Pis. Moim zdaniem „nie”. Przynajmniej nie w perspektywie 2-3 lat.

 

Punkt drugi – Nie wiem czy to naiwność Pana Warzechy czy szczery idealizm pozwala mu sądzić, iż polityka polega na „przekonywaniu niezdecydowanych”. Doprawdy, bajkowa wizja. Jeśli Pan uważa, że np. przeciętny Polak włącza wieczorem TVN24 z myślą „ok., to teraz obejrzę program publicystyczny z nadzieją, że któryś polityk mnie przekona do swoich racji”, to wypada mi jedynie gratulować dobrego samopoczucia, lub poprosić o adres dealera środków odurzających. Problem z debatami publicznymi opisał już swego czasu Pan prof. Zdzisław Krasnodębski. Przypominałem jego opinię na blogu Pana Wojciecha Wiejrzejskiego, jednak powtórzę ją, gdyż uważam, że jest ona kluczowa dla zrozumienia tej kwestii. Chodzi, w dużym skrócie, o coś takiego jak „etos dyskusji”. Kiedyś, w czasach kiedy honor i prawda nie były rzeczami relatywnymi, dyskutowano aby dojść do prawdy. Obie strony sporu siadały do stołu z argumentami i chęcią przekonania drugiej strony. Jeśli racje jeden ze strony okazywały się lepsze, dosadniejsze, silniejsze, to druga strona ustępowała przyznając rację oponentowi. Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Obecnie, z dawnego ekwipunku dyskutanta, pozostały jedynie argumenty. Gdzieś, w między czasie, Panowie (lub Panie) pogubiły cel główny, jakim było dążenie do prawdy. Dziś, po burzliwej dyskusji, strony odchodzą w przekonaniu, że ten drugi to ciemniak, że to ja mam rację, że jak zwykle nic nie zrozumieli etc. Prawda zaś, zgodnie z przysłowiem, pozostała pośrodku patrząc z pogardą na obie, zadufane i ogarnięte manią wielkości, strony. Toteż, jeśli ktokolwiek uważa, że debaty polityczne różniąc się czymś od szerszego zbioru, jakim są dyskusje jako takie, iż stanowią one jakiś szlachetny wyjątek, ten naprawdę stracił dawno kontakt z rzeczywistością. Dzisiejsza polityka nie polega na przekonywaniu strony przeciwnika, ani przekonywaniu niezdecydowanych. Ci pierwsi nie dadzą się przekonać, gdyż wiązałoby się to z przyznaniem do błędu (w końcu, są po stronie przeciwnika), Ci drudzy zaś, są zbyt mało świadomi (w przeciwnym razie, nie byliby „niezdecydowani), aby docierały do nich rzeczowe argumenty. Stąd wynalazek jakim określa się „populizm”. Rzecz przydatna, niekiedy nawet chwalona (zależy czy włada nim Pan Donald Tusk, czy Pan Kaczyński), ale nigdy rzeczowa i merytoryczna. Stąd moja, nie tyle pogarda, co niechęć, do tzw. „centrum”. Tej części elektoratu, która jest zbyt zajęta sobą, aby zainteresować się sprawami kraju i jednoznacznie określić swoje poglądy. Partia centrum jest nie tylko skazana na porażkę, lecz nie zasługuje na szacunek ludzi ideowych. Z wyjątkiem tych, dla których nijakość jest ideą.

