100 dni Tuska -Jan Maria Jackowski
Giną dokumenty o zasadniczym znaczeniu
Z Janem Olszewskim, byłym premierem RP, rozmawia Agnieszka Żurek
Słowo i czyn
Prof. Włodzimierz Marciniak politolog Instytutu Studiów Politycznych PAN
Zakaz zadłużania
25 szefów rządów, w tym premier Donald Tusk, złożyło wczoraj w Brukseli podpisy pod paktem fiskalnym.
Polska wstawia się za Węgrami -Marta Ziarnik
Dowody płonęły w MSZ -Anna Ambroziak
Klich odkrywa problem szkoleń -Marcin Austyn
"Towarzysz generał" uwięziony na Woronicza -Maciej Walaszczyk
100 dni Tuska -Jan Maria Jackowski
W ramach podsumowań 100 dni drugiego rządu Donalda Tuska oceniano ministrów, ale niewiele było analiz dotyczących samego premiera i jego najbliższych współpracowników z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Oceny negatywne przeważającej większości badanych oddają nastroje społeczne. Coraz więcej osób - w tym także wyborcy PO - dostrzega, że rządy Donalda Tuska są szkodliwe dla Polski i Polaków. W sprawie reformy emerytalnej premier oszukał swoich zwolenników, bo w programie PO nie było słowa o tym, że planuje przedłużenie oraz zrównanie dla kobiet i mężczyzn wieku emerytalnego. Tym sposobem setki tysięcy Polaków, a może nawet miliony zostaną poddane przymusowi pracy do śmierci, bo nie mają szans na dożycie do emerytury. Gdyby system emerytalny nie był przekrętem, to przynajmniej ich spadkobiercy powinni otrzymać całą należną kwotę świadczenia, którą wypracowali przez lata zatrudnienia.
Niewiele też się mówi o tym, że w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pracuje przynajmniej dwóch kontrowersyjnych urzędników. Pierwszy to Tomasz Arabski, szef kancelarii, odpowiedzialny za utrudnianie wykonywania urzędu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz osoba - na co wskazuje coraz więcej dowodów - w dużej mierze odpowiedzialna za tragiczny lot do Smoleńska. Do tej pory Arabski nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Co ciekawe, nawet sympatycy PO czują, że z Tomaszem Arabskim jest coś nie tak. Ten przyboczny premiera dostał w ostatnich wyborach parlamentarnych drugie miejsce na liście gdańskiej PO. Pomimo iż Platforma uzyskała tam aż 8 mandatów z 12, Tomasz Arabski, urzędujący szef kancelarii Tuska, nie został wybrany, co dowodzi, że tylko dzięki funkcji noszącego teczkę za swoim szefem może funkcjonować w polityce.
Drugą kontrowersyjną postacią w otoczeniu premiera jest Paweł Graś. W bulwarówkach bywa określany mianem "ciecia u Niemca". I faktycznie coś jest na rzeczy. Przypomnijmy, że przez kilkanaście lat w zamian "za pilnowanie" mieszkał za darmo w luksusowej willi pod Krakowem należącej do niemieckiego biznesmena. Za rzecznikiem rządu już od kilku lat ciągnie się niewyjaśniona sprawa otrzymywania korzyści od zagranicznego przedsiębiorcy i niewpisania tego do oświadczenia majątkowego oraz rejestru korzyści. Ponadto Paweł Graś, według ekspertów, mógł dopuścić się przestępstwa polegającego na zatajeniu faktu, że będąc urzędnikiem państwowym, zasiadał w zarządzie prywatnej firmy Agemark, związanej z niemieckim biznesmenem, u którego był "cieciem". Składał podpisy pod dokumentami spółki. By wybrnąć "z problemu", jego żona zeznała, że to ona podrabiała podpisy męża pod dokumentami, które powstały w czasie, gdy już był urzędnikiem państwowym. Jednak ekspertyzy grafologiczne wykazały, że dokumenty podpisał sekretarz stanu Paweł Graś, co oznacza, że oboje kłamali i złamali prawo, za co grozi odpowiedzialność karna.
Jaki jest epilog tej afery? Czy Paweł Graś odszedł z urzędu, tak jak niemiecki prezydent, który podał się do dymisji po tym, gdy okazało się, że nie ujawnił w oświadczeniu majątkowym pożyczki od biznesmena? Wręcz przeciwnie - prokuratura umorzyła postępowanie, czym zostało potwierdzone, że ekipa Donalda Tuska jest "równiejsza" wobec prawa. Pod rządami obecnego premiera Polska to kraj hipokryzji, który zbliża się do standardu białoruskiego, a nie demokratycznego.
Giną dokumenty o zasadniczym znaczeniu
Z Janem Olszewskim, byłym premierem RP, rozmawia Agnieszka Żurek
Pracownicy IPN nie znaleźli w archiwum sejmowym kopii donosów "Bolka", które miały znajdować się w materiałach tzw. komisji Ciemniewskiego.
- Tę komisję powołano już po odwołaniu mojego rządu. Byłem przez nią przesłuchiwany. Rząd odwołano pod pretekstem upublicznienia tzw. listy Macierewicza. Oficjalnie powodem powstania tej komisji było zbadanie wiarygodności materiałów archiwalnych, na podstawie których Służba Bezpieczeństwa traktowała osoby umieszczone na liście jako tajnych współpracowników. Powstanie "listy Macierewicza" było wynikiem wykonania uchwały podjętej przez Sejm. Nie była to nasza inicjatywa. Uważaliśmy, że skoro parlament podjął taką uchwałę, to rząd powinien ją wykonać. Jednak w kilkudniowym terminie zakreślonym w uchwale możliwe było jedynie ustalenie, kto, zdaniem bezpieki, wyraził zgodę na współpracę. Wobec tego zaznaczyliśmy wyraźnie w liście skierowanym do Prezydium Sejmu, że jest to jedynie lista nazwisk, które występują w archiwalnych materiałach Służby Bezpieczeństwa jako tajni współpracownicy i że w związku z tym proponujemy powołanie specjalnego organu do sprawdzenia wiarygodności tych materiałów. Prezes Sądu Najwyższego prof. Adam Strzembosz był gotów na moją prośbę powołać specjalną komisję spośród sędziów Sądu Najwyższego. Lista została przekazana do Sejmu Konwentowi Seniorów jako tajna. Dawało to osobom znajdującym się na liście możliwość zbadania ich spraw przez niezależny organ quasi-sądowy. Tymczasem nikt nawet nie dyskutował o naszej propozycji. Kilkanaście godzin po złożeniu tej listy wprowadzono w trybie nagłym pod obrady Sejmu wniosek o odwołanie rządu. W istocie tzw. lista Macierewicza była tylko pretekstem do przyspieszenia rozprawy z rządem, którego polityka zagrażała wielu grupom interesów.
Którym ośrodkom szczególnie zagrażał Pański rząd?
- Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że los tego rządu był przesądzony już w momencie jego powstania. Szczególnie niewygodny stał się on wtedy, kiedy w styczniu 1992 r. wydałem polecenie wstrzymania przygotowanych już transakcji "prywatyzacyjnych" i zbadania ich prawidłowości. Chciałem zatrzymać proces "dzikiej" prywatyzacji do momentu przygotowania odpowiedniego zespołu ustaw, które pozwoliłyby przeprowadzić ją w sposób uczciwy i ekonomicznie racjonalny. Chodziło m.in. o ustawy o reprywatyzacji (do dziś nieprzeprowadzonej), o powołaniu instytucji Skarbu Państwa i Prokuratorii Generalnej, o powszechnym uwłaszczeniu obywateli w formie akcjonariatu narodowego. Przygotowane projekty tych ustaw zostały wniesione do Sejmu już po upadku rządu. Nigdy nie trafiły na porządek dzienny Sejmu I kadencji.
O nagłym trybie odwołania Pańskiego rządu przesądziła sprawa zablokowania przez Pana decyzji Lecha Wałęsy o utworzeniu spółek polsko-rosyjskich na terenie dawnych sowieckich baz wojskowych czy też kwestia lustracji?
- Wniosek prezydenta Lecha Wałęsy o odwołanie rządu został złożony po jego powrocie z Moskwy. W trakcie tej moskiewskiej wizyty został podpisany traktat polsko-rosyjski, do którego pierwotnie miał być dołączony osobny protokół o przejęciu terenu rosyjskich baz wojskowych w Polsce przez spółki rosyjsko-polskie o statusie eksterytorialnym. Projekt tego protokołu został bez wiedzy i zgody rządu parafowany tuż przed wyjazdem Wałęsy do Moskwy przez nasze MSZ. Specjalna uchwała Rady Ministrów odrzucająca ten projekt została przekazana Lechowi Wałęsie już w trakcie wizyty. Poleciłem jednocześnie zbadanie, kto wydał zgodę na parafowanie tego projektu wbrew stanowisku Rady Ministrów. Wskutek odwołania rządu nigdy nie zostało to wyjaśnione.
Kiedy Pan Premier uzyskał informację, że Lech Wałęsa może być współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa? W czasie stanu wojennego, w okresie jego internowania, był Pan jego obrońcą.
- Tak, rzeczywiście. Już wtedy krążyły na ten temat różne pogłoski. Lech Wałęsa przed strajkiem sierpniowym 1980 r. był stosunkowo mało znanym członkiem Wolnych Związków Zawodowych. Któryś z działaczy WZZ mówił mi wtedy, że Wałęsa przyznał, iż na początku lat 70. miał kontakty z SB, które po pewnym czasie zerwał. O tym, że zachowała się teczka dotycząca tych kontaktów, zostałem poinformowany dopiero w 1992 r., po objęciu funkcji premiera, przez ministra Antoniego Macierewicza. Istniało podejrzenie, że dokumenty te znane są także KGB. Uważałem zatem za swój obowiązek poinformowanie o tym Wałęsy, kiedy przygotowywano jego podróż do Moskwy. Minister Antoni Macierewicz taką informację Lechowi Wałęsie przekazał.
Wedle Pana wiedzy, w dokumentach komisji Ciemniewskiego znajdowały się materiały SB na temat "Bolka"?
- Wszystkie materiały dotyczące "listy Macierewicza" były udostępnione komisji. Jest bardzo prawdopodobne, że w aktach musiały znajdować się przynajmniej uwiarygodnione odpisy tych dokumentów.
Odmowę udzielenia dostępu do tych dokumentów uzasadniano faktem opatrzenia ich klauzulą tajności.
- W moim przekonaniu w świetle obecnych przepisów dotyczących ochrony informacji niejawnych, nie mogą one być traktowane jako tajne. Kiedy słyszę, jak gen. Czempiński, który jako szef UOP dysponował teczką Lecha Wałęsy, mówi dziennikarce, że oryginały dokumentów z tej teczki gdzieś się "zapodziały", to podejrzewam, że odpisy tych oryginałów też mogły się gdzieś "zapodziać". Dziwne zniknięcia ważnych dokumentów z archiwów różnych instytucji państwowych są dziś niestety powtarzającym się zjawiskiem. Wystarczy przypomnieć zaginięcie akt ze sprawy Olewnika. Niedawno dowiedziałem się, że z akt sprawy o zabójstwo ks. Stefana Niedzielaka zaginął w równie tajemniczy sposób kluczowy dowód rzeczowy - znaleziony na miejscu zbrodni fragment chirurgicznej rękawiczki, której użył morderca. W tej sprawie prowadzono śledztwo prokuratorskie, które zostało umorzone.
Osoby odpowiedzialne za wypożyczenie Lechowi Wałęsie dokumentów zapewne również życzyłyby sobie, żeby dyskusja na ten temat możliwie szybko ucichła.
- Niewątpliwie jest to sprawa kłopotliwa dla wielu osób, które odpowiadały za te dokumenty. Ale najbardziej kłopotliwa jest ona dla samego Lecha Wałęsy, którego działalność będzie nieuchronnie przedmiotem dociekań historyków.
Donald Tusk, jeden z "aktorów" tzw. nocnej zmiany, pełni dzisiaj drugą kadencję jako premier. Ostatnio obchodził sto dni rządu.
- Od tamtej czerwcowej nocy upłynęło prawie 20 lat. Powiedziałem wtedy w wystąpieniu sejmowym, że w tym głosowaniu zdecydujemy na wiele lat nie tyle o tym, jaka, ale czyja będzie Polska. Dzisiaj znamy odpowiedź na to pytanie. Ci, którzy wtedy głosowali za odwołaniem rządu, ponoszą odpowiedzialność także za dzisiejszy stan państwa. Są oczywiście tacy, którzy uważają obecną sytuację Polski za bardzo pomyślną. Proponowałbym im proste porównanie: ostatnich 20 lat z dwudziestoleciem II Rzeczypospolitej. Gdyby wtedy port w Gdyni i Centralny Okręg Przemysłowy budowano w taki sposób i takim nakładem środków, jak dziś buduje się w Polsce autostrady i stadiony na Euro 2012, to Gdynia i Stalowa Wola byłyby nadal w budowie. To najlepiej obrazuje "osiągnięcia" tzw. naszej transformacji ustrojowej. Uważałem, że ten proces powinien mieć zupełnie inny przebieg. Podstawowym problemem, który wtedy trzeba było rozstrzygnąć, był sposób zadysponowania wspólnym majątkiem narodowym pozostałym po PRL.
Jakie są najpoważniejsze skutki obranego modelu "transformacji"?
- Wszyscy doświadczamy ich codziennie - np. w szpitalach, przychodniach, sądach, na kolei. Ale najważniejszym skutkiem naszej transformacji ustrojowej jest model demokracji, w której ponad połowa obywateli nie bierze udziału w życiu publicznym, bo albo nie widzi w tym dla siebie żadnego pożytku, albo uważa, że ich głos i tak niczego nie zmieni.
Coraz więcej obywateli jednak protestuje, czyli chce zmian.
- Obecna sytuacja przypomina mi ten okres rządów Gierka, kiedy przedstawiane w mediach sukcesy w realizacji hasła: "Budujemy drugą Polskę", w zbyt jaskrawy sposób kontrastowały z codziennym doświadczeniem zwykłych ludzi. Wtedy też nie wiedzieliśmy, kiedy i w jaki sposób się to skończy. Zmiany w zamkniętym systemie politycznym następują wtedy, gdy stopień społecznego niezadowolenia osiąga krytyczny punkt masowych protestów.
Czym powinna wykazać się w takiej sytuacji opozycja, aby dać Polsce szansę na zmianę jakościową?
- Termin "opozycja" nie jest jednoznaczny. SLD i Ruch Palikota, przedstawiane w mediach jako "lewicowa opozycja", w rzeczywistości stanowią ugrupowania partnerskie obozu rządowego. Autentyczną opozycją jest nurt antysystemowy będący teraz obiektem generalnego ataku politycznego i medialnego. Czy osiągnie ona sukces, zależy to, w moim przekonaniu, od spełnienia trzech warunków. Po pierwsze - musi powrócić do fundamentalnych zasad, które reprezentowała "Solidarność" z lat osiemdziesiątych. Po drugie - zachować jedność działania i jednolitą strategię polityczną, która nie pozwoli na prowokowanie i rozgrywanie wewnętrznych różnic. Warto w tym miejscu przypomnieć praktyki pułkownika Lesiaka i jego politycznych mocodawców. Po trzecie - przygotować całościowy program zmian, koniecznych do odwrócenia grożącej nam degradacji społecznej, ekonomicznej, kulturowej, a nawet wręcz cywilizacyjnej. Przede wszystkim powinien jednak zostać opracowany jak najszybciej program przeciwdziałania katastrofie demograficznej, która czeka nas nieuchronnie już po 2025 roku, jeżeli nie zdołamy podnieść współczynnika dzietności w pokoleniu kobiet z ostatnich roczników wyżu demograficznego lat 80.
Opozycja powinna wyciągnąć lekcję z Okrągłego Stołu, żeby przy ewentualnej zmianie władzy nie doszło do jego powtórzenia?
- Jako członek Komitetu Obywatelskiego nie przyjąłem propozycji udziału w zespole reprezentującym "Solidarność" przy Okrągłym Stole. Ostatecznie brałem udział w jego obradach wyłącznie jako ekspert w sprawach dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Uważałem, że być może w tamtej bardzo trudnej sytuacji gospodarczej kraju jest to jakieś wyjście i tak oceniałem motywy tych członków Komitetu, którzy to porozumienie firmowali w imieniu "Solidarności". Sposób prowadzenia i styl tych obrad sprawił, że po dwóch dniach zdecydowałem się zdjąć znaczek "Solidarności". Jest to udokumentowane na taśmie telewizyjnej. Uważałem, że w takiej sytuacji nie mam prawa reprezentować związku i mogę działać tylko na własną odpowiedzialność. W wyborach 4 czerwca okazało się, że opinia naszego mandanta, to znaczy wyborców, była podobna. Nie wyciągnięto z tego jednak żadnych wniosków.
To w jakiejś mierze tłumaczy tak niską frekwencję w późniejszych wyborach?
- Tak, uważam, że porozumienia Okrągłego Stołu zostały wprowadzone w życie wbrew stanowisku większości społeczeństwa, a to znaczy - wbrew woli suwerena, jakim jest Naród. Miałem nadzieję, że konsekwencje tego da się odwrócić, a przynamniej ograniczyć. I z tą nadzieją popierałem kandydaturę Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich, a potem podjąłem się tworzenia i kierowania rządem powołanym przez Sejm wyłoniony w wolnych wyborach. Te nadzieje się nie spełniły. Ale doświadczenie historii, a także mojego własnego życia, nauczyło mnie, że kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna, następuje nieoczekiwane jej rozwiązanie. Gdyby ktoś w 1953 r., kiedy internowany został Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński, powiedział mi, że za trzy lata przedstawiciele komunistycznej władzy będą szukali u niego pomocy, powiedziałbym wtedy, że jest to zupełnie nieprawdopodobne. Podobnie było w sierpniu 1980 roku. Kto by przypuszczał jeszcze parę miesięcy wcześniej, że powstanie "Solidarność" i że będzie ona związkiem liczącym 10 milionów. Nic nie powtarza się w tej samej formie, ale możemy wyciągnąć naukę, że historia jest bogatsza od naszej wyobraźni.
W chwilach przełomowych szczególnie istotą rolę w kształtowaniu świadomości o tym, na czym dany przełom polegał i kim byli jego autorzy, odgrywają środki społecznego przekazu. W jaki sposób media przyczyniły się do utrwalenia fałszywej wizji przyczyn obalenia Pańskiego rządu?
- Relacje medialne były całkowicie jednostronne. Mieliśmy w tamtej sytuacji do czynienia z szumem informacyjnym, który miał przykryć rzeczywiste przyczyny odwołania rządu i przekonać opinię publiczną, że tzw. lista Macierewicza jest czymś, co nie ma żadnego odniesienia do rzeczywistości.
Powstanie niezależnych środków przekazu, zwłaszcza Radia Maryja i Telewizji Trwam, stworzyło wyłom w tej propagandzie. Ostatnio bardzo nasilił się atak pod adresem tych mediów.
- Sytuacja mediów, zwłaszcza elektronicznych, jest w tej chwili sytuacją monopolu medialnego. Telewizja publiczna została całkowicie przejęta przez obóz rządzący. Świat mediów - poza marginesami, na które usiłuje się zepchnąć prasę niezależną i katolicką - został opanowany przez dwa lub trzy koncerny prasowe, które popierają układ rządzący i całkowicie pomijają zjawiska, które mogłyby przedstawić rząd w niekorzystnym świetle. W warunkach stotalizowania - nie waham się użyć tego słowa - środków masowego przekazu jedyna telewizja niekomercyjna, czyli Telewizja Trwam, jest dla tego systemu szczególnie niewygodna. W tym właśnie kontekście trzeba patrzeć na podjętą przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji decyzję odmowy przyznania jej miejsca na cyfrowym multipleksie. Jedyny niezależny i niekomercyjny, utrzymujący się z ofiarności publicznej nadawca został pozbawiony możliwości bezpłatnego nadawania. Fakt, że jest to nadawca katolicki, ma tutaj zasadniczą wagę, ale jest tylko dodatkowym elementem pogłębiającym ten skandal.
Przewodniczący KRRiT twierdzi publicznie, że według zamówionych przez niego badań oglądalność Telewizji Trwam ma ograniczać się do 6 tys. odbiorców. Jeżeli zestawić słowa Jana Dworaka z prawie 1 700000 osobami, które podpisały protesty w sprawie decyzji KRRiT - a przecież te protesty nadal do Rady spływają - trzeba je potraktować albo jako kiepski żart, albo też jako wyraz zupełnie nieprawdopodobnego zagubienia się prezesa KRRiT w rzeczywistości. W dość burzliwej historii organu, jakim jest KRRiT, jest to chyba największy jak do tej pory skandal - mimo że historia Rady jest w różne skandale dość bogata. Tutaj mamy jednak do czynienia z czymś absolutnie bezprecedensowym, a mianowicie z rozdzieleniem praktycznego dostępu do rynku mediów telewizyjnych pomiędzy korporacje TVN i Polsatu. Tylko one zostały praktycznie uwzględnione w decyzjach Rady. Uważam, że sprawa Telewizji Trwam ma ogromne znaczenie nie tylko dla katolików, którzy stanowią zdecydowaną większość polskiego społeczeństwa, ale ma ona fundamentalne znaczenie dla zachowania standardów i praw obywatelskich, jakimi są prawo do wyrażania opinii i dostępu do różnych źródeł informacji. W sprawie decyzji KRRiT powinni zabrać głos wszyscy obywatele, którym zależy na wolności mediów. W tej chwili istnieje, moim zdaniem, tylko jeden sposób wpłynięcia na czynniki rządowe - trzeba w dalszym ciągu konsekwentnie prowadzić akcję zbiorowych protestów, w którą powinny włączyć się wszystkie środowiska zainteresowane obroną swobód konstytucyjnych w Polsce. Akcja protestacyjna w sprawie Telewizji Trwam jest ogólnonarodowym plebiscytem. Tylko w ten sposób możemy obronić podstawowy zakres swobód obywatelskich.
Dziękuję za rozmowę.
Słowo i czyn
Prof. Włodzimierz Marciniak politolog Instytutu Studiów Politycznych PAN
Uczestnicy międzynarodowego forum ekonomicznego w Davos dowiedzieli się, że w Rosji pojawił się "popyt na wolność". Poinformował o tym Anatolij Czubajs, szef państwowej korporacji Rosiano, który w przeszłości patronował początkom politycznej kariery swoich kolegów z Leningradu - Aleksieja Kudrina i Władimira Putina. Opinie wypowiadane przez niego należy więc uważać za miarodajne dla środowiska, które reprezentuje. Protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów zasadniczo zmieniły sytuację polityczną w Rosji. Czubajs, typowy przedstawiciel warstwy kontrolującej gospodarkę rosyjską, doskonale rozumie "wektor oczekiwań" nowej opozycji, który "sprowadza się w ostatecznym rachunku do świętego słowa "wolność" i takiegoż słowa "demokracja"".
Instytucjonalne bezprawie
Andriej Iłłarionow, były asystent Władimira Putina, w "Tezach grudniowych" nazwał obecną sytuację "uzurpacją" władzy. Podobnie uważają uczestnicy i przywódcy ruchu "O uczciwe wybory!". Sfałszowanie wyników głosowania 4 grudnia ubiegłego roku i masowe protesty spowodowały kryzys legitymizacji władzy. Przeprowadzenie głosowania 4 marca pogłębi tylko ten kryzys i stworzy "stan instytucjonalnego bezprawia", który - zdaniem Andrieja Zubowa, profesora Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych - może doprowadzić do politycznego chaosu i przemocy. Proste wyjście z tego kryzysu mogłoby stanowić rozwiązanie Dumy, ponowne przeprowadzenie wyborów parlamentarnych i przesunięcie wyborów prezydenckich na czerwiec lub lipiec tego roku. Było to możliwe, gdyż kadencja Dmitrija Miedwiediewa upływa w maju, a przez trzy miesiące obowiązki prezydenta mógłby pełnić premier powołany przez nową Dumę.
Putin najwyraźniej wybrał taktykę dalszego pogłębiania kryzysu legitymizacji władzy, tak jakby jego dewizą było liberalne hasło "Słabe państwo i silna policja". Na ślad realiów opisywanych przez tę dewizę, a których istotę najlepiej oddaje słówko "uzurpacja", często możemy natrafić w dziejach Rosji. Mało kto zwrócił na to uwagę, ale minęło dokładnie 250 lat od pierwszej liberalizacji imperium, gdy car Piotr III za jednym zamachem podarował rosyjskiemu dworianstwu wolność i zniósł tajną policję. 18 lutego 1762 r. wydał on manifest zwalniający szlachtę od obowiązku służby wojskowej i cywilnej. Od tej pory ludzie szlachetnie urodzeni mogli swobodnie wyjeżdżać za granicę i nawet służyć obcym monarchom. Dzięki tej wielkiej reformie ze szlacheckiego gniazda wyrosło kilka pokoleń inteligentów, bez których trudno by sobie wyobrazić historię Rosji. W nocy z 27 na 28 czerwca 1762 r. reformator został zmuszony do abdykacji, a w oficjalnym komunikacie poinformowano, że "zmarł na kolkę".
Następca namaszczony
Uwolnienie szlachty od obowiązku służby dla imperatora powinno było pociągnąć za sobą także uwolnienie od służby chłopów. Tak się jednak nie stało. Powstały wówczas "popyt na wolność" dał o sobie znać dziesięć lat później wielką wojną chłopską pod wodzą Jemieljana Pugaczowa. Wyzwolenie chłopów, stanowiące niezbędny warunek istnienia wolnej Rosji, proklamowane zostało dopiero sto lat później - 19 lutego 1861 roku. Stuletnie opóźnienie - zdaniem Michaiła Hellera - odegrało w dziejach Rosji złowieszczą rolę. Jeśli więc dzisiaj wielu Rosjan domaga się tego, aby prezydent był wybierany w głosowaniu powszechnym, a nie mianowany w wyniku tajnych porozumień, to mamy właśnie do czynienia ze skutkami opóźnienia, które powstało w XVIII wieku.
Car Piotr III, urodzony jako Karl Peter Ulrich von Holstein-Gottorp, był wnukiem imperatora Piotra I. Od niego wywodzi się ród, który w Rosji panował do 1917 r. pod nazwiskiem Romanow. W czasie krótkiego panowania, które Piotr I rozpoczął od zwolnienia więźniów politycznych, zdążył wydać dekrety o jawności postępowania sądowego i o tolerancji wyznaniowej. Przede wszystkim jednak zapowiedział rozwiązanie gwardii pałacowej, która była głównym instrumentem niemających końca spisków i przewrotów. To zapewne było główną przyczyną buntu garstki oficerów, który doprowadził do jego obalenia.
Dwa dni po "darowaniu wolności", 21 lutego 1762 r., Piotr III podpisał dekret o likwidacji Tajnej Kancelarii - pierwszej tajnej policji w Rosji. Instytucję tę powołał do życia Piotr I w celu przeprowadzenia śledztwa przeciwko własnemu synowi Aleksiejowi, oskarżonemu o próbę sukcesji władzy z obcą pomocą. Okrutnie torturowany carewicz zmarł w więzieniu. Pod wpływem tych doświadczeń Piotr I zniósł zasadę dziedziczenia tronu i pozostawił sobie prawo wyznaczenia następcy. Testamentu Piotra III nikt nie widział, a następczynią tronu obwołano jego małżonkę. Katarzyna II też podobno w testamencie zapisała tron swojemu wnukowi, ale dokument ten jakoby został ukryty. W podobny sposób Stalin potraktował testament Lenina, przechwytując kierownictwo partii komunistycznej przy pomocy szefów tajnej policji - Feliksa Dzierżyńskiego i Henryka Jagody. Praktykę wyznaczania następcy przywrócił Borys Jelcyn, ustępując z urzędu prezydenckiego 31 grudnia 1999 roku i przekazując władzę ówczesnemu premierowi Władimirowi Putinowi. Ten zaś wyznaczył w 2008 r. na swojego następcę ówczesnego wicepremiera Dmitrija Miedwiediewa, który 24 września zeszłego roku na zjeździe partii Jedna Rosja oświadczył, że prezydentem powinien ponownie zostać Putin.
Rosyjskie plagi
Tajna policja powstała więc w Rosji w pierwszej połowie XVIII wieku po to, żeby zapewnić skuteczną uzurpację władzy. Od tego czasu Rosję trapią dwie nierozdzielnie ze sobą związane plagi - uzurpacja władzy i tajna policja. Tajna Kancelaria, posługująca się prowokacjami i torturami wymuszająca zeznania, stworzyła wzorzec, który później naśladowała stalinowska maszyna terroru. Głównym instrumentem jej działania stało się donosicielstwo. Donosy były wynagradzane materialnie, a tzw. niedoniesienie uważane było za przestępstwo. Masowe donosicielstwo zdemoralizowało kilka pokoleń. Na hasło "Słowo i czyn!", rozlegające się na ulicy lub w karczmie, reagować powinien niezwłocznie każdy urzędnik państwowy. Piotr III "po wieczne czasy" zniósł tajną policję i zakazał używania hasła "Słowo i czyn", gdyż był prawowitym następcą tronu. Katarzyna II, która nie miała prawa do tronu rosyjskiego, przywróciła tajną policję, która po kilku reorganizacjach została przekształcona na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku w Departament Policji z regionalnymi wydziałami ochrany, rozbudowaną siecią tajnych współpracowników, kontaktów operacyjnych, dobrowolnych donosicieli i prowokatorów, którymi naszpikowany był ruch rewolucyjny. Siergiej Zubatow, naczelnik wydziału specjalnego Departamentu Policji, który stworzył kilka partii socjalistycznych, lubił powtarzać: "Za Iwana Groźnego ćwiartowano i rozrywano nozdrza, a przy Mikołaju II jesteśmy u progu parlamentaryzmu".
Kadencja nieograniczona
Historia Rosji doprowadziła do splecenia dwóch zjawisk - delegitymizacji władzy i tajnej policji. Dzieło "słabego państwa i silnej policji" kontynuowali bolszewicy. Ostatni szef KGB Wadim Bakatin, uogólniając doświadczenie komunistycznej tajnej policji, doszedł do wniosku, że głównym jej zadaniem było "organizowanie spisków i przeprowadzanie zamachów stanu". Borys Jelcyn, zapewne rozumiejąc, z jakim problemem ma do czynienia, nazwał KGB instytucją z zasady nienadającą się do zreformowania. Zaczął on swoje rządy od obalenia idola Dzierżyńskiego na Łubiance, a zakończył wyznaczeniem na swojego następcę pułkownika FSB.
Konstytucja Federacji Rosyjskiej zawiera ograniczenie pełnienia urzędu do dwóch kadencji (art. 81 pkt. 3), ale z dopiskiem "pod rząd", który pozbawia sensu cały ten przepis. Nie wiadomo przecież, jak długa powinna być przerwa pomiędzy kadencjami, aby urząd nie był pełniony "pod rząd". Odbywająca się latem 1993 r. narada konstytucyjna odrzuciła dopisek "pod rząd", ale potem pojawił się on ponownie w niewyjaśnionych okolicznościach i pozostał już w konstytucji przyjętej w referendum w grudniu 1993 roku. Niewidzialna ręka umieściła więc w konstytucji furtkę, która nie była potrzebna Jelcynowi, ale Putinowi bardzo się przydała. Zresztą wybór Putina na stanowisko prezydenta w marcu 2000 roku też wydaje się mocno wątpliwy. Ten sam artykuł 81 (pkt. 2) mówi, że prezydentem Rosji może być osoba stale zamieszkująca na terytorium Federacji Rosyjskiej przez 10 lat. Tymczasem Putin powrócił z Niemiec w lutym 1990 r., a więc w chwili rejestrowania kandydatury na terytorium Rosji mieszkał mniej niż okres wymagany konstytucją. Na podstawie tego przepisu odmówiono rejestracji kandydatury Władimira Bukowskiego w grudniu 2007 roku.
Zwycięstwo prowokacji
Uzurpując władzę, Putin zmuszony jest sięgać po klasyczne instrumenty prowokacji. We wrześniu pojawiły się w internecie "informacje", że sztab generalny przygotowuje snajperów na wypadek zamieszek w Moskwie. Dziennikarz Oleg Kaszyn na początku grudnia poinformował, że zamieszki będzie tłumił czeczeński specnaz podporządkowany Ramazanowi Kadyrowowi. W tym samym czasie Alfred Koch, były minister skarbu, wezwał opozycję, aby nie pchała się pod kulomioty, tak jakby ktokolwiek do tego dążył. Dziennikarka "Nowoj Gaziety" zadała Kseni Sobczak pytanie: "Czy Putin zacznie strzelać?". "Nie, nie pójdzie z czołgami przeciwko narodowi" - odpowiedziała córka Anatolija Sobczaka, u którego boku karierę polityczną rozpoczynał obecny premier, ale zaraz dodała: "Po zniknięciu strachu system będzie się po prostu rozkładał albo trzeba go będzie pozbierać do kupy przy użyciu twardych, totalitarnych metod".
Telewizyjne doniesienia o zatrzymaniu osób planujących rzekomo zamach na Putina, wypowiedzi Sobczak, rewelacje o czeczeńskim specnazie i o snajperach stanowią na razie tylko odpowiednie tło. Górnicy, metalurdzy i leśnicy nie mają czasu, aby chodzić po placach, krzyczeć i robić zamieszanie, ale w ich imieniu przemawia "władza ludowa". Deputowany Walerij Trapieznikow czterdzieści lat przepracował przy tokarce i poczuł, że nadeszła pora, aby powiedzieć "nie" leniom z placu Błotnego i prospektu Sacharowa. Sława sowieckiej estrady Nadzieżda Babkina wystąpiła w obronie ludu roboczego, który rzekomo obrażają blogerzy.
Nie wiadomo, czy wzniecanie atmosfery konfliktu klasowego przyniesie oczekiwany efekt. Przecież uczestnikami ulicznych protestów nie są tylko damy w norkach, chociaż one też tam się pojawiają, jak np. Polina Deripaska, żona znanego przedsiębiorcy i córka byłego doradcy Jelcyna i szefa administracji prezydenta Walentego Jumaszewa. Socjolog Wiktor Lewaszow jeszcze jesienią zeszłego roku zwrócił uwagę na to, że w Rosji najszybciej radykalizuje się "nowy proletariat epoki cyfrowej" - pracownicy sfery produkcji informacji. Sytuację w Rosji w największym stopniu destabilizuje szybko rosnąca przepaść pomiędzy szeroko rozumianą klasą średnią a nowymi bogatymi, w mniejszym lub większym stopniu utożsamianymi z demokracją suwerenną i gospodarką renty. Rośnie również liczebnie warstwa nowych biednych, rekrutująca się w znacznym stopniu z migrantów.
Proces spontanicznego poszukiwania przez nowy proletariat punktów koncentracji woli politycznej może jeszcze nie doprowadzić do odsunięcia Putina od władzy. Blogi i fora internetowe pełne są rozważań na temat właściwej taktyki wyborczej. Oddawanie głosów nieważnych w wyborach parlamentarnych okazało się błędne, gdyż zostały one proporcjonalnie podzielone pomiędzy partiami, które pokonały próg wyborczy. Z dyskusji przeprowadzonej przez politologów Dmitrija Orieszkina, Gieorgija Satarowa i Andrieja Piontkowskiego wynika, że w wyborach prezydenckich, aby doprowadzić do drugiej tury, należy głosować na każdego innego kandydata niż Putin lub oddawać głosy nieważne. Wiele zależy od skali fałszerstw i skuteczności obserwatorów w komisjach wyborczych. Z badań większości ośrodków demoskopijnych wynika, że drugiej tury nie będzie. Putin powinien zdobyć ok. 60 proc. głosów. Tylko Centrum Ocen i Prognoz Strategicznych przewiduje zwycięstwo w drugiej turze Giennadija Ziuganowa niewielką większością 51,4 proc. głosów. Jeśli obecną sytuację w Rosji uznamy za kryzys legitymizacji władzy, to wynik głosowania jest ważny o tyle, o ile wpłynie na dalszy bieg wypadków. Czy ludziom oburzonym fałszerstwami wyborczymi uda się systematowi rządów następców przeciwstawić wolę polityczną, czy też ponownie rozlegnie się hasło "Słowo i czyn!"?
Zakaz zadłużania
25 szefów rządów, w tym premier Donald Tusk, złożyło wczoraj w Brukseli podpisy pod paktem fiskalnym.
Okoliczność, że dokument przyjęto na szczycie Unii, może sugerować, że pakt fiskalny jest traktatem unijnym. W rzeczywistości jednak nie jest on dokumentem wspólnotowym, lecz umową międzyrządową przygotowaną przez Niemcy i po krótkich negocjacjach podsuniętą krajom europejskim do podpisu.
Istota paktu fiskalnego sprowadza się do kategorycznego "zakazu zadłużania się" dla krajów eurostrefy i państw, które euro mają w przyszłości przyjąć. Pakt wprowadza tzw. złotą regułę, wedle której deficyt strukturalny w krajach sygnatariuszach nie może przekraczać 0,5 proc. PKB (dotychczas celem wyznaczonym przez Brukselę był deficyt strukturalny na poziomie 1 proc. PKB). Za złamanie tej zasady kraje będą automatycznie płacić kary finansowe do wysokości 0,1 proc. PKB. Kwoty te będą wpływały na konto Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego z przeznaczeniem na pomoc dla tych członków euro, których dotknie kryzys zadłużeniowy. To lekcja z kryzysu greckiego i swoista gwarancja dla Niemiec, że w przyszłości słabsi członkowie eurostrefy będą swoje kryzysy zadłużeniowe finansować sami. Według ekonomistów, pakt fiskalny i tak nie rozwiązuje problemów finansowych zadłużonych krajów, bo nie zlikwiduje przyczyn kłopotów, w których się one znalazły.
- Problem z traktatowym zakazem zadłużania się polega jednak na tym, że słabsze, mniej konkurencyjne kraje euro nie dlatego się zadłużają, że lubią żyć na kredyt, lecz dlatego, że ich firmy przegrywają w konkurencji z firmami niemieckimi. Przez co w bilansach tych krajów z roku na rok przyrasta deficyt, podczas gdy w bilansie Niemiec rośnie nadwyżka - wyjaśnia Jerzy Bielewicz, finansista. Proces zadłużania się jest więc naturalną konsekwencją funkcjonowania tych krajów w warunkach wspólnej waluty z Niemcami. Eksperci od dawna wskazują bowiem na to, że w sytuacji, gdy np. Grecja, Portugalia lub Hiszpania borykają się od lat ze spadkiem eksportu i osłabieniem konkurencyjności swoich gospodarek, eksport Niemiec z roku na rok rośnie i Berlin może się pochwalić coraz wyższym dodatnim bilansem handlowym.
- Dla niemieckiej gospodarki euro jest po prostu, jak to określają ekonomiści, walutą podwartościową, która nakręca eksport, natomiast dla gospodarki greckiej, hiszpańskiej i innych euro jest przewartościowane, przez co kraje te dużo importują, a trudniej im wyeksportować własne towary - tłumaczy Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. Przyjęcie paktu fiskalnego oznacza ni mniej, ni więcej, że słabsze państwa będą musiały redukować import i równoważyć bilanse w sposób najbardziej dotkliwy dla obywateli, tj. tnąc wydatki publiczne i redukując konsumpcję. Gdyby kraje te miały własną walutę, mogłyby ją zdewaluować, podnosząc w ten sposób konkurencyjność swojej gospodarki, ale niestety ta droga jest zamknięta ze względu na uczestnictwo w strefie euro. Niemcy, fundując pakt fiskalny Europie, pokazali, że są zdecydowani utrzymać eurostrefę w całości i liczą na dalsze jej rozszerzenie, m.in. o Polskę. - Chcemy przyszłości w Europie politycznie zjednoczonej - oświadczyła bez ogródek kanclerz Niemiec Angela Merkel podczas ceremonii podpisania paktu.
Polska na tym straci
Dwa kraje: Wielka Brytania i Czechy, odmówiły podpisania paktu fiskalnego. Możliwe, że poza paktem znajdzie się także trzecie państwo - Irlandia, która ku zaskoczeniu Niemiec zapowiedziała, że podda pakt fiskalny pod referendum. W przeszłości Irlandczycy wielokrotnie odrzucali w głosowaniu powszechnym traktaty pogłębiające integrację, odrzucili też w pierwszym referendum traktat z Lizbony. Za każdym razem jednak eurokracja zmuszała Irlandczyków, aby głosowali aż do skutku.
Pakt fiskalny zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2013 r. pod warunkiem, że zostanie ratyfikowany do tego czasu przez 12 spośród 17 krajów strefy euro. Polska wraz z siedmioma innymi państwami, które przyjęły pakt fiskalny dobrowolnie, nie będzie musiała stosować jego postanowień do czasu przyjęcia euro, chyba że zobowiąże się do tego dobrowolnie. Minister finansów Jacek Rostowski zapewniał już kilkakrotnie, że rząd nie zamierza podejmować tych zobowiązań przed czasem, ale przed szczytem nie ponowił deklaracji w tej sprawie. Przedstawiciele resortu finansów goszczący w końcu stycznia na posiedzeniu senackiej komisji budżetowej wyjaśniali, że deficyt strukturalny to deficyt nominalny sektora finansów publicznych, nieuwzględniający dochodów i wydatków wynikających z wahań cyklicznych.
W Polsce deficyt strukturalny jest zbliżony do deficytu finansów publicznych. Obecnie wynosi 5,5 proc. PKB, a więc zgodnie z regułami paktu Polska musiałaby przeprowadzić głębokie cięcia wydatków i zapłacić karę. - Priorytetem rządu jest ograniczenie deficytu strukturalnego do 3 proc. PKB w 2012 r., do czego Polska się zobowiązała - stwierdził na wspomnianym posiedzeniu były wiceminister finansów Ludwik Kotecki. Politycy PiS podkreślali wczoraj, że podpisanie przez premiera Tuska paktu fiskalnego będzie miało szkodliwe dla Polski skutki.
Gospodarka się nie obudzi
Przyjęcie paktu fiskalnego z jego "odgórnym zakazem zadłużania się" postawiło przed szczytem UE kolejne wyzwanie. Chodzi o pobudzenie gospodarki europejskiej do wzrostu i zwiększenia zatrudnienia, a więc o to, aby "zadekretować wzrost". Szczyt UE przyjął wskazówki zawarte w liście szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya, które nakazują rządom zwiększać wydatki na badania i rozwój, inwestować w innowacyjne rozwiązania, obniżać koszty pracy, redukować szarą strefę, zmniejszać wydatki na płace i emerytury oraz usprawniać pracę administracji i sądownictwa. Większość ekonomistów podkreśla jednak, że wzrostu zadekretować się nie da, a zalecenia pozostaną najpewniej na papierze. Na oszczędności trudno liczyć, bo obniżanie świadczeń pracowniczych i emerytalnych budzi coraz większe protesty w Europie, które mogą zmieść ze sceny całe partie polityczne.
Cięcia wydatków uruchomione paktem fiskalnym uderzą, zdaniem dr. Cezarego Mecha, byłego wiceministra finansów, w inwestycje, w tym inwestycje prorozwojowe, które są podstawą wzrostu gospodarczego. Wygląda więc na to, że polityka przyjęta przez Unię na wczorajszym szczycie zamiast pobudzić wzrost gospodarczy i przyrost miejsc zatrudnienia, doprowadzi do schłodzenia gospodarki europejskiej, obniżenia jej innowacyjności, recesji, bezrobocia i poszerzenia obszaru biedy.
Małgorzata Goss
Polska wstawia się za Węgrami -Marta Ziarni
O rozważenie złagodzenia stanowiska wobec Węgier za nadmierny deficyt budżetowy zaapelował wczoraj do państw Unii Europejskiej reprezentujący Polskę na szczycie w Brukseli premier Polski. Donald Tusk przypomniał, że to nie Viktor Orbán, lecz jego poprzednicy doprowadzili Węgry do katastrofalnej sytuacji, którą Orbán od momentu objęcia urzędu konsekwentnie naprawia. - Pozostanę zwolennikiem tego, aby sankcje nie były fikcją. Jeśli na coś się umawiamy, na pewną dyscyplinę finansową, to powinno być faktem. Ale trzeba będzie skłonić dziś i jutro wszystkich do zastanowienia się, czy te propozycje nie są za ostre wobec Węgier, bo z drugiej strony widzimy, ile wysiłku rząd Viktora Orbána i Węgry wykonały, by zejść z deficytem - powiedział Tusk jeszcze przed rozpoczęciem szczytu UE. - Jeśli więc widzimy po kimś, że naprawdę robi rzeczy, których oczekujemy, i nie przynosi to wystarczającego efektu, to warto może miarkować karę, ale w ramach reguł, które ustaliliśmy - dodał premier cytowany przez PAP. Zaznaczył, że Polska jest gotowa wspomóc swoich sąsiadów. - My Orbánowi trochę pomożemy, żeby nie było za ostro. Ale on też powinien wykazać trochę energii, by zbić deficyt - podkreślił. Postulat wysunięty przez stronę polską nieoczekiwanie poparty został także przez szefa Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, znanego ze swojego niezbyt przychylnego nastawienia do Węgier. Przyznając rację Polsce, Schulz zaznaczył, że proponowane przez Brukselę sankcje są nieproporcjonalne, i poprosił o równe traktowanie. - Nie krytykuję Komisji Europejskiej, bo wdraża to, co musi, ale myślę, że jeśli jakiś kraj ma problemy finansowe, jak teraz Węgry, to jest zasadne pytanie, czy blokada funduszy zachęci rząd, by poprawić sytuację budżetową, czy pogorszy sytuację budżetową. Ta druga opcja jest możliwa, więc sugeruję, by przedyskutować, czy ta decyzja idzie w dobrym kierunku - powiedział socjaldemokratyczny przewodniczący PE podczas konferencji prasowej. Wcześniej wsparcie dla Węgier wyraził także premier Czech Petr Neczas.
W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska zarekomendowała zawieszenie przekazania Węgrom od 2013 roku 495 mln euro z funduszu spójności UE, argumentując to "niewystarczającymi działaniami rządu tego kraju w celu trwałego ograniczenia deficytu budżetowego". Tymczasem od momentu objęcia rządów przez Orbána deficyt budżetowy systematycznie maleje; w 2011 r. był na poziomie 3,6 proc. PKB, w tym ma wynieść 2,8 proc. PKB. Komisja twierdzi jednak, że dobra passa zakończy się w 2013 r., kiedy - jak prognozuje - deficyt znów przekroczy dozwolony limit 3 proc. PKB. Komisja twierdzi jednak, że Węgrom udało się obniżyć deficyt nie dzięki reformom, ale dzięki jednorazowym decyzjom, w tym zwłaszcza przeniesieniu środków z prywatnych funduszy emerytalnych do państwowego funduszu.
Bruksela zapowiada zaniechanie restrykcji, jeśli Budapeszt natychmiast podejmie przekonujące ją działania zmierzające do redukcji deficytu. Zawieszenie przekazania Węgrom środków w ramach procedury nadmiernego deficytu byłoby precedensem w Unii Europejskiej.
Dowody płonęły w MSZ -Anna Ambroziak
Wydział V Śledczy Prokuratury Okręgowej w Warszawie prowadzi dwa odrębne postępowania: w sprawie kradzieży obrączki i zniszczenia dowodu Tomasza Merty, który zginął w katastrofie na Siewiernym. Na razie nikomu nie postawiono zarzutów. Śledczy przyjmują wersję, że do próby spalenia dowodu wiceministra kultury doszło na terenie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. - Taka wersja jest absolutnie weryfikowana - zapewnia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Radosław Wasilewski, naczelnik wydziału V śledczego warszawskiej prokuratury okręgowej. Czy w toku czynności śledczych taką wersję zdarzeń potwierdzili dotychczas przesłuchani świadkowie? - Mamy już wiedzę, jak to mniej więcej wyglądało. Ale takich informacji, szczegółów nie mogę ujawniać, zwłaszcza że trwają czynności dowodowe - tłumaczy prokurator Wasilewski.
Śledczy przesłuchali już kilkunastu świadków. W tym dwóch dyrektorów gabinetu ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego: dyrektora generalnego oraz dyrektora centrum operacyjnego MSZ. Prokuratura nie podaje nazwisk. Jak czytamy na stronie internetowej resortu, dyrektorem generalnym służby zagranicznej jest Jarosław Czubińsk, dyrektorem Centrum Operacyjnego - Aleksander Chećko. Przesłuchano wszystkie osoby, które miały jakikolwiek kontakt z pocztą dyplomatyczną. Prokuratorzy nie przeprowadzili wizji lokalnej, ale zabezpieczyli całość dokumentacji dotyczącej obiegu korespondencji.
Jak dotąd na liście przesłuchanych nie znalazł się szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Ale prokuratura nie wyklucza tego wariantu. - Nie możemy tego wykluczyć - mówi prokurator Wasilewski. Prokuratura uwzględni tę czynność, jeżeli dowody, które zdobędzie, wskażą na taką konieczność. - Z przesłuchania kilku świadków zawsze może wyniknąć konieczność przesłuchania kolejnych - tłumaczy nasz rozmówca.
W związku z postępowaniem w sprawie niszczenia dowodu Tomasza Merty prokuratura planuje przesłuchanie w najbliższym czasie pięciu kolejnych świadków, m.in. trzech pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych przebywających obecnie na placówkach za granicą: w Nairobi, Moskwie i we Włoszech. Są to urzędnicy polskich konsulatów i ambasad. Śledczy przesłuchają też dwóch pracowników resortu, którzy są na miejscu, w Polsce. Dochodzenie obejmie wszystkie osoby, które miały jakikolwiek związek z okolicznościami zniszczenia dowodu wiceministra kultury. Od wyniku tych przesłuchań będzie zależało to, czy polscy śledczy zwrócą się z wnioskiem o pomoc prawną do strony rosyjskiej. Chodzi o rekonstrukcję zdarzeń, w jaki sposób dowód tożsamości Merty trafił do polskiej ambasady w Moskwie. - Badaniem jest też objęty ten wątek. Na pewno chcemy odtworzyć obieg dokumentów i przedmiotów. Chcemy mieć wiedzę, kto miał z tym wszystkim kontakt - deklaruje Wasilewski. Zapewnia przy tym, że prokuratura przyjmuje możliwość, iż do nadpalenia dowodu doszło na terenie polskiego MSZ.
Dowód osobisty wydany rodzinie Tomasza Merty po katastrofie smoleńskiej nosi wyraźne ślady nadpalenia. Z dokumentacji rosyjskiej, która trafiła do polskiej prokuratury z Federacji Rosyjskiej, wynika, że ten sam dokument zachował się w stanie idealnym. Sprawę wszczęła wojskowa prokuratura okręgowa, która prowadzi śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej. Potem akta sprawy wojskowi śledczy przekazali warszawskiej prokuraturze okręgowej.
Na to, że do zniszczenia dowodu Merty mogło dojść na terenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wskazują zeznania jednego ze świadków, pracownika resortu. Miał zeznać, że dowód znajdował się w worku, który zamierzano zutylizować (spalić). Magdalena Pietrzak-Merta dowód osobisty męża odebrała w maju 2010 r. z jednostki Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim, do której trafiły rzeczy ofiar po 10 kwietnia 2010 roku.
Sama Pietrzak-Merta nie wyklucza jednak, że do zniszczenia dowodu jej męża doszło na terenie Federacji Rosyjskiej. Zaznacza, że ślady zniszczeń wskazują na to, iż dowód "przeszedł" przez katastrofę. W jej ocenie, drugi dokument, ten w dobrym stanie, spreparowali Rosjanie. Merta podkreśla, że polskiej prokuraturze trudno będzie udowodnić, że do zniszczenia dowodu doszło w Polsce, gdyż z dotychczasowych zeznań świadków wynika jedynie, iż na terenie MSZ niszczono rzeczy ofiar, wśród których mógł być dowód tożsamości jej męża. Sami świadkowie nie wiedzą więc dokładnie, co konkretnie niszczyli. - Oczywiście należy ścigać takie zjawiska, jak niszczenie dowodów rzeczowych. I dobrze, że prokuratura tym się zajmuje. Ale moim zdaniem, cała ta historia została wymyślona na potrzeby ochrony interesów Rosjan - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Magdalena Pietrzak-Merta.
- Zawsze to będzie skandal, niezależnie od tego, czy prokuratura ustali, że dowód zniszczyli Polacy czy też spreparowali go Rosjanie. Nie powinno to mieć miejsca. Świadczyłoby to o tym, że strona polska pewnych rzeczy nie kontroluje, a strona rosyjska - nie szanuje - ocenia mec. Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik prawny Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS.
Klich odkrywa problem szkoleń -Marcin Austyn
4 grudnia 2003 r. pod Piasecznem doszło do katastrofy śmigłowca Mi-8. Badaniem wypadku zajęła się wojskowa komisja pod kierownictwem płk. pil. Ryszarda Michałowskiego. Decyzją Marka Pola, ministra infrastruktury w rządzie Leszka Millera, do komisji została dołączona grupa cywilów z PKBWL - Stanisław Żurkowski (pracował w podkomisji technicznej), Jerzy Bereżański, Ignacy Goliński oraz już były wojskowy Edmund Klich (pracowali w podkomisji lotniczej).
Jak ustaliliśmy, Klich początkowo próbował kreatywnie włączyć się w prace komisji, ale po rozmowie z przewodniczącym (dobrze znali się z pracy w wojsku), zaczął zgadzać się z wnioskami strony wojskowej. Klich - po katastrofie smoleńskiej znany ze swych surowych ocen ferowanych wobec członków załogi - w 2004 roku nawet nie próbował podjąć problemu szkolenia załóg w specpułku. I nie wskazywał na złą współpracę członków załogi. A mógł to uczynić i miałby nawet wsparcie, bo pozostałych dwóch cywilnych członków podkomisji lotniczej zgłosiło do raportu zdania odrębne. Eksperci poruszyli w nich m.in. właśnie problem nieprawidłowości w funkcjonowaniu jednostki, szkoleń oraz wskazywali na błędy pilotażowe popełnione przez pilota. Ale w komisji wojskowej nie zostały one wyeksponowane. Dlaczego problem szkoleń w 2004 roku dla Klicha nie istniał? Z relacji naszych rozmówców wynika, że późniejszy akredytowany przy MAK nie oponował, bo podobno mu "nie wypadało".
Owo skrępowanie miało wynikać z faktu, że Klich niedawno opuścił wojsko. Stało się to dokładnie 25 lutego 2003 roku, zatem ok. 9 miesięcy przed wypadkiem Mi-8. Nie bez znaczenia dla samopoczucia Klicha musiał być też fakt, że przed odejściem do rezerwy przez prawie trzy lata (od maja 2000 roku) był inspektorem MON ds. bezpieczeństwa lotów, a po odejściu do rezerwy jego obowiązki objął właśnie płk Michałowski, z którym przyszło mu współpracować przy wyjaśnianiu okoliczności wypadku z Millerem na pokładzie. Michałowski służył w instytucji zwanej dawniej Inspektorat MON ds. BL dłużej od Klicha, bo już od 1996 do 2007 roku i zajmował tam stanowiska od starszego specjalisty, głównego specjalisty po inspektora, a po reformie instytucji (w 2004 roku) także szefa Inspektoratu MON ds. BL.
Presja w komisji
Prace komisji były dość charakterystyczne. Kiedy podczas plenarnych posiedzeń podnoszone były np. pytania o to, dlaczego po wyłączeniu silników śmigłowiec skręcił w prawo, podczas gdy nie powinien tego uczynić, szef komisji starał się, by tego rodzaju problemy podrzucane przez cywilów nie zaprzątały głów członków komisji. Padały też sugestie, by biegły meteorolog podał "właściwą" analizę panujących warunków atmosferycznych. Wszystko to działo się w obecności całej komisji. Jak ustaliliśmy, atmosfera była tak napięta, że omal nie doszło do opuszczenia przez cywilów składu komisji. Ostatecznie z tak radykalnego pomysłu zrezygnowano. Zgodzono się, że taki ruch byłby źle odebrany przez ministra Pola.
Skąd jednak wzięła się owa presja w komisji? Prawdopodobnie chodziło o to, by ta nie przesadziła w swoich ustaleniach. Jak usłyszeliśmy, zakres i przebieg badań na bieżąco był konsultowany "wyżej" w Sztabie Generalnym. Czy owa troska o prace komisji mogła wynikać z faktu, że w trakcie badania katastrofy Mi-8 dowódca załogi wskazywał na naciski premiera Leszka Millera na wykonanie lotu pomimo przekroczenia warunków minimalnych? Na pewno relacja ta została pominięta. Czy tylko przypadkowo premier lansował w mediach informację o ratującym życie pasażerów wyczynie pilota? W ocenie naszych rozmówców, nie można wykluczyć, że sprawy te mogły być ze sobą powiązane.
Kilka wersji zdarzeń
Dowódca wojskowej maszyny, wówczas mjr Marek Miłosz, awaryjnie lądował, stosując tzw. manewr autorotacji. Wojskowa prokuratura oskarżyła go o nieumyślne spowodowanie wypadku lotniczego oraz o umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy, bo pilot nie przełączył systemu odladzania śmigłowca z automatycznego na ręczny. Oskarżyciel zarzucił mu, że świadomie - nie włączając ręcznego systemu odladzania - przyczynił się do katastrofy i wnioskował o rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę. Wcześniej prokuratorzy sugerowali pilotowi przyznanie się do winy. Po ponadsześcioletnim procesie sędziowie orzekