Nie tak dawno, bo niecałe 24 godziny temu, zakończył się szczyt RE w Brukseli. Myślę, że nie trzeba nikomu przedstawiać genezy ani materii owego wydarzenia, stąd pominę tę część z szacunku dla czytelników i samego siebie. Wynik samego „spotkania na szczycie” jest jednak kwestią dyskusyjną. O ile ze świecą trzeba szukać kogoś, dla kogo sam fakt zwołania nadzwyczajnego posiedzenia był czymś niezrozumiałym, o tyle ocen skutków mamy tyle, ilu komentatorów. Nie o tym jednak chciałem pisać. Przez większość liczących się mediów (w tym salon24) przetoczyła się już dyskusja czy ten urzędniczy sabat można umieścić po stronie „sukcesów” czy „porażek”, dlatego postanowiłem skupić się na rzeczach, z pozoru, mniej istotnych - na przebiegu tego spotkania, oraz atmosferze jaka mu towarzyszyła.
Rzeczą, która nie ulega w moim przekonaniu wątpliwości jest oczywista porażka idei wspólnej polityki zagranicznej UE. Wciąż nie mogę się nadziwić głosom, iż gdyby istniał MSZ całej UE to uniknęlibyśmy problemów związanych z wypracowaniem wspólnego stanowiska. Argument ten pojawiał się najczęściej przy okazji braku podpisu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego pod Traktatem Lizbońskim. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej. Zapomina się bowiem o tym, iż zanim jakieś stanowisko zostanie przedstawione opinii publicznej, musi zostać wcześniej wypracowane. Wprowadzenie czegoś na kształt Ministra Spraw Zagranicznych całej Wspólnoty, stworzyłoby jedynie organ odpowiadający za wyartykułowanie, uprzednio wynegocjowanego stanowiska. Procedura, którą dane nam było obserwować podczas poniedziałkowego szczytu, tak czy inaczej, musiałaby się odbyć. Przetasowania mogłyby dotyczyć jedynie szczebli, na których dokonywałyby się kluczowe rozmowy. Wyłonienie wspólnego mianownika nie stanie się łatwiejsze dzięki kolejnemu organowi biurokratycznemu. Problem, a raczej istota powstawania takiego komunikatu, leży w ilości państw członkowskich, oraz ich interesach, które (wbrew opinii euroentuzjastów) są miejscami sprzeczne. Mogliśmy to obserwować chociażby na przykładzie stanowisk Włoch, Niemiec, Francji, Litwy, Łotwy i Polski. Przekonanie, iż implementacja, sztucznie wytworzonego stanowiska rozwiąże problem jednolitej polityki zagranicznej, graniczy z naiwnością, żeby nie powiedzieć, głupotą.
Wbrew przekonaniom części elit, interes narodowy to nie anachronizm. Przedstawiciele państw członkowskich doskonale zdają sobie z tego sprawę, walcząc na kolejnych szczytach o korzystne warunki dla swoich ojczyzn. Wzmianki o wspólnocie interesów pojawiają się jedynie w mediach, jako próba dezawuowania stanowiska państwa X, które stara się (według tych mediów) rozbić wspólne stanowisko UE. Doświadczaliśmy tego niejednokrotnie jako Polska, która przedstawiało się jako „awanturnika” sceny europejskiej. Można oczywiście założyć, iż organ odpowiedzialny za politykę zagraniczną miałby prerogatywy do podejmowania arbitralnej decyzji nt. stanowiska w sprawie X. Wtedy, rzecz jasna, można uniknąć procedury negocjacyjnej, w której to objawiają się wg mediów, tendencje awanturnicze i destrukcyjne. Skończyłoby to się jednak z pewnością sytuacją, w której MSZ UE mówi swoje, a rządy państw członkowskich swoje. Narażałoby to całą konstrukcję jaką są WE na śmieszność. Co, żeby było śmieszniej, dzieje się i dziś. Moskwa doskonale wie, iż coś takiego jak wspólne stanowisko UE istnieć nie może, a jeśli się już pojawi, to jego egzystencja ogranicza się do protokołu końcowego. Nie można w tym miejscu nie zacytować wielkiego myśliciela europejskiego, jakim był Joseph De Maistre:
„nie ma wcale człowieka na świecie. Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan, etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem (...) Konstytucja robiona dla wszystkich narodów nie jest zrobiona dla żadnego - to czysta abstrakcja”
W miejsce „człowieka” wystarczy wstawić „europejczyka”, a słowo „Konstytucja” zastąpić „polityka zagraniczna” – im szybciej dotrze do nas oczywistość tych słów, tym lepiej dla nas.
Nie bez znaczenia pozostaje również atmosfera jaka panowała zarówno przed, jak i po szczycie. Mam tu na myśli komentarze różnej maści profesorów, doktorów, politologów etc. Tuż przed szczytem mogliśmy się naczytać setek komentarzy jak bardzo ważne dla UE jest WSPÓLNE stanowisko. Jak tylko pojawiał się spór o to, czy nacisk ma być położony na jednolitość czy na ostrość, powtarzano jak mantrę, iż liczy się jedynie jedność. Inna sprawa, że obie te cechy traktowano rozłącznie tj. albo jedno, albo drugie, zapominając, iż możliwa jest ich fuzja. Przykład dała Polska, Litwa, Estonia, Łotwa i Ukraina. Problem w tym, iż w UE zderzają się interesy wielu, różnych narodów, stąd, w zastanych warunkach, jedność była faktycznie jedyną, możliwą do osiągnięcia właściwością. I gdyby na tym się skończyło to nie miałby do nikogo pretensji. Wszak doskonale wiem, iż istnieją w naszym kraju ludzie, którzy autentycznie wierzą we wspólną politykę zagraniczną, przymykając jednocześnie oczy na fakty, świadczące o niemożliwości realizacji tej wizji. Nie minęło jednak wiele czasu, a już w TV było mi dane usłyszeć głosy np. prof. Kika czy dr Jabłońskiego, którzy to uznali szczyt za porażkę. Jaka była przyczyna takiego stanowiska? Miałkość i nijakość reakcji UE w porównaniu z zapowiedziami. Nie wiem, skąd przyfrunęły do nas te dyplomatyczne jastrzębie, jednak musiały się nieźle kamuflować, lub strasznie wolno lecieć, gdyż jakoś nie słyszałem ich głosu przed szczytem. Co więcej, daje sobie obciąć wszystkie paznokcie, iż jeszcze kilka godzin wcześniej, ich głos brzmiał zupełnie inaczej. Przekonaniu o słabości europejskiego stanowiska (sic!) towarzyszyły oczywiście komentarze o ośmieszeniu się Prezydenta Polski. Tradycyjnie już pojawiły się klasyczne zwroty, takie jak „machanie szabelką”, „napinanie muskułów” etc. Zabrakło jedynie porównania do walki o pierwiastek, ale to pewnie z braku czasu i emocji jakie rozrywały dumne klatki piersiowe naszych jastrzębi. Można oczywiście przyjąć wersję, iż po prostu w środowisku polskich komentatorów nastąpiła zmiana doktrynalna, że to Prezydent miał taki znamienny wpływ na ewolucję poglądów naszej elity. Mam jednak dziwne przeczucie, iż nie o to tutaj chodziło. Bardziej pasuje tutaj powiedzenie o psie i kiju, które tak często urasta do oficjalnej doktryny środowiska publicystów.
Poniedziałkowy szczyt to kolejna lekcja europejskiej polityki. Dla jednych będzie on potwierdzeniem, iż jedynie struktury UE są w stanie przeciwstawić się Rosji, dla drugich zaś, stanie się on kolejnym dowodem na impotencję decyzyjną tego kolosa na glinianych nogach. Nie ulega jednak wątpliwości, iż efekt jest (bo musiał być) wypadkową odmiennych stanowisk państw członkowskich. Tak właśnie funkcjonuje UE – struktura, która podniosła do najwyższej rangi idee kompromisu. W znacznej mierze nasz stosunek do skutków poszczególnych szczytów jest warunkowany przez same podejście do kompromisu samego w sobie - czy uznajemy go za wyższe dobro, które stoi ponad egoistycznymi interesami pojedynczych państw, czy może za zmorę, która niszczy i wyjaławia politykę. Skoro już jednak jesteśmy wewnątrz tej machiny, nie należy się dziwić, iż „napinanie muskułów” ma miejsce (i to nie tylko w przypadku Polski). To nieodłączną część negocjacji, których zakończeniem musi być (niestety) kompromis pomiędzy skrajnościami. Brak zrozumienia dla takiej postawy, oznacza brak zrozumienia mechanizmów funkcjonowania UE jak i całej dyplomacji. Warto o tym pamiętać zabierając się do komentowania kolejnych, tego typu wydarzeń, szczególnie jeśli ktoś ma zamiar zmienić opierzenie z gołębiego na jastrzębie.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)