Nie sądziłem, że mój wczorajszy wpis wywoła, aż tak duża (jak dla mnie) falę komentarzy. Jestem bardzo mile zaskoczony, gdyż nie ma nic lepszego niż ożywiona merytoryczna dyskusja, nawet jeśli wymaga ona czasami dużej cierpliwości z obu stron. Ku mojemu zdziwieniu, z czasem, dyskusja zeszła na boczny tor. Wątek, który faktycznie pojawił się w pierwotnym wpisie, urósł do takich rozmiarów, że zepchnął temat główny (polemikę nt. bojkotu) na boczny tor. I bardzo dobrze, wszak temat bojkotu naturalnie się wyczerpał i z biegiem czasu emocje, oraz liczba opinii na jego temat będzie się systematycznie zmniejszać. Aspekt tak żywo dyskutowany, o którym pisałem wyżej, dotyczył istnienia w państwie demokratycznym tzw. centrum. Ilość komentarzy, czasami źle interpretujących moje słowa (za co winę biorę na siebie, gdyż mogłem się mało jasno wyrazić), w dużej ilości zaś trafiających w to co „autor miał na myśli”, skłoniła mnie do napisania oddzielnego tekstu. Żeby zaś była jasność, samo natężenie dyskusji nie jest tu głównym powodem. Istnienie centrum w życiu publicznym, podejście do niego i sposób wykorzystania, jest na tyle ważnym tematem, że nie sposób nie poruszyć go prędzej, czy później. I tak też właśnie postanowiłem uczynić, zaznaczając od razu, iż forma wpisu blogowego nie pozwala mi na rozwinięcie wszystkich aspektów, toteż nie unikniemy prawdopodobnie dyskusji w tzw. komentarzach.
Przede wszystkim, nie sposób nie zacząć od samej definicji (czego niestety nie zrobiłem w pierwotnym wpisie, poprawiając się na szczęście w komentarzach), czy też, skonkretyzowania tego, czym jest owe centrum. Obóz centrum to przede wszystkim dwie płaszczyzny – sfera przeciętnego wyborcy oraz sfera polityków i wszelkiego rodzaju elit. Wyborcy centrowi często charakteryzują się brakiem sprecyzowanych poglądów na większość spraw istniejących w obiegu politycznym. Ich poglądy polityczne przypominają często zbiór wyrwanych z kontekstu, często sprzecznych ze sobą, przekonań, które w zależności od uniesienia chwili i potrzeby, wyciągane są jak króliki z kapelusza. Kiedy trzeba zaprotestować przeciwko wyzyskowi pielęgniarek to dumnie maszerują lub donoszą herbatę do strajkujących. Kiedy zaś trzeba sprzeciwić się wyzyskowi obywatela przez państwo, dumnie ubierają się w piórka nowoczesnych liberałów. Brak spójnego, ugruntowanego na bazie realnych argumentów, światopoglądu politycznego, to główna cecha tego środowiska. Owszem, dla jednych będzie (jak się później przekonamy) to zdecydowany plus, gdyż zapewnia elastyczność systemów politycznych, dla drugich zaś, element destabilizujący i wywrotowy. Podobnie, lecz nie do końca, jest z elitami centrowymi. Zdecydowanie częściej niż ich wyborcy, posiadają oni swoje poglądy (chociażby z racji wieku i wykształcenia), jednak sytuacja, oraz sama natura centrysty – polityka, nie pozwala mu na swoisty ekshibicjonizm ideowy. Kamuflują oni skutecznie przed społeczeństwem swoje faktyczne przekonania, gdyż obawiają się, iż zostaną przez kogoś uznani za zbyt prawicowych, lub zbyt lewicowych, a na pewno, za mało centrowych. Ten kamuflaż pełni też rolę praktyczną, gdyż pozwala takiej partii na rozmowy z całym wachlarzem partii politycznych w kraju. Nie przeszkadza im to w zawianiu koalicji z lewicą i prawica, mimo iż, często realizują i głoszą oni na przestrzeni lat sprzeczne postulaty.
O ile więc w przypadku wyborców centrum (w moim, prywatnym znaczeniu – nikt się nie musi z tym zgadzać) mamy do czynienia z zdecydowanej większości ze szczerym brakiem wizji politycznej (z różnych powodów: lenistwo, brak czasu, brak zdolności intelektualnych itp.) to politycy z tej samej frakcji często są po prostu cynicznymi kameleonami. Mam wrażenie, że zaraz podniesie się wielki wrzask, gdyż przecież jest masa ludzi, którzy mają klarowane przekonania, jednak nie godzą się na skrajne rozwiązania. Najlepszym przykładem jest tutaj płaszczyzna sporów o doktryny gospodarcze. Może to Państwa rozczaruje, ale nie ma to nic wspólnego z tzw. umiarkowaniem. Doprawdy, jeśli ktoś jest za wolnym rynkiem, ale z „ludzką twarzą”, to nie jest żadnym centrystą, tylko socjalistą. Może i umiarkowanym, ale na pewno socjalistą, którego miejsce jest po lewej stronie. Jak to ładnie określiła Ayn Rand spór pomiędzy wolnym rynkiem a socjalizmem„to wybór między trucizną i chlebem”. Oferowanie zatrutego chleba, po którym co prawda nie umrzemy, lecz lekko zachorujemy, nie ma nic wspólnego z umiarkowanie, kompromisem czy pluralizmem.
Nie chcę jednak wyjść na sadystę. To nie jest tak, że grupa ta ma być eliminowana z życia publicznego. Tego się zrobić nie da, wszak sama natura tego zjawiska zakłada, że osoby przypadkowe zawsze znajdują się wewnątrz polityki, zarówno po stronie wyborców jak i wybieranych. Zawsze znajdzie się jakaś grupa interesu, czy to medialna, czy polityczna, której na rękę jest aktywizacja nieświadomego elektoratu. Ten nieodłączny atrybut życia politycznego należy jednak minimalizować. W obecnych czasach mamy jednak do czynienia z czymś zupełnie przeciwnym, stąd moja zdecydowana reakcja. W dobie „fetyszyzacji frekwencji” ta część tkanki społecznej odgrywa jednak coraz to większą rolę. Co więcej, może (jak się przekonaliśmy) przechylać szale zwycięstwa na jedną ze stron, bez (co wskazują badania opinii publicznej przeprowadzone po wyborach) merytorycznego uzasadnienia. Jest w tym jakiś ponury cynizm, gdyż każdego dnia możemy spotkać legiony ludzi głoszących hasła o profesjonalizacji polityki tj. polityków. Na każdy kroku słyszymy jakich to mamy nieudaczników w Sejmie. Co oni sobą reprezentują? Co oni umieją robić? Jakim prawem oni zasiadają w tych szlachetnych ławach? Lament ten nie ma końca. Z drugiej zaś strony godzimy się na kompletną amatorszczyznę w wykonaniu źródła tego problemu. W jednej chwili krzyczymy ze wszystkich sił o potrzebie większego udziału ekspertów w życiu publicznym, po czym odwracamy głowę i pełni górnolotnych frazesów o demokracji, wychwalamy przypadkowość opartą w dużej mierze na emocjach. Drodzy Państwa, jeśli już się bawimy w grę zwaną demokracją to bądźmy chociaż konsekwentni. Jeśli domagamy się profesjonalizacji polityki to powinniśmy to robić uwzględniając nie tylko stronę polityków, lecz również stronę, która tych polityków wybiera. Permanentnie mylimy skutek z przyczyną, a jeśli nawet to się nie zdarza, to popełniamy jeszcze większy grzech – kompletnie nie widzimy związku między jednym a drugim.
