Po "rządach pułkowników" z czasów II RP mamy w III RP "rządy historyków" (Tusk, Komorowski, Schetyna, Borusiewicz). I tak jak przed wojną problemem okazała się w sumie dość nieszczęśliwa w wielu aspektach polityka i koncepcja "pułkowników" wobec polskiej armii (fakt, ponad miarę zohydzona i wykoślawiona przez propagandę PRL ale - jak pokazała II wojna - dość przestarzała i po śmierci Marszałka Piłsudzkiego właściwie bezrefleksyjna), tak wyznacznikiem obecnej polityki"historyków" III RP wydaje się być ... historyczna amnezja.
Najpierw był niezbyt szczęśliwy pomysł mianowania prof. Nałęcza na Doradcę ds. historycznych. Tomasz Nałęcz - co by o nim nie powiedzieć - wydaje się być dotknięty całkowitym brakiem pamięci co do tego, do czego zdolna jest Rosja (i ta wczorajsza, i ta dzisiejsza - niezbyt od tej wczorajszej różna). Prof. Nałęcz (do spółki ma jeszcze prof. Kuźniara, doradzającego w Kancelarii sprawach międzynarodowych) wydaje się procesów rządzących Rosją albo głęboko nie rozumieć, albo przeszkadza mu w tym jego ponadprzeciętnie wysoki poziom zrozumienia dla punktu widzenia, który prezentują obecni gospodarze Kremla. Możliwy jest jeszcze co prawda element nadmiernej strachliwości, który - oprócz poważnych kompleksów międzynarodowych dzisiejszych włodarzy RP ("ojej, co powiedzą o nas na Zachodzie?") - należy również brać pod uwagę, ale uznaję subiektywnie, że dwa pierwsze są raczej kluczowe, a kolejne - pochodne.
Zdaje się jednak, że politykę "głasnosti" i "pierestrojki" Polski wobec Rosji wymyślił chyba innych historyk, Premier Donald Tusk. Piszę to z pewną niepewnością, bo nie jestem przekonany czy najpierw nie nastąpiło "rozprężenie" na linii Zachód - Rosja i USA (Obama) - Rosja a potem Tusk zobaczył, że skoro wszyscy tak robią to my też musimy bo nas wyśmieją albo wezmą za "Kaczorów", od których trzeba się przecież było odróżniać. A że nikt tak na serio w gabinecie Premiera nie sformułował co w praktyce ma oznaczać "polski interes narodowy" albo "polska racja stanu", więc uznano że politykę unikania spraw drażliwych można uznać, za naszą narodową strategię (dodatkowo dochodzą jeszcze chęć dobrych relacje z sąsiadami - czyli takie tam pragnienia, które przywodzi mi na myśl zdjęcie nieszczęsnego premiera Wielkiej Brytanii Chamberlaina, który wysiadając z samolotu z papierem, który przywiózł z Monachium był przekonany, że uratował pokój).
Polityka ta przyniosła "skutek" np. w przypadku negocjacji gazowych czy sprawie Nord Stream - mamy prawie najwyższe ceny gazu, brak weta wobec rury ale za to wyczyszczony horyzont z oskarżeń, że jesteśmy warchołem Europy. Dzieki temu chwali nas zachodnia prasa lewicowa (której redaktorzy i korespondenci - jak znam życie - robią przedruki z GW czy "Polityki" albo z tego co zrozumieją w TVN24, które dobór gości też ma dość ... no, wiadomo jaki), więc można sprzedać narodowi "story", że jesteśmy chwaleni (choć czy szanowani - jak pytał kiedyś Ł. Warzecha - to już inna sprawa).
Dzisiaj w TOK FM przesłuchałem jeszcze raz wypowiedzi Bronisława Komorowskiego na temat zaproszenia gen. Jaruzelskiego na RBN. Prezydent stwierdził, że skoro Oleksy to wg Prezesa PIS "polityk średniego pokolenia" to Generał jest "politykiem starszego pokolenia". Pomyślałem sobie, że to trochę jakby nazwać dr Goebbelsa szefem Działu PR w gabinecie demokratycznie wybranego kanclerza przedwojennych Niemiec Adolfa Hitlera - ale pal licho i po co sięgać tak daleko, skoro na podorędziu jest lepszy "benchmark" w postaci "szefa działu prasowego i kontaktów z mediami" z czasów rządów Generała - Jerzego Urbana (choć podobno rodzina dr Goebbelsa obraziła się na "Gazetę Polską" za to porównanie).
Ciekawe, jak historia oceni rządy "historyków"....


Komentarze
Pokaż komentarze (9)