Jacek Vincent Rostowski odleciał. Prawdopodobnie zresztą od dawna już fruwał, ale niewątpliwie musiał wzbić się ostatnio bardzo wysoko, by oskarżając PiS o niebronienie interesu Polski z takim impetem pikować.
Oczywiście nie chodzi mi o to, że minister finansów nie ma racji. Na użytek MWzWM jestem gotowy przytaknąć, że odsłonił właśnie przerażającą prawdę o antypolskości ugrupowania Kaczyńskiego. Gdyby to miało poprawić komuś samopoczucie, na potrzeby ewentualnej dyskusji salonowej mogę nawet „prawdy” o demaskatorskiej wadze jego wystąpienia kurczowo się trzymać. Jak mówią oportuniści i lenie, głupiemu trzeba ustępować.
Odkładając jednak na bok merytoryczną wartość odlotów pana ministra, proponują skupić się na samej formie jego wypowiedzi. Mimice, gestach, tembrze głosu. Były one w końcu – delikatnie rzecz ujmując – kwieciste. Wprawdzie krzycząc „Wstyd mi za was! Wstyd!” mógł dodać jeszcze raz słówko "wstyd" i dramatycznym „Wstyd mi za was po trzykroć!” klasycznie swój występ spuentować, ale nie czepiajmy się detali. Najważniejsze, że całościowo udało mu się przedstawić wyśmienite studium szaleństwa, którego nie powstydziłby się żaden zawodowy aktor. Taki na przykład dowolny brat Mroczek, gdyby nawet przez rok przed lustrem ćwiczył, nie miałby szans z panem ministrem się próbować.
Jakiekolwiek zresztą nie byłyby zdolności mimiczno-narracyjne pana Jacka, istotne, że osiągnął zamierzony efekt. Pokazał coś zupełnie nowego, świeżego i oryginalnego. Gdy więc teraz nagle wszystko się posypie i okaże się, że Polska jest zieloną wyspą ale najwyżej na europejskiej mapie autostrad, premier zupełnie szczerze będzie mógł rozłożyć ręce mówiąc, że minister finansów do dziś świetnie się maskował, więc za szkody przez niego spowodowane trudno akurat jego, Donalda Tuska, obwiniać.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)