Punkt trzeci – Nie wiem jak dla Pana, ale dla mnie ten powód jest jasny. Bojkotowane stacje wykazały się brakiem elementarnej chęci i dobrej woli w kreowaniu i podtrzymywaniu rzeczowej debaty politycznej. O czym mówię? Wystarczy ograniczyć swój kontakt z TVN 24 do programu „24 godziny”, którego byłem dość regularnym widzem. Brak reakcji ze strony prowadzącej na haniebne insynuacje Pana Wenderlicha w kierunku Pana Romaszewskiego jest tego dobitnym przykładem. Ta cisza ze strony prowadzącego (lub prowadzącej – nie pamiętam) była najgorszym co tylko mógł on zrobić. Powiedzenie „dalej panowie, walcie się mocniej” byłoby przynajmniej jasnym postawieniem sprawy. Tak, chodzi nam o nawalankę, tak, chodzi nam o konflikt, tak, chodzi nam o emocje! Ale nie – ta cisza była bardzo wymowna. Jestem niemal przekonany, że gdyby kamera najechała na twarz prowadzącego, moglibyśmy zobaczyć na jego twarzy delikatny uśmieszek, jeśli nie na ustach, to na pewno widoczny w oczach. Wyjątek? Nie bardzo. Innym razem, stosunkowo niedawno, dyskutowali w studio Pan Kowal z Pis-u i jakiś młody Pan z SLD (Pan wybaczy, nazwiska nie pamiętam – jest to stosunkowo młoda twarz lewicy, ostatnio często występuje na konferencjach). Członek SLD w rozmowie stwierdził, że z ust polityków amerykańskich słyszał, że stanowiska polskiego rządu i Pani Anny Fotygi, były sprzeczne (chodziło o słynną wizytę Pani Fotygi w USA). Pan Kowal poprosił o podanie nazwisk tych polityków, doskonale wiedząc, że nikt takich rzeczy nie mówił. Po 2-3 unikach ze strony posła SLD, Pan Kowal załamał ręce ( Pan Kowal jest członkiem salonu24 – może to potwierdzić). Jak Pan myśli, czy była jakaś reakcja ze strony redaktor, chociażby symboliczna jak np. „Panie pośle, niech Pan poda nazwiska tych polityków z USA? Odpowiedź jest oczywista. Dla człowieka świadomego politycznie, powody tej decyzji są jasne. Może i dla „centrum” takie nie są, ale o owym centrum napisałem w punkcie wyżej.

Punkt czwarty – Cały problem, a mianowicie to, czego się Pan domaga („wyraźne warunki”), polega na tym, że kompromitacja Pis-u nastąpiłaby dopiero w momencie określenie takich warunków! Proszę Pana, jak Pan sobie wyobraża owe warunki? Domagamy się średnio o 5 minut więcej czasu w dyskusjach! Domagamy się zatrudnienia w serwisach dziennikarza X, Y, Z ! Domagamy się obowiązkowych konsultacji z naszymi działaczami, przed emisją materiału o naszej partii! No niech Pan nie żartuje! TVN to telewizja prywatna, telewizja, której natura pozwala jej na robienie tego co chce. Stawianie wykrystalizowanych żądań byłoby największą kompromitacją partii politycznej, jaka jest tylko możliwa na linii polityk – media. Sama natura bojkotu musi się ograniczać do ogółu, rzeczy z natury sloganowych. Inne wyjście jest niemożliwe. Zakłada Pan również, że owy powrót będzie konieczny. Wolno Panu, tylko dlaczego zakłada Pan również, jakby automatycznie że nastąpi on bez zmiany stanowiska TVN, lecz z inicjatywy Pis-u („powstaje poważny problem, jak ten powrót uzasadnić tak, żeby nie stracić twarzy”)?. Dlaczego nie bierze Pan pod uwagę aspektów opisanych np. przez czołówkę blogerów jak np. Michaela lub MarkD’a (przepraszam, nie wiem jak to się odmienia prawidłowo). Bardzo możliwe, że powrót nastąpi, tylko dlaczego analizujemy jedynie jedno, z co najmniej dwóch, możliwych wyjść? Ja rozumiem, że Pan jako dziennikarz występujący czasami w TVN, nie może tego sformułować jasno na antenie tejże stacji. To jasne. Tylko dlaczego ogranicza się Pan jako bloger? Jeśli prześledzi Pan sondażowe wyniki opisujące przekrój odbiorców TVN (podawane na jednym z blogów – jak będę miał czas i Pan wyrazi chęć, to postaram się je odszukać), to zauważy Pan, że aż 33% widzów TVN to zwolennicy Pis-u! Czy sądzi Pan, że da się ignorować żądania tej wielkiej części „elektoratu medialnego” TVN-u? Być może. Proszę jednak przedstawić argumenty, które pozwalają taką tezę utrzymywać. Jak na razie to argumenty przedstawiła druga strona w postaci wspominanych już wcześniej blogerów. I może to Pana rozczarować, ale nie są to argumenty na poparcie Pana tezy.

To tak w skrócie. Nie mam żadnej pewności, że ten wpis znajdzie się na SG, tak samo jak nie mam pewności, że ktoś go w ogóle przeczyta. Jednak jeśli ktoś poświęcił czasu aby przedrzeć się przez całość, temu już teraz mogę pogratulować wytrwałości. Opis ten to tylko część szerszego problemu, jakim jest przyjmowanie a-priori przez brać dziennikarską pewnych tez. Niektóre zagadnienia jak np. opisywane przejęcie centrum, podają w dyskusjach bez specjalnej refleksji i, choćby tak płytkiej i niepełnej analizy jak moja. Z przykrością stwierdzam, że nie dotyczy to tylko dziennikarzy z lewej strony. Ten wpis nie powstałby, gdyby nie fakt, iż (jak zaznaczyłem na wstępie) darzę Pana Warzechę sympatią. Gdyby tak nie było, w ogóle nie brałbym się za pisanie polemiki. Czekałbym jedynie na odpowiednią okazję do uderzenia, czy to ze strony polityka, czy innego dziennikarza. Jako, że zależy mi na dobrym poziomie reprezentacji prawej strony w debacie publicznej, nie mogłem pozostawić tego bez odpowiedzi. Być może się mylę. Nie wykluczam. Prosiłbym jednak o przekonanie mnie o tymże błędzie. Komunały nigdy do mnie specjalnie nie trafiały.

PS - Jeśli czytelnik ma chwilkę czasu, to proponuję zapoznać się z tym, niedawno opublikowanym, linkiem:

http://wiadomosci.onet.pl/1791277,11,polowa_polakow_nie_ma_partii_z_ktora_sie_utozsamia,item.html

Jest to kolejny dowód na to że:

1. te 50% nie powinno w ogóle głosować. To naturalne, że nie wszyscy się interesują polityką, stąd sytuacja kiedy frekwencja wynosi w granicach 40-50% jest rzeczą normalną. Nikt nie rozdziera szat z tego powodu, jeśli w USA frekwencja wyniesie mniej niż 40%.

2.  PO ma najbardziej nijaki elektorat, który nie ma świadomości politycznej. Dowodem na to są słowa: "W grupie osób słabiej identyfikujących się z którąś partią przewaga PO nad konkurentami jest bardziej wyraźna. Rządząca partia zbiera zdecydowanie najwięcej punktów (56 procent) i pod względem liczby "umiarkowanych" zwolenników dystansuje PiS (21 procent).". 

Nie mam zamiaru z krótkiego "PS" robić kolejnej części wpisu, więc pozostawiam Państwu do analizy i tę informację. Niech każdy wyciąga sam wnioski.  

doomer
O mnie doomer

" My, liberałowie, wyznawaliśmy kiedyś nasz liberalizm niefrasobliwie, bo uważaliśmy go za oczywistość. Ale liberalizm został zaatakowany, więc od tej pory wyznajemy go zaciekle, jak religię. My, zwolennicy patriotyzmu, uważaliśmy kiedyś, że patriotyzm jest postawą racjonalną i nie zastanawialiśmy się nad nim wiele. Teraz już wiemy, że jest to postawa irracjonalna i mamy pewność, że jest słuszna. My, chrześcijanie, nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, ile filozoficznego zdrowego rozsądku tkwi w misteriach chrześcijańskich, póki nie pokazali nam tego antychrześcijańscy publicyści " G.K. Chesterton - "Heretycy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (63)

Inne tematy w dziale Polityka