6 obserwujących
63 notki
20k odsłon
286 odsłon

Prezydencki sen w warszawskim Supersamie

Z Internetu
Z Internetu
Wykop Skomentuj14

Dość dużo podróżuję; to tu, to tam... Ale jeszcze częściej śnię, do czego się już przyznałem na tym forum wcześniej... A to Aleksander Macedoński, a to Wernyhora, ale najczęściej  mi się proroczo śni Towarzysz Stalin... Nie zawsze śnią mi się nieboszczycy; często przychodzą do mnie w nocy postacie ożywione obojga płci, i to jakie!

Dzisiaj w nocy miałem znowu proroczy sen... Zerwałem się, Zosia jeszcze spała... Było przed 7:00 a.m. naszego czasu, kiedy zacząłem pisać.

Przyśniło mi się, jak podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie udałem się na przechadzkę wokół Placu Unii Lubelskiej; tak się złożyło, że nie bylem w tamtej okolicy przez kilka ostatnich lat. To wydarzenie zapamiętałem z dwóch powodów. Pierwszym, był dość zabawny incydent z policjantem, który sam trochę głupio sprowokowałem.

Przechodziłem w niedozwolonym miejscu przez Puławska na wysokości przybytku z zimnymi lodami, który nazywał się kiedyś “Zielona budka”... Już prawie dochodziłem do chodnika, kiedy spod pobliskiego drzewa wyrósł policjant, zmierzając wyraźnie w moim kierunku... Na szczęście, nie straciłem przytomności umysłu i jak już był koło mnie zapytałem, mocno akcentując wyrazy: “w cz’iom d’ielo?” Policjant zbaraniał, wytrzeszczył oczy i na chwile zamarł; oddaliłem się wiec niespiesznie w dół Spacerową, w kierunku radzieckiej ambasady.

Druga sprawa była poważniejsza. Stwierdziłem z duża przykrością, ze nie istnieje już słynny Supersam, z którym wiązały mnie liczne wspomnienia sięgające czasu studiów na nieodległej Politechnice Warszawskiej. Kiedy na początku lat 60-tych Supersam otworzył swoje podwoje, na jego tyłach zaistniał popularny bar w którym serwowano różne smakołyki, a wśród nich danie “kura w rosolniku”, o ile pamięć mnie nie myli, w cenie 8 zł 50 gr. Do dziś z wspominam z rozrzewnieniem wrażenia związane z jego spożywaniem - dość wodnisty, parujący rosołek z makaronem, ale w nim marchewka i pokaźnej wielkości kurze udo; nie przesadnie wielkie, ale tez nie male, takie w sam raz!

W tamtych czasach w moim domu nie przelewało się... Dla mnie, wiecznie zgłodniałego studenta, to nie było tylko kurze udo; to było marzenie, to był gastronomiczny sen o gargantuicznym wymiarze. Za naciśnięciem łyżki, woniejące i rozgotowane - nierozgotowane, wyłaniające się - ukryte w makaronie mięsko, zgrabnie odchodziło od kości i aż prosiło -  “spróbuj mnie, poczujesz się bosko!”… Założę się, że podobne przeżycia kulinarne są teraz zupełnie obce dla młodych ludzi stołujących się “na mieście”, bo pokolenie konsumentów odwiedzających MacDonalda nie wie, ze “w kurzym udzie tkwi potęga”.

Kto pamięta, ze jest to słynna sentencja Napoleona Bonaparte, wypowiedziana podczas spożywania burgundzkiego le coq au vin, po wygranej Bitwie Narodów pod Lipskiem!?... Napoleon wiedział co mówi, a adiutanci skrzętnie zapisali jego słowa... Tenże Napoleon dal zresztą powtórnie wyraz swojego przywiązania do kurzych specjałów, choć w zupełnie innych okolicznościach, kiedy to podczas odwrotu spod Berezyny, uczęstowany, mówił kmieciom z oszmiańskiej wsi “Eh, bien! Donnez du kura!”… Kurzym udem w winnym sosie zachwycali się tez Kartezjusz i General de Gaulle; Burbonowie byli jednak zwolennikami kury pieczonej w prowansalskich ziołach. Chorym na suchoty zaleca się spożywanie lekkiego rosołu z domowymi kluseczkami, ale kura w rosole nie powinna być przesadnie chuda.

To były czasy!.. Niestety, obyczaje się zmieniły. Anonimowi pożeracze KFC, buffalo wings i dziesiątkow kurzych dań z fastfoodów i innych gastronomii, przetrawiają je bez żadnej refleksji i uznania dla produktodawcy, zupełnie jakby spożywali hamburgery... Taki Jay-Z, słynny raper i mąż niemniej słynnej Beyonce, pochłania kurze uda w całości, zupełnie na surowo i bez soli. No, ale w jego rezydencji w Indian Creek Village kolo Miami na Florydzie, służbę stanowią wyłącznie biali... Wiem dobrze, bo w pobliżu kiedyś byłem.

Krótko po tej nostalgicznej przechadzce w okół Placu Unii przeczytałem w jakiejś warszawskiej gazecie przerażające relacje o losie kur uwiezionych w obozach koncentracyjnych znanych jako kurze farmy, poddawanych terrorowi nazwanemu “wychowem klatkowym”. Chyba własnie ta lektura wywołała u mnie wstrząs umysłowy, który znajduje ujście w koszmarach sennych, jakie nawiedzają mnie periodycznie od tamtego czasu... Dlatego, że bardzo interesuje mnie kurzy temat i związana z nim problematyka kurzego rodzaju. 

Miałem sen, last night...

Otóż, przyśnił mi się ów słynny talerz rosolnika z Supersamu... Najpierw, natrętnie przesuwały się obrazy kurzego uda-nie uda, rozgotowanego-nierozgotowanego, zanurzonego nie w rosolniku, ale w jakiejś gęstej zupie o nieokreślonym kolorze, zupełnie nie przypominającej żadnej postaci zupy - ani szparagowej, ani grzybowej, ani marchewkowej, ani brokułowej, ani żadnej innej; oczywiście, w granicach znanych mi wyrobów. Nie była to też botwina, bo tą też znam.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości