Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż tematem numer 1 jest obecnie wydarzenie, nie mające wiele wspólnego z treścią mojej notki. Sytuacja porwanego Polaka jest jednak na tyle drażliwym i przepełnionym lukami informacyjnymi tematem, że zajmowanie się nim uważam na tym etapie za niestosowne – szczególnie, iż żadnej pewności co do faktycznego stanu rzeczy nikt z nas, komentatorów, nie ma. Chciałbym zatem wrócić jeszcze na chwilkę do sprawy, która została już chyba poruszona na (niemal) wszystkie, możliwe sposoby. Rzecz tyczy się kryzysu finansowego. O ile faktycznie nie dotarł on jeszcze w pełni do portfeli i świadomości Polaków, tak widzimy wyraźnie, iż do budżetu państwa znalazł szybszą drogę.
Nie będzie to jednak wpis o samej istocie kryzysu. Bezpośrednim powodem powstania tej notki stała się szopka medialna, która towarzyszyła poczynaniom rządu w sprawie legendarnej wyprawy po 20 mld zł. Nie chodzi mi jednak o to, w jakie formie zostało to podane, co z tego wydarzenia zrobili specjaliści od PR-u w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Mało mnie obchodzi cała ta otoczka. Istota bowiem jest zupełnie inna, i niestety dla nas, wyborców, nikt z czołowych dziennikarzy nie raczył nam jasno wytłumaczyć czego tak naprawdę byliśmy i jesteśmy świadkami.
Sytuacja wygląda tak, iż środowisko komentatorów podzieliło się na 2 obozy (w uproszczeniu): tych, którzy popierają taktykę oszczędności, którą stosuje rząd (model liberalny), oraz środowisko sprzeciwiające się owym działaniom, jako strategii szkodliwej dla gospodarki, hamującej jej tempo wzrostu, prowadzącej do zwiększenia bezrobocia itp. (model interwencjonizmu). Jest to jednak poważne spłycenie realnego problemu z jakim przyszło się nam zmierzyć.
Dla jasności, powiem jedynie, iż mam zamiar omówić jedynie tę część „cięć”, które dotyczyły budżetu – 10 miliardów, które wyprowadził rząd poza budżet za pośrednictwem tzw. Krajowego Funduszu Drogowego, pomijam żałobnym milczeniem. Uważam bowiem, iż jest to żałosna próba oszukania opinii publicznej, która co gorsza, może okazać się bardziej kosztowna w dalekiej perspektywie, niż wersja z utrzymaniem tych wydatków w ramach budżetu. Mówiła o tym pani Natali-Świat, ale również komentatorzy nieprzychylni pisowskiej opozycji zwrócili na to uwagę (vide Pan Andrzej Stankiewicz z Newsweeka w dzisiejszym programie „Antysalon Ziemkiewicza”)
Aby w pełni zrozumieć charakter zagadnienia, należy mieć świadomość czym jest budżet państwa, a raczej jaki ma charakter. W dużym uproszczeniu, można zaryzykować stwierdzenie, iż ma on charakter implikacyjno-antycypacyjny. Jest przede wszystkim prognozą, opierającą się na pewnych, również prognostycznych, założeniach. Jego implikacyjny charakter przejawia się zaś w tym, iż np. wydatki przewidziane w budżecie zostaną wykonane JEŚLI sprawdzą się założenia o charakterze antycypacyjnym. To podstawy, które są jednak niezbędne do zrozumienia tego, czego byliśmy ostatnio świadkami.
Teoretycznie, mnie jako klasycznego liberała gospodarczego, powinny cieszyć oszczędnościowe manewry rządzących. Niestety, nerwowe ruchy gabinetu Pana Donalda Tuska nie tylko nie wlały radości w me serce, lecz dostarczyły powodów do podwyższonego ciśnienia. Należy bowiem pamiętać, iż model liberalny i jego recepty na wychodzenia z kryzysu zawiera w sobie faktycznie cięcie wydatków rządowych, jednak rzecz tyczy się REALNYCH wydatków tj. cięć w kasie, która albo REALNIE mamy, bądź JESTEŚMY W STANIE POZYSKAĆ. W efekcie, to co powinno wylądować w kieszeni ministerstwa, wyląduje w kieszeni podatnika, który ma lepsze rozeznanie w tym, co należy z daną sumą zrobić i wyda ja bardziej efektywnie niż urzędnik. Niestety, to z czym mamy obecnie do czynienia to nic innego jak PRZJECHANIE NOŻYCZKAMI PO POWIETRZU. Jest to ucięcie czegoś, czego nie ma i nie będzie.
Mało kto zwrócił na to uwagę (przeczytałem to u jednego z blogerów – przepraszam, ale nie pamiętam Nicku) na wypowiedź ministra Klicha, który stwierdził w programie Moniki Olejnik, iż tak bardzo nie żal mu tej kasy, która musiał oddać, bo tak naprawdę to on jej nigdy nie miał. Trudno o lepsze podsumowanie starań rządu w walce z kryzysem. Walka rządu odbywa się bowiem przy pomocy broni, której rząd nie posiada – udaje jedynie, iż trzyma w ręku potężne magnum 44, zaś rzeczywistość jest zupełnie inna. Prawdą jest, iż rząd w pocie czoła zasypał na naszych oczach rów, który sam najpierw sobie wykopał. Cały gabinet stracił cenny czas, energię i kapitał intelektualny na walkę z czymś, co sam najpierw stworzył. Uchwalając budżet oparty na nierealnych założeniach ekonomicznych, własnymi rękami stworzył potwora, którego teraz tak bohatersko próbuje zwalczyć, wmawiając publice, iż walczy z kryzysem. Owszem, może i jest to walka z kryzysem, ale jest to raczej kryzys zdrowego rozsądku w umyśle Ministra Finansów.
Spektakl ten był niczym innym jak odwołaniem, złożonej wcześniej, nierealnej obietnicy. Proszę sobie wyobrazić, iż idą państwo do swojego znajomego i mówią: „chłopie, dobrze mi się powodzi, bardzo Cię lubię, więc dam Ci za tydzień 1000 zł. Idź powiedz swojej żonie, dzieciom i bratu, że dostajesz niezłą kasę od kumpla – niech sobie każde z nich coś za tę kasę kupi – możecie już zacząć planować wspólny wypad na zakupy!”. Kumpel, jak to kumpel, nie ma powodów aby nam nie wierzyć. Jak mu radziliśmy, tak zrobił. Po dwóch dniach od złożenia obietnicy, nasza rodzina i znajomi zaczynają mówić, iż z tej obietnicy to raczej nic nie wyjdzie, bo sytuacja się pogorszyła – mniej zarabiasz, Twoje zakłady upadają, zwalniasz ludzi itp. Próbują nas przekonać, że lepiej będzie jak odwołamy obietnicę. Ale nie – my dalej trwamy przy swoim – kumpel może spać spokojnie, bo raz dane przez nas słowo jest święte! W końcu przychodzi taki dzień, że w naszej świadomości na trwałe zadomowiło się przekonanie, iż musimy poważnie porozmawiać z kumplem. Po długich, kilkudniowych rozmowach, w końcu nasz znajomy zgodził się zrezygnować z tego 1000 zł. Z uśmiechami na twarzy, trzymając się za ręce i poklepując po plecach, wychodzimy przed światła kamer i ogłaszamy wszystkim NASZ WSPÓLNY SUCKES! A jest nim Drodzy Państwo, zrezygnowanie z 1000 zł przez naszego znajomego. Z 1000 zł, których NIGDY NIE MIAŁ, i których I TAK BY (w obecnej sytuacji) NIE DOSTŁ! Czy państwa nie przeraża groteskowość tej sytuacji?! Jak można nazwać sukcesem, „pokonanie” czegoś, co wynikało z naszej bezmyślności, braku realizmu, braku umiejętności przewidywania i niechęci do słuchania rad innych?! Autor słynnej koncepcji „kopania i zasypywania rowów” miał co prawda co innego na myśli, jednak ta metafora pasuje tutaj w sam raz. Do prawdy, heroizm godny najwyższych orderów.
Jeszcze innym tematem pozostaje cięcie REALNYCH inwestycji. Cóż, jak już wspomniałem, piszę z pozycji klasycznego liberała, ciężko jednak analizować sytuację w oderwaniu od rzeczywistości. A jest ona nieco bardziej skomplikowana. Przede wszystkim, zanim rząd zacznie ciąć REALNE inwestycje, czyli te, na które ma, lub będzie miał pieniądze, należy dokonać rzetelnej analizy „zysków i strat”. Należy przedstawić opinii publicznej rozpisanie kosztów utrzymania potencjalnego, nierentownego (czyt. Na który nie ma obecnie REALNEGO popytu) stanowiska pracy. Należy również, dla równowagi, przedstawić koszty utrzymania potencjalnego bezrobotnego (zasiłki, wypłaty z różnego rodzaju funduszy itp.), który traci swoje miejsce pracy w przypadku, kiedy decydujemy się na cięcia. Dopiero po takiej prezentacji, z której wynika jasno, iż „odłączenie od budżetowego respiratora” jest bardziej korzystne finansowo, możemy w pełni świadomie podjąć decyzję o cięciach. Niestety, takich analiz na razie się nie doczekaliśmy.
Rzeczą najważniejszą z punktu widzenia naszej, obecnej sytuacji jest związek pomiędzy cięciami inwestycyjnymi i wykorzystaniem środków UE. Należy pamiętać, iż na lata 2007-2013 mamy do wykorzystania ogromną sumę pieniędzy. Nie jest jednak tak, iż ta kasa zostanie nam przelana na konto. Aby z niej skorzystać, musimy najpierw zainwestować własne środki. Czy nam się to podoba, czy nie, tak właśnie działają mechanizmy finansowania projektów przez UE – aby coś dostać, najpierw trzeba poświęcić własne fundusze. Wizja ograniczenia wydatków przez państwo w dziedzinie inwestycji trwałych, może (lecz nie musi!) pociągać za sobą groźbę znacznego zmniejszenia się naszego poziomu wykorzystywania środków UE. Jeśli bowiem ograniczmy własne wydatki, automatycznie zawężamy pole do upomnienia się o swoje w Brukseli. Powtarzam raz jeszcze – jest to jedynie zagrożenie. Bardzo możliwe, iż można tego uniknąć poprzez mądre cięcia, które omijałyby te rejony, z których korzystamy składając wnioski o dofinansowanie. Należy jednak pamiętać o tej groźbie w momencie, kiedy rząd zdecyduje się na ograniczenie REALNYCH wydatków – trzeba przypilnować aby odbyło się to w taki sposób, który nie zagrozi w znacznym stopniu naszym prawom do skorzystania z „hojności” UE.
Wybaczą Państwo, iż notka przybrała trochę „na wadze”. Chciałem poruszyć jedynie te kwestie, które zostały pominięte w komentarzach, lub też, poświęcono im mniej miejsca, niż by na to zasługiwały. I tak odnoszę wrażenie, iż jest to jedynie „prześliźnięcie” się po temacie, jednak forma wpisu na blogu nie pozwala mi na więcej ( brak wolnego czasu również nie jest bez znaczenia). Widzimy jednak, iż to z czym mamy obecnie do czynienia ze strony rządzących nie jest w żadnym stopniu działaniem ukierunkowanym na zwalczanie kryzysu. Przedstawianie tego jako „cudu Tuska” może jedynie doprowadzić człowieka na skraj załamania nerwowego. Nie jest to również żadna „polska droga” w zwalczaniu kryzysu, jak chcą to widzieć zachodnie media. Miejmy nadzieję, iż nasz rząd w porę obudzi się z letargu i zacznie podejmować realne działania mające na celu walkę z kryzysem. Jeśli będą to obniżki podatków, przyklasnę temu z całym sercem. Jeśli zaś cała para pójdzie w gwizdek zwany „cięcie wydatków” to musimy mieć na uwadze, iż niesie to za sobą zagrożenia, o których napisałem wyżej. Sytuacja do łatwej nie należy, jednak nikt nie obiecywał, że taka będzie. Przyglądajmy się zatem rozwojowi wydarzeń i oceniajmy to, co zostało dotychczas zrobione. Pozostaje mieć nadzieję, iż przyszłe działania gabinetu Pana Premiera Tuska będą nieco bardziej realne, niż „ 20-o miliardowy cud”.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)