W takim sposób powstaje oto taki twór jak partia centrowa. Partia, która jest wedle mojego przekonania, zagrożeniem dla ładu publicznego, zarówno w sferze szkodliwej retoryki (mieszanie w głowach wyborców, czego idealnym przykładem jest dziś wyklęty „liberalizm”) mamiącej wyborców, jak i sferze praktycznej, niszcząc struktury państwa i jego dobrobyt. Partia centrowa jest skazana na zagładę. Wynika to z jej natury. Skoro coś jest w centrum, zawsze musi istnieć coś co jest na lewo i na prawo. Musi istnieć coś co jest bardziej prawicowe i lewicowe niż centrum. Te nieustanne szarpanie idei, licytowanie się na to, kto jest bardziej szczery w swoich hasłach, prowadzić musi do nieszczęścia, zarówno w aspekcie etykiety politycznej, jak i destabilizacji sceny publicznej. Jedynym sposobem na przetrwanie partii centrowej jest nieustanna walka z samym sobą w postaci zmiany własnej skóry. To co teraz obserwujemy to idealny przykład na to jak szkodliwe mogą być rządy partii bez właściwości, partii „wszystkich Polaków”. Nieustanne monitorowanie sondaży to tylko jeden z tych aspektów. Co więcej, same sondaże są skażone grzechem pierworodnym. Osoby o jasnych poglądach nie zmieniają ich z dnia na dzień. Ktoś kto jest jednego dnia przeciwnikiem aborcji, nie stanie się w przeciągu tygodnia, miesiąca, czy nawet roku, jej zwolennikiem. Ten twardy elektorat, zarówno lewicowy jak i prawicowy, stanowiących ok. 40% wszystkich wyborców, jest stały. Ewentualne wahania sondażowe są spowodowane ruchami tzw. centrystów. Opieranie swojej polityki na tej grupie to odejście od realnie polityki na rzecz wydmuszki, która ma tę politykę imitować. Ciągłe inwestycje w PR (czego ponurym przykładem niech będzie likwidacja biblioteki w KPRP) to tylko jeden ze środków na założenie kagańca temu elektoratowi, to tylko jeden ze sposobów na przetrwanie. Dla normalnego wyborcy o ugruntowanych przekonaniach, nie ma znaczenia czy ktoś podjął decyzję o dofinansowaniu nierentownego zakładu pracy, gdyż tak mu nakazywała moralność i wrażliwość, czy był to efekt nacisku związków zawodowych. W obu tych przypadkach była to decyzja błędna. Ma to jednak znaczenie dla tych, którzy dokonują wyborów w oparciu o emocje, o to jak zostanie sprzedana ta decyzja. Paraliż decyzyjny zaś to najgorsza odmiana tej choroby. Poprzez kapryśność, niezdecydowanie, brak możliwości przewidzenia reakcji tego elektoratu, jakakolwiek decyzja staje się być nieustannym slalomem, który kończy się zaplątaniem sznurówek. Idealnym tego przykładem jest „reforma” KRUS. Ktoś powie „piękny kompromis” – ja powiem: „zdrada ideałów, zdrada narodu, zdrada państwa”. Jeśli ktoś uważa, że możliwość wyboru sposobu własnej śmierci, polegającego na rezygnacji z bardziej drastycznej metody, na rzecz tej bardziej humanitarnej, to kompromis - proszę bardzo – wolno mu. Ja jednak pozwolę się z tym nie zgodzić.
Wśród licznych komentarzy pojawił się jeden, który wg mnie powinien być tutaj wyjaśniony. Było to przekonania pana „woodya”, iż "To siła centrum, historycznie, ratowała kraje demokratyczne przed stoczeniem się w skrajne rozwiązania ustrojowe. W sytuacji silnej polaryzacji tylko koalicja centrum z któraś z partii skrajnych daje szanse na stabilny układ polityczny". Nie sposób odmówić temu poglądowi słuszności w wymiarze faktów. Istnienie centrum, jest, jak to określa autor „szansą na ratunek” czego najlepszym dowodem jest u nas np. PSL. Partia początkowo zaliczana do lewicy, później przechodząca rożne transformacje (słynne teksty w pismach, że przed 2007 r. Pan Pawlak zaczął czytać... Miltona Friedmana). Obecnie to, jeśli chodzi o zdolność koalicyjna, partia centrum - taka sama partia, jak elektorat - bez specjalnych właściwości, bez jasno sprecyzowanych celów politycznych (poza obsadzaniem Spółek Skarbu Państwa - ten cel jest wspólnym mianownikiem dla wszystkich lat obecności PSL w życiu politycznym) itp. I teraz należy zadać sobie pytanie - czy to dobrze, ze taka partia, stale dostająca się do Sejmu, istnieje? Niektórzy, jak Pan "woodya" powiedzą, że tak, gdyż pełni ona role czynnika stabilizującego np. zapobiegając przed ponownymi wyborami, umożliwiającymi wyłonienie większości prawicowej lub lewicowej. Ja jednak nie widzę w tym nic dobrego. Doprawdy, ciężko jest uznawać za komfortową sytuację, kiedy budowę domu kończymy na ścianach, gdyż tak jest szybciej i mniej kosztownie. Skazując się na koalicję z centrum popełniamy grzech w stosunku do naszych wyborców - grzech ten nazywa się dziś kompromisem, którego efekty zaraz opiszę. Należy więc zauważyć, ze w przypadku zawarcie tzw. kompromisu ( w sytuacji powiązań "prawica-centrum", "lewica-centrum", czyli opcji skrajna z opcja centralna) skazujemy siebie, ale co najważniejsze, również wyborców na akceptacje czegoś, czego nigdy wcześniej nie akceptowali, a co najważniejsze, nie akceptowali w momencie zawarcia umowy przy urnach wyborczych - jakiejś dziwnej hybrydy programów dwóch (wersja optymistyczna - często jest to większa liczba) partii. Jest to nie tylko nieuczciwe w stosunku do własnych wyborców, ale również wybitnie szkodliwe dla państwa i obywateli. Jakiż to ma opłakany skutek możemy obserwować na przykładzie dzisiejszej sytuacji politycznej. Obecna, piękna i zgodna, koalicja zafundowała Polakom cyrk na kółkach. Żadna realna i istotna decyzja reformatorska nie może być podjęta ze względu na obecność drugiego ogniwa - reforma KRUS-u to jakiś żart, Okręgi Jednomandatowe dawno odeszły w niepamięć, reforma ordynacji wyborczej, finansowanie partii itp. to tematy, którymi nikt, mimo wcześniejszych deklaracji, się nie zajmuje. Kiedy uświadomimy sobie źródła tego paraliżu decyzyjnego, którym jest właśnie kompromis z centrum (inne przypadki praktycznie nie istnieją - koalicja "prawica-prawica" do skutków o podobnej skali nie może doprowadzić, ze względu na tożsamość idei a koalicja "prawica-lewica" w praktyce praktycznie nie występuje, ze względu na totalny antagonizm poglądowy), wtedy powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie "czy warto?". Należy przeprowadzić w swoim umyśle drobny bilans zysków i strat wynikłych z takiej sytuacji. Czy czasami nie lepiej byłoby wydać pieniądze (wersja skrajna, gdyż można to rozwiązać np. dzięki modyfikacji ordynacji wyborczej) na kolejne wybory, czy tracić przez kolejne lata miliardy złotych na rzecz KRUS-u, wszechobecnej biurokracji, nepotyzmu blokującego zdolnych na rzecz "krewnych królika" itp. Owszem, nie twierdze, ze dla niektórych osób połączenie tych, dla mnie szkodliwych, rzeczy, jakimi jest centrum i kompromis to wartość sama w sobie. Ich prawo. Nie wiem jedynak czy komfort psychiczny wynikający ze świadomości, iż mamy tak piękne i pluralistyczne realia polityczne, da się przełożyć na realne straty i bankructwo państwa, nie mówiąc o innych wadach, opisanych wcześniej.
Powyższy wpis to jedynie przyczynek do szerszej dyskusji (patrz: tytuł). Jest to prześliźnięcie się po najważniejszych aspektach i skutkach funkcjonowania centrum w polityce. Jak jednak zaznaczyłem na samym początku, sama natura wpisu na blogu nie pozwala na dłuższe wywody, które zresztą mogłyby być śmiertelne dla jednych pod względem długości, a dla drugich ( w zależności od poglądów politycznych) nudności i absurdalności. Nikt nie musi się zgadzać z takim ujęciem centrum jakie przedstawiłem wyżej. Wynikać może ono jedynie z mocno tradycyjnego podejścia do polityki, które warunkują słowa „niech wasza mowa będzie tak, tak – nie, nie”. Jeśli komuś to ułatwi życie to zamiast „centrum” może używać innego słowa np. elektorat niezdecydowany. W wielu kwestiach te dwie sprawy się pokrywają. Nie ulega jednak wątpliwości, iż dyskusja o skali oraz roli tego zjawiska jest potrzebna. Żeby było śmieszniej, ona się już częściowo odbyła tuż po wyborach w 2007. Problem w tym, że usłyszeliśmy jedynie głosy zwolenników udziału centrum w tak dużym nakładzie, jak miało to miejsce 21 października. Głosy odmienne były jedynie kroplą w morzu. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni.



Komentarze
Pokaż komentarze (37)