Powściągliwy Dynamitard
Any writard who writes dynamitard shall find in me a never-resting fightard
16 obserwujących
69 notek
107k odsłon
  748   2

Inflacja, czyli kto kogo: wojna pokoleniowa na szachownicy Naczelnika.

Żeby wygrać wybory trzeba jakoś ograniczyć inflację: pytanie komu Prezes zabierze a komu da?

Ceny warszawskich nieruchomości wyrażone w kostkach masła cały czas spadają. W kraju nie ma węgla, cukru, kur, nawozów, CO2, ryb w Odrze, wolności sądów i Lisa w Newsweeku. Najbardziej zrobotyzowane gospodarki świata (Japonia, Tajwan i Korea Południowa) szukają imigrantów (nie o taki Przemysł 4.0 nic nie robiłem!). Macron zapowiada biedę, a Sasin zabiera się za bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Największy kryzys Zachodu od 1945r. Apokalipsa w zwolnionym tempie.

Te wszystkie niestworzone historie zbliżają nas do przesilenia i konieczności przetasowania pewnych porządków w gospodarce i społeczeństwie. Bo inflacja to przede wszystkim objaw tego, że nie spina się ilość produkowanych towarów z liczbą chętnych je kupić. Owszem, Putin postanowił inflację pomnożyć przez 2 i wywrócić stolik, ale nie zanosi się na to by Rosja miała zmienić swoją politykę, która z resztą tylko przyśpiesza pewne procesy, więc i tak by nich doszło.

Braki towarowe i drożyzna mają paradoksalną drugą stronę medalu, gdzie młodzi ludzie albo nie wchodzą na rynek pracy (tang ping, zepsucie moralne co z Chin przyszło) albo wykonują absolutne minimum (silent quitting), bo przy obecnych relacjach kosztów dóbr trwałych (nieruchomości mieszkalne) do możliwości zarobku, nie ma znaczenia czy się zje tosta z awokado i weźmie nadgodziny: i tak nawet na wkład własny się nie uzbiera. A my przecież chcemy robić reindustrializację, fabryki chipów, czołgów i zielonej energii. Walczyć o klimat, wspierać Ukrainę i ratować polską demografię!

Te wszystkie wyzwania sprowadzają się do tego, jak podzielić obecne i nadchodzące koszty nieuniknionej zmiany porządku świata między kolejne generacje.

[genZ] Pokolenie 1993-2005, czyli ci którzy wychowali się już w unijnej III RP. Oni właśnie przeżywają swoją pierwszą poważną bessę, recesję i koniec świata, bo w 2007r. byli za młodzi. Nagle okazuje się, że portfele rodziców nie są bez dna i choć rynek pracy wciąż w zasadzie jest pozbawiony bezrobocia, to pensje na początku kariery, jeśli się nie wybrało jakiegoś super-płatnego zawodu są na tyle niskie przy obecnych cenach, że o ile próbują żyć na własny rachunek, nie tylko nie mają szansy na własny kąt ale i nawet będą musieli wybierać między „jedzeniem a ogrzewaniem”.. Bo praca owszem jest, ale pensje w sektorach niespecjalistycznych są słabe, oraz co ważne, zatraciła się tradycyjna stratyfikacja finansowa między inteligencją a klasą robotniczą. Początkujący nauczyciel, początkujący lekarz, a nawet początkujący prawnik zarabia mniej więcej tyle samo co sprzątaczka, kasjer czy robotnik fabryczny i często ten ostatni ma największe szanse na różnego rodzaju fuchy. Symbolicznego kresu inteligencji jako grupy społecznej dopełnia to, że spada odsetek nowych magistrów (i to że dzieci chcą być youtuberami i influencerami a nie strażakami czy dostać pracę biurową).

I co ważne, to jest właśnie to pokolenie, które powinno zakładać rodziny i rodzić dzieci, jeśli Polska na serio chce nawet nie przezwyciężyć, ale choć spowolnić krach demograficzny. Czyli trzeba jakoś przekonać te chodzące na czarne marsze w 2020r dziewczyny w fioletowych włosach, robiące drugi fakultet z socjologii i dorabiające w kawiarnii, że najlepszym wyborem dla nich jest znalezienie męża-glazurnika po technikum i przeprowadzka do kupionego za kredyt z gwarantowanym wkładem własnym w ramach Polskiego Ładu z Wrocławia do Jarocina. I, że skoro jest okazjonalną weganką dbającą o klimat, to zamiast wakacji w Hiszpanii i ferii w Alpach czeka ją wyjazd do Drawska Pomorskiego, albo Głuchołazów. Pierwsze polskie pokolenie wychowane na Zachodzie musi się nauczyć środkowoeuropejskiej biedy. Buntem tego pokolenia jest tang ping, czyli nicnierobienie i generalnie wypisywanie się z produkcji kosztem portfela rodziców. A jeśli ten portfel jest pusty, to trzeba „odłożyć feminizm i równouprawnienie i szukam partnera do kredytu oferując moje najlepsze atuty, czyli cycki & gotowanie” (cytat z twitterowego żartu).

[Millenialsi] Pokolenie 1980-1992, które wchodziło w samodzielność w momencie, kiedy Polska wchodziła do Unii i otwierały się dla nich perspektywy nieograniczonych możliwości. A z drugiej strony pamiętający jeszcze siermiężność lat ’90, bezrobocie i mających gdzieś podświadomie zapisany w głowie nabożny stosunek do Zachodu. Pokolenie ostatniego wyżu demograficznego oraz naszej rewolucji obyczajowej po 1989 (paradoksalnie, bo w odróżnieniu od 1968 to my mieliśmy rewolucję obyczajową przy jednoczesnym zaostrzeniu prawa aborcyjnego). Ludzie, którzy w swoim czasie masowo wyjeżdżali za granicę i uratowali Zachód przed inflacją teraz muszą teraz  „pracować więcej” (za mniej) by uratować nas przed inflacją.
[>>>> TEKST MA DRUGĄ STRONĘ <<<]

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale