W gruncie rzeczy to mi trochę głupio. Dzisiejszy dzień został zdominowany przez zamieszanie wokół immunitetu Pan Zbigniewa Ziobry, więc wydawać się może wielce niestosowanym, a na pewno samobójczym z punktu widzenia skuteczności publicystycznej, poruszanie innych spraw. Nie mogę jednak postąpić inaczej, niż ignorując owe wydarzenie, gdyż obserwowanie go napełniło mnie niesmakiem. W związku z powyższym, uznaję za naturalne, iż prawdopodobieństwo znalezienia się tego wpisu na stronie główniej nieco maleje ze względu na rozbieżność pomiędzy tematem notki a „newsem dnia”. Postanowiłem jednak zaryzykować.
Czego by nie mówić nt. bojkotu medialnego głównej partii opozycyjnej, to nie da się mu odmówić tego pozytywnego aspektu, iż wywołał ożywioną dyskusję nt. pozyskiwania elektoratu, strategii marketingowej czy samego miejsca pewnej, dużej grupy wyborców w życiu publicznym. Kto wie, czy nie była to największa dyskusja na ten temat od daty samych wyborów tj. momentu ogłoszenia ich wyniku, czego następstwem były analizy tego stanu rzeczy. Tak się złożyło, iż sam brałem udział w tej dyskusji zamieszczając z tej okazji kilka notek zarówno w sprawie samej decyzji bojkotu jak i szerszego ujęcia poruszanego problemu tj. miejsca „wyborców centrowych” w polityce. Doszło nawet do bezpośredniej wymiany zdań pomiędzy mną i Panem Łukaszem Warzechą, za co raz jeszcze pragnę mu podziękować. I kiedy już wydawało się, że dyskusja została zakończona, a w najlepszym wypadku – wyciszona (przynajmniej z mojej strony), z odsieczą przyszła mi lektura, do której (dzięki Opatrzności, lub jak kto woli – przez przypadek) postanowiłem wrócić w ostatnich dniach. Mowa o „Heretykach” G.K. Chestertona. Postanowiłem więc przedstawić czytelnikom, zarówno tym, którzy zgadzali się z moim punktem widzenia, jak i przeciwnikom, najważniejsze fragmenty z dzieła tego wybitnego konserwatysty traktujące właśnie o tych, których raczyłem nazwać „centrystami”. Zapraszam do lektury (wszelkie pogrubienia w cytatach pochodzą ode mnie).
Najlepiej zatem zacząć, jak to zwykle bywa, od początku. Od tego, co stało się tak naprawdę powodem poruszenia przez Chestertona tematu tych, których ja nazywam centrystami (można też spotkać etykiety typu: elektorat niezdecydowany, umiarkowani wyborcy, lemingi itp.). Oddajmy więc głos autorowi:
„Skrajne przekonania są dziś traktowane z duża ostrożnością, ponieważ panuje opinia, że to one właśnie, zwłaszcza w kwestiach uniwersalnych, były w przeszłości winne czemuś, co nazywa się bigoterią”
Co do kwestii samej bigoterii, to jeszcze do niej wrócimy. Sednem sprawy jest to, iż jasno określone poglądy, czy to lewicowe, czy prawicowe, zawsze budziły kontrowersje. Bywało, że całe zło świata było przypisywane właśnie takim postawom. Nacisk na konkretny zarzut odbywał się jednak rotacyjne, w zależności od epoki i trendu. W obecnej rzeczywistości, osoby o wyrazistych przekonaniach oskarża się głównie o „radykalizację życia publicznego”, „niszczenie dyskursu politycznego”, „burzenie kompromisów” etc. Co zaś tyczy się naszego przypadku, zarzut polegał głównie na marginalizacji partii politycznych, skazywaniu ich na betonowy elektorat, permanentne dryfowanie w okolicach 20% poparcia itp. Wszystkie wyżej postawione zarzuty przyjmowane się podczas dzisiejszych debat publicznych jako truizmy. Jak już zaznaczyłem w poprzednim wpisie, nikt nawet nie kusi się o próbę analizy tego zjawiska. I jest to jeszcze do „przełknięcia” jeśli chodzi o brak analizy bilansu zysków i strat wynikających z podejmowania prób uzyskania poparcia tego elektoratu. Zawsze możemy to nadrobić, właśnie dzięki takiemu miejscu jak salon24. Co jednak poczniemy, kiedy może się okazać, że nasze dotychczasowe podejście co do samego źródła problemu, źródła tych wszystkich „grzechów przeciw demokracji”, jest błędne? Jeśli przekonamy się, że przez całe nasze życie, oskarżaliśmy nie tych, co trzeba? Co jeśli, całą naszą energię poświęciliśmy na zwalczanie wroga, który nie był naszym wrogiem, a jeśli nawet był wrogiem, to nie był odpowiedzialny za to co mu przypisywaliśmy? Jest bowiem wielce prawdopodobne, iż:
„W prawdziwym życiu największymi bigotami są ludzie nie posiadający żadnych w ogóle przekonań. Ekonomiści, teoretycy wolnego rynku, którzy walczą z socjalizmem, podchodzą do socjalizmu bardzo serio. To młody panicz na Bond Street, który nie wiem, na czym polega socjalizm, a już zupełnie nie wiem, czy w niego wierzy, jest absolutnie pewien, że socjaliści robią wiele hałasu o nic. (…)Bigoterię można w przybliżeniu definiować jako gniew ludzi, którzy nie mają poglądów. Bigoteria to forma biernego oporu, jaki ludzie myślący w sposób skrajnie mętny stawiają wobec idei jasnych i wyrazistych. To przerażająca żarliwość bezideowych. To potworność, z której jak świat długi i szeroki wyrosły wszystkie straszne prześladowania. Prześladowcami najczęściej wcale nie byli ci, którym szczerze zależało na idei. Nie byliby wystarczająco liczni. (…)Bigoteria, generalnie biorąc, zawsze oznaczała wszechwładne panowie tych, którym nie zależało nad tymi, którym zależało i którzy byli niszczeni w ciemności i krwi.”
Czy to aby nie stoi w zdecydowanej sprzeczności z tym, o co dziś oskarżamy ludzi ideowych? Czy nie powinno być to powodem do przedefiniowaniach źródła problemu, a przynajmniej do ponownej dyskusji o nim? Dla mnie jest to jasne – dałem temu wyraz w moim wcześniejszym wpisie. To właśnie centryści są dla demokracji największym zagrożeniem. To właśnie ich infantylna naiwność a zarazem zdecydowane przekonanie o słuszności swoich poczynań, tworzy z nich legion zaślepionych piechurów, maszerujących w stronę wyznaczoną im przez marketingowych speców. Jak bowiem można zwalczać idee, nie mając pojęcia zarówno o niej samej jak i o pozycji, z której mamy ją zamiar zaatakować? Nie byłoby to jednak nic niebezpiecznego, gdyby aktywność ta ograniczała się do dyskusji w gronie znajomych, lub w pobliskich pubach. Taka postawa musi budzić jednak sprzeciw, kiedy podobna bezideowość domaga się miejsca w życiu publicznym na tych samych prawach co reszta. Nieświadomi zagrożenia jakie niosą dla struktur państwa, przekonaniu o swojej nieomylności, są w stanie zniszczyć wszystko co stanie na ich drodze, tylko po to, by udowodnić swoją siłę. Są jak ci niewolnicy, którym zabraniano noszenia szat, które by ich odróżniało od reszty społeczeństwa, gdyż jeśli niewolnicy zdaliby sobie sprawę ze swojej ilości, z pewnością dążyliby do buntu. Do pewnego czasu byliśmy wierni tej zasadzie – uważaliśmy, że jest to nieodłączny element naszego życia publicznego, jednak nigdy nie przyszło nam do głowy aby uczynić z niego przedmiot gloryfikacji. Coś się jednak zmieniło w 2007 roku. Pozwoliliśmy założyć tej grupie szaty, które wyróżniły ich z tłumu – zachęceni świadomością o swojej liczbie, zbuntowani centryści ruszyli do boju. Zakończenie znamy wszyscy.
Dzisiaj jednak, kiedy już pył bitewny opadł, jedną z największych zagadek jest dla nas to, co sprawia, że ta grupa jest tak bardzo przekonania o słuszności swojego wyboru. Co sprawia, że mimo faktów jakich dostarcza nam rzeczywistość każdego dnia, centryści wciąż stanowczo obstają przy swoim. Nie sposób znów zacytować autora „Heretyków”:
„Idee są niebezpieczne, ale najmniej zagrażają ludziom ideowym. Człowiek ideowy jest z ideami obznajomiony i porusza się wśród nich jak pogromca lwów. Natomiast człowiek nie posiadający żadnych idei rzeczywiście jest w niebezpieczeństwie, bo pierwsza lepsza idea uderzy mu do głowy jak wino do głowy abstynenta i odurzy go kompletnie. Radykalni ideowcy z mojej partii popełniają na przykład błąd sądząc, że finansiści i biznesmeni zagrażają Imperium Brytyjskiemu bo są brudnymi materialistami. Nic podobnego. Finansiści i biznesmeni zagrażają Imperium, bo mogą popaść w sentymentalizm na tle dowolnego sentymentu i popaść w idealizm na tle pierwszego lepszego ideału, jaki przypadkiem im się napatoczy. Dorastający chłopiec, który niewiele wie o kobietach, łatwo weźmie pierwszą z brzegu kobietę za Tę Jedyną. Tak też i ci praktyczni ludzie, nienawykli do Spraw, za które się walczy, myślą, że jeśli coś okazuje się ideałem, mus to być Ten Właśnie Ideał”
Nikt chyba w bardziej jasny i przekonywający sposób nie wyjaśnił tego zjawiska. Ileż to człowiek naczytał się analiz, ileż artykułów zostało wydrukowanych w prasie – wszystko to wydaje się być jedynie krążeniem wokół realnego problemu, zamiast (tego co uczynił Chesterton) chwycenia go mocno za gardło i wyduszenia prawdy. To kolejny dowód na to, iż to nie ludzie o zdecydowanych poglądach stanowią największą siłę destabilizująca życie publiczne. Nie mogą oni pełnić tej funkcji z min. 2 powodów. Po pierwsze, jak pisze Chesterton, są oni zbyt mało liczni. Po drugie zaś, o czym pisałem wcześniej, nikt o wyrazistych poglądach nie zmienia ich z dnia na dzień. Ktoś kto jednego dnia jest zwolennikiem wolnego rynku, nie stanie się w ciągu tygodnia apologetą socjalizmu. Jeśli zaś nieodłącznym atrybutem destabilizacji jest ciągła zmiana, to nie może być ona winą ideowców. Jedynie brak jasnego dekalogu aksjologicznego może prowadzić do tego, iż gotowi jesteśmy przyjąć każde przekonanie, pod warunkiem, że zostanie odpowiednio nam przedstawione (tj. sprzedane). I to jest właśnie jednym z powodów mojego sprzeciwu. Ktoś może bowiem powiedzieć, iż ciągłe lamentowanie nad brakiem idei jest w efekcie skamleniem przegranego, lub kogoś kto się kompletnie nie zna na realiach politycznych. Oczywiście – nie wszyscy muszą się zgadzać z tezą, iż idea to podstawa. Jeśli zaś nie przemawiają do nich argumenty natury ideowej, niech przemówią argumenty natury pragmatycznej. A to właśnie z tą sferą jest związane narażanie państwa na ciągłe turbulencje. To właśnie tego efektem jest tzw. „polityka sondażowa”. Trzeba być doprawdy ślepcem, lub (co gorsza) centrystą, aby tego nie zauważać.
Czy jest jednak jakieś wyjście z tej patowej sytuacji? Czy ludzie ideowi, którzy zostali postawieni pod murem, mają jakieś szanse? Czy partia w dzisiejszych czasach jest skazana na bigoterię polityczną? Niezupełnie…
„Wierzenia religijne i polityczne są rzeczywiście groźne jak burza, i nic im nie odbierze burzowego piękna. Lecz tylko w jeden sposób można się przed nimi ustrzec. A sposób ten polega na tym, by przesiąknąć do szpiku kości religią i polityką”
Po raz kolejny dostajemy jasną odpowiedź. Jeśli jednak przeczytamy ją uważnie, zauważymy jak diametralnie różni się podejście G.K. Chestertona od tego co proponują nam dzisiejsi politolodzy, dziennikarze (nie wyłączając niestety Pana Warzechy) i liderzy partyjny. Sprowadza się to bowiem do odpowiedzi na pytanie „czy ogon ma machać psem, czy pies ogonem”. Czy to partia polityczna ma dostosowywać się do centrystów, łagodząc swoje stanowiska, skłaniając się ku braku idei, czy może to centryście powinni zaangażować swoje siły w wypracowywaniu własnego stanowiska politycznego? Dla człowieka z minimalnymi zasobami zdrowego rozsądku odpowiedź jest oczywista. Czym bowiem jest twór, do którego dąży dzisiejszy świat? Czym jest „bezideowa partia polityczna”? Czy skoro sama definicja partii politycznej zakłada „wspólnotę idei”, czy może to nadal nazywać partią polityczną? Czy jeśli założę placówkę, gdzie będę przyjmował ludzi kompletnie zdrowych (zarówno fizycznie jak i psychicznie), nie będzie nietaktem z mojej strony zawieszenie nad drzwiami napisu „Szpital”? Robienie ukłonu w kierunku centrystów, którego istota polega na rezygnacji ze swoich idei, prowadzi nieuchronnie do śmierci politycznej. Różnica polega na tym, iż jest to śmierć zadana własnymi rękoma. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest nakłanianie do poparcia naszego stanowiska. Różnić się możemy co do środków jakimi możemy to osiągnąć, jednak nie może być zgody na kompromis w sferze zasadniczej, jakimi jest piramida idei. Jest to niemożliwe, zarówno ze względu na interesy partyjne, jak i interesy państwowe.
Nic bowiem nie przemawia do słuchacza lepiej niż przykłady i postawy skrajne. Jeśli bowiem uznaliśmy, iż ten specyficzny elektorat przejawia w wielu wypadkach cechy wybitnie dziecięce (przekonanie o swojej racji, brak skłonności do korekty swojego stanowiska, kapryśność etc.) , trzeba do niego w ten sam sposób podchodzić. Kiedy więc próbujemy uzmysłowić dziecku niebezpieczeństwo wynikające z kąpieli w morzu, nie mówimy mu o tym, że będąc nieostrożnym może się napić, mało smacznej wody morskiej. Mówimy, iż może się utopić, co działa na wyobraźnie bardziej niż perspektywa nieprzyjemnego smaku. Możemy się zatem różnić co do tego, kto będzie ostrzegał i w jakiej formie będzie to robił. Nie dojdziemy jednak nigdy do porozumienia jeśli warunkiem koniecznym będzie odwrócenie hierarchii priorytetów, lub (nawet częściowa) rezygnacja z dotychczasowego kanonu wartości. Okazuje się bowiem, iż obok argumentów czysto idealistycznych, jakimi jest nasze przekonanie co do wyznawanych wartości, otrzymaliśmy argumenty czysto pragmatyczne. Uwzględniają one zarówno dobro grupy wyznawców idei, jakimi jest partia polityczna, koła dyskusyjne, stowarzyszenia itp. jak i dobro państwa, któremu zobowiązani są służyć członkowie np. partii. Jeśli zatem decydujemy się na wyrażenie zainteresowania centrystami, to na pewno nie może się ono wiązać ze zmiękczeniem naszego stanowiska. To oni muszą się w końcu zdecydować. To oni muszą z bezkształtnej gliny swoich przekonań ulepić wyrazisty pomnik. Możemy im w tym pomóc użyczając naszych narzędzi – i o to jak to zrobić się spierajmy. Nie możemy jednak w ferworze zapominać o rzeczach fundamentalnych. Na to zgody nie było, nie ma i nie będzie.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)