Nie wiem jak zakończył się trzeciomajowy bojkot TVP.
Jestem jednak głęboko przekonany, że ludzie adekwatnie inteligentni odnieśli wielkie moralne zwycięstwo nad faszystowską-farfalską kliką z Woronicza siedemnaście i zamiast tego dnia gapić się w odbiorniki, pichcili nie na plebejskich grillach, ale na swych nowoczesnych, indukcyjnych kuchniach pyszne anchois i chorizo, a całość zapijali serwowanym w wydrążonym chlebie bouillabaise z kiełkami pszenicy i cieciorką. Przy akompaniamencie sączącego się z radia TOK FM chilloutowego soft-jazzu i chłopięcego dyszkantu
Jakuba Janiszewskiego oraz lekturze bieżącego numeru Wyborczej oczywiście.
Niezależnie jednak od efektu tej szczytnej inicjatywy środowisk mniej lub bardziej twórczych, na moralną odnowę polskich mediów musimy jeszcze poczekać. Dopiero bowiem na 19 maja
zaplanowano drugie czytanie ustawy, która wreszcie ukształtuje właściwie tak zwaną rzeczywistość.
Do tego czasu musimy żyć w kraju, gdzie Telewizja Publiczna zatruwa umysły elektoratu i przedstawiając w złym świetle sprawy wymagające światła dobrego i odwrotnie, wykoślawia fakty sprawiając, że obywatel niedojrzały tudzież dopiero dojrzewający, wysnuć może jakieś wnioski niewłaściwe i pochopne.
By nie być gołosłownym weźmy na przykład niedawne
protesty stoczniowców.
Z jednej strony wiadomo, że ludzie tej profesji byli kiedyś biernymi świadkami obalenia komunizmu przez Lecha Wałęsę i z tego powodu należy im się przynajmniej darmowe
przeszkolenie jak radzić sobie w nowej rzeczywistości, ale z drugiej mamy już XXI wiek, erę podboju kosmosu, a polskie warcholstwo nadal chciałyby budować nie międzygwiezdne, lecz tradycyjne i przestarzałe przecież statki wodno-transportowe.
Jest więc oczywiste, że telewizja stoi przed trudnym wyzwaniem odpowiedniego rozłożenia akcentów i przede wszystkim powinna mądrze wyjaśnić, że z wyżej wymienionych przyczyn ekonomicznych oraz w związku z perspektywą zakłócenia obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca, rację ma jednak Legendarny Przywódca Solidarności
nawołujący:
"Organizujemy się przeciwko tym szaleńcom, tym anarchistom, druga strona też się bierze za kamienie i kto przeżyje, ten żyw będzie".
Dlatego też najwyżej w taki właśnie sposób powinno się wracać do przeszłości. To nic, że teoretycznie oznaczałoby to dość dziwną powtórkę z historii. Chodzi przecież przede wszystkim o widza, który powinien skupić się bardziej na świętowaniu perspektywicznie-radosnym, a nie martyrologicznym. Mówiąc inaczej, znów organizatorska rola mediów powinna wysunąć się na pierwszy plan, a ktoś odpowiedzialny musi zacząć nieść przed narodem programu telewizyjnego kaganek. Jednym słowem bez doświadczenia SLD i PO ani rusz.
Słusznie zatem prawi Seweryn Blumsztajn w
dzisiejszej Wyborczej sugerując, że związkowcy popsują piękną rocznicę Tuskowi na złość, bo są PiSolubni i dla swej partii zrobią wszystko. Nawet wbrew własnemu interesowi. Ten zaś polega na oczekiwaniu na zasłużony cud, kibicowaniu ekipie rządzącej i zgodnym świętowaniu obalenia komuny.
Gdyby jednak przypadkiem okazało się, że stoczniowcy głosu rozsądku nie posłuchali i wyszli czwartego czerwca niesłusznie na ulice, można znów ogłosić bojkot telewizji publicznej. Tym razem w drugą stronę dla odmiany.
Po prostu tak jak 3 maja inteligencja prawdziwa i mądra stacji państwowych nie oglądała, tak tego dnia inteligencja pracująca na Woronicza nie będzie materiałów ze strajków zamieszczała. Byle tylko Ustawa medialna przeszła szybko.
W ten banalny sposób, wsparta siłami kolegów ze stacji prywatnych, osiągnąć może efekt wręcz doskonały. Kluczem do sukcesu jest tylko to, by każda ze stron się dogadała i spokojnie z transmisją nakręconego materiału do następnego dnia poczekała. Jest wtedy szansa, by nie tylko uroczystość się udała, ale by również cała Polska w sposób właściwy i mądry rocznicę obalenia komuny świętowała.
Komentarze
Pokaż komentarze (6)