W radiowej Trójce skończyła się niedawno audycja na temat celibatu księży. Słuchałem tylko jednym uchem, ale raczej nie spłycę zbytnio jej wydźwięku pisząc, że część słuchaczy była za, a część przeciw.
Jak zwykle ciekawsze argumenty mieli zwolennicy zniesienia zakazu małżeństw księży twierdząc, że jest on wbrew naturze i w ogóle bez sensu, skoro każdemu zdrowemu facetowi zwyczajnie ciągle chce się i nic więcej. Przeciwnicy popiskiwali tylko niemodnie, że celibat ułatwia oddanie się powołaniu i wynika z tradycji.
Ja nie wiem, jak jest naprawdę.
Debata ta przypomniała mi tylko inny dyżurny temat okresu wakacji, ten dotyczący prawa księży do wypowiadania się w sprawach rodziny czy wychowywania dzieci.
Przeciwnicy (przy okazji mógłbym się założyć, że pokrywają się oni ze zwolennikami zniesienia celibatu) twierdzą, że skoro duchowni sami nie mogą żyć w związku i mieć potomstwa, nie powinni też poruszać kwestii związanych z ich wychowaniem ani rozstrzygać problemów małżeńskich.
Tak argumentującym chodzi zapewne o brak doświadczenia, który uniemożliwiać ma osiągnięcie odpowiedniego poziomu empatii. Dość karkołomne logicznie zatem, ale co tam, na wyborcę lewicy powinno wystarczyć.
W każdym razie, łącząc te dwie informacje pomyślałem, że skoro rozumowanie takie nie budzi zbytniego sprzeciwu, to konsekwentnie - chcąc wypowiadać się na tematy związane z celibatem, samemu wypadałoby być prawiczkiem.
Bo jak inaczej radzić komuś skończenie ze wstrzemięźliwością, skoro nie ma się pojęcia, czy aby przypadkiem życie takie nie sprzyja jednak powołaniu i nie jest dodatkowo znacznie ciekawsze od tego w małżeństwie? :)
Komentarze
Pokaż komentarze (8)