Powściągliwy Dynamitard
Any writard who writes dynamitard shall find in me a never-resting fightard
12 obserwujących
43 notki
65k odsłon
1111 odsłon

Gospodarka oparta o niewiedzę, czyli cofamy się do PRLu

Wykop Skomentuj34

Wszyscy czujemy, że coś się zmienia. Może nie będzie to sączony w mediach “Wielki Reset” ale każdy rozumie, że nie będziemy siedzieć lockdownie w nieskończoność. Owszem, na krótką metę taka PAUSE życia jest nawet ciekawe, ale jasnym jest, że taka fala wzmożenia-w-zamrożeniu nie wyjdzie nam na dobre. Areszt, nawet domowy jest przecież karą, a my siedzimy już tak prawie rok (rok nie wyrok).

Jeszcze przed pandemią FAANG (molochy informatyczne) miały już wdrożone wszystkie procedury pracy zdalnej więc przejście w 100% na pracę z domu nie było dla nich problemem. Więc na początku wszystko szło dobrze i nie zanotowały spadku wydajności, a od kwietnia ich akcje i obroty ruszyły bić nowe rekordy. Pieniądze z banków centralnych lały się strumieniami, wszyscy przerzucili się na konsumpcję treści cyfrowych: nowa rewolucja informatyczna. Ale po 1-2 kwartałach widać spadki wydajności pracowników. Nie od razu, gdy zaczynali pracować z domu i stali w kolejkach za papierem toaletowym, ale na jesieni, gdy wszystko się ustabilizowało i druga fala wirusa dopiero majaczyła na horyzoncie. Menedżerowie mogliby powiedzieć, że bez planowania twarzą w twarz nie da się utrzymać tempa prac i jak tylko restrykcje ustaną trzeba zagonić ludzi z powrotem do szklanych wieżowców. Ale konfrontując to z innymi branżami, mniej przysposobionymi do pracy zdalnej, widać że to chybiona diagnoza.

To nie jest tak, że ludziom nie chce się pracować z domu. Ludziom nie chce się pracować w porządku społeczno-ekonomicznym gdy nie mogą korzystać z owoców tej pracy. Banksterskie „Malczyki” nie mogą już mieć co weekendowych wypadów na imprezy do ciepłych krajów, gdzie alkohol nalewają zawsze chętne egzotyczne piękności. Zorganizowanie wyjazdu nad Morze Śródziemne by się pochwalić na Snapchacie koleżankom przestaje być kwestia pieniędzy, staje się kwestią czasu, sprytu i skłonności do ryzyka. Mieszkania w luksusowych apartamentowcach owszem drożeją, bo są kupowane jako ucieczka przed inflacją, ale raczej w czasach lockdownu uciekamy do odleglejszych i tańszych nieruchomości na wsi, gdzie już nie jest oczywiste jaki adres jest, a jaki nie, jest powodem do dumy. Jakby decydenci zapomnieli, że ważną motywacją w zarabianiu pieniędzy jest możliwość ich wydawania…A teraz się głupio dziwią, że ludziom nie chce się pracować, kiedy za pensję nie mają jak zaszaleć, a z drugiej strony hojna ręka pomocy społecznej sprawia, że całkiem sporo osób (zwłaszcza na Zachodzie) może sobie spędzać ostatni rok na wakacjach bezterminowego zasiłku wielkości 80% pensji: oglądać seriale, grać w gry, chodzić na spacery, piec chleby i podlewać rośliny doniczkowe (najmodniejsze na Instagramie). A przez politykę monetarną (rekordowo niskie stopy procentowe i luzowanie ilościowe) oszczędzać też za bardzo nie ma sensu.

Żeby nastraszyć jeszcze bardziej, opowiem historię z drugiej strony medalu: Na Twitterze znalazłem notkę rozgoryczonego dwudziestoparolatka który narzekał na ceny prywatnych usług dentystycznych w Polsce. Że najzwyklej w świecie nie stać go na leczenie i nie dość, że musi długo odkładać na podstawowe zabiegi, bo NFZ nie refunduje nawet tego, to z wielu polecanych przez dentystę kroków musi zrezygnować, bo jest po prostu za drogo. Pod wpisem wywiązała się dyskusja różnych, dosyć lewicowych ludzi. W dyskusji głównie krytykowano dentystów, lekarzy ale też i informatyków, że za dużo zarabiają. Zaś prawdziwą wisienką na torcie był cytat „nienawidzę jak ludzie do maksimum wykorzystują, że coś potrafią. Lekarze lecą po bandzie. Budowlańcy z nimi w jednym szeregu stoją”.

I owszem, lekarze a w szczególności dentyści (w Polsce praktycznie tylko prywatni) są autentycznie drodzy (nie tylko w Polsce). Zgadzam się, że można się zżymać na pensje programistów na zagranicznych kontraktach pracujących z domu, albo prawników wykorzystujących swoje uprzywilejowanie zawodowe. Ale budowlańcy??? A pewnie mowa tu o ludziach wykańczających wnętrza, bo z kim innym miałby do czynienia miejski hipster? Budowlańcy to przecież zawód niskiej specjalizacji, po przysłowiowej zawodówce. Jako-tako na własne potrzeby kafelki można nauczyć się kłaść w weekend. Murować też. O prostej hydraulice nie wspomnę. I piszę to jako ktoś któremu było dane metodą prób i błędów opanować takie absolutne podstawy utrzymania mieszkania w ruchu. A dziś przecież do wszystkiego są darmowe instrukcje wideo w Internecie.

Z jednej strony mamy tak dobrze zarabiających specjalistów, że korporacje nie mają ich jak motywować, bo lockdown zabronił konsumpcji. Z drugiej strony mamy ludzi mających tak bardzo dwie lewe ręce, że dla nich hydraulik czy tynkarz jest specjalistą pokroju kardiochirurga. Z plotek jeszcze dodam, że poddostawcy-specjaliści w produkcji przemysłowej już wcześniej trafili na tę lukę rynkową, będącą konsekwencją przejedzenia dywidendy demograficznej: jak chce się kogoś ogarniętego wynająć, co ma własny park maszynowy, to trzeba poza oficjalną fakturą przygotować kopertę tak grubą by stała na kancie!

Starsi czytelnicy pamiętają takie czasy z późnego PRLu, a młodsi mogą sobie obejrzeć tamte realia w skeczu „Hydraulik” Kabaretu Dudek. Owszem mieliśmy pieniądze, pensje, system zaszeregowania zawodowego etc.. Ale ponieważ nic wartościowego za złotówki kupić się nie dało, to też za złotówki żaden fachowiec nawet nie wstawał z łóżka. Bo i po co? Grupą spauperyzowaną najbardziej była inteligencja, urzędnicy i emeryci – bo oni żyli tylko z tego co im państwo redystrybuuje. Inteligencja w większości miała szansę się odkuć po ’89 kiedy podstawowa znajomość angielskiego, elementarny spryt, albo choć kapitał kulturowy umożliwiający dostanie się dzieciom na sensowne studia dawał wielkiego kopa w górę.

Nie chcę nikogo zawieść, ale świat nie działa na zasadzie sprawiedliwości dziejowej: wycierpieliśmy sie za komuny, jak to mówi Bartosiak “świat po odkryciach geograficznych uczynił z Polski peryferia”. Ale o odpowiedzenie sobie na następujące pytanie: “Co na rynek możemy dostarczyć i za jak niskie relatywnie zarobki, by się opłacało kupować od nas a nie z Azji?” Bo Chiny już nie są zacofanym grajdołem eksportującym badziew, tylko konkurują z nami wydajnością i stopniem złożoności o te same surowce, miejsca w łańcuchu dostaw i produkty. A my na Zachodzie stworzyliśmy system gdzie można mieć dwie lewe ręce i jeszcze narzekać na to, że robotnik niewykwalifikowany (budowlaniec) wykorzystuje swoje przewagi.

Jak tak dalej pójdzie to to będzie można warszawskie doktorantki z dobrych, żoliborskich, domów podrywać na wymianę bezpieczników i silikonowanie prysznica.

 

 



Wykop Skomentuj34
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo