Grzegorz Lato i Jan Tomaszewski, wreszcie razem. Ten sam czas, to samo miejsce, ten sam powód. I nie, bynajmniej nie mam na myśli romansu między tymi panami. Otóż obaj spotkali się w czwartkowy poranek na posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki, gdzie prezes PZPN tłumaczył się posłom z „afery taśmowej”, odwołania Zdzisława Kręciny i kilku innych kwestii.
Nasz osławiony bramkarz marzył o tym dniu zapewne od momentu zakończenia sportowej kariery. Stanąć twarzą w twarz z prezesem Latą, występując przy tym z pozycji władzy, i móc robić w majestacie prawa to, co uwielbia robić najbardziej - pastwić się nad swoim byłym kolegą z reprezentacji Polski, krytykować PZPN i przedstawiać swoje, a jakżeby inaczej, jedyne słuszne rozwiązania.
Niestety, prezes Lato, mówiąc najoględniej, niewiele sobie z tej całej komisji robił. Był spokojny, skoncentrowany, dobrze przygotowany. Raz na jakiś czas „pociągnął” łyczka wody. A jego polityczni adwersarze? Odniosłem nieodparte wrażenie, że niczym małe dzieci prześcigali się w tym, kto zada więcej pytań, czyje będą bardziej krępujące i komu uda się szybciej przyprzeć prezesa do muru. Niestety, nie udało się nikomu. Bowiem wyglądało to tak, jakby komisja występowała przed Latą, a nie Lato przed komisją.
Chociaż cały ten sportowo-polityczny performance odbywał się zbrodniczo wczesną porą (od 8.10 do 9.12 rano), nie mogłem go przegapić. W końcu kto wie, kiedy trafiłaby mi się następna taka perełka? I chociaż politycy zawiedli, aż ciśnie się na usta „jak zawsze”, to jedna rzecz zapadła mi w pamięć. Jaka?
Naturalnie, reakcja prezesa PZPN na oskarżenie posła Mieczysława Golby (Solidarna Polska) o to, że zarabia 170 tys. zł miesięcznie i wciąż mu mało. - Chciałbym, żeby pan nie rozsiewał plotek o kwocie 170 tys. złotych. Zarabiam 50 tys. zł brutto. Bez żadnych dodatkowych środków - stwierdził niemalże oburzony Lato. A Panu Golbie gratuluję ułańskiej fantazji. 170 tys. złotych. Tak dobrze to nawet w PZPN się działaczom nie powodzi.
Lato w podobnym tonie odpierał wszystkie stawiane mu zarzuty. Czy był to Kazimierz Greń ze swoimi „trzema nielegalnymi delegatami”, czy przewodniczący komisji Ireneusz Raś (Platforma Obywatelska), czy wreszcie jego „ulubieniec” Jan Tomaszewski z „najgorszymi menelami”.
Ten ostatni był zresztą wyjątkowo nieporadny. Jakiś przesadnie uładzony, wyraźnie stremowany, zlany potem, zagubiony. Całe szczęście, że miał przy sobie Adama Hofmana, bo kto raczy wiedzieć, co zrobiły bez rzecznika Prawa i Sprawiedliwości?
Farsę, jaką to posiedzenie ewidentnie było, najlepiej podsumowują słowa samego Laty, wypowiedziane na chwilę przed opuszczeniem posłów. - Jest godzina 9.12. Musimy się spieszyć. Mam nadzieję, że komisja zaprosi nas na dalszy spektakl - skwitował 62-minutową rozmowę nasz ulubiony działacz, po czym wraz ze swoimi zausznikami opuścił salę, udał się na lotnisko i wsiadł do samolotu relacji Warszawa - Kijów.
Działaczem być? Piękna sprawa. Nic, tylko zanucić słowa z pamiętnego kawałka „Futbol” Maryli Rodowicz:
Futbol, futbol, futbol
W to dzisiaj gra cały świat
Bo dobry mecz to piękna rzecz
Wśród wielu szans Twoja jest


Komentarze
Pokaż komentarze (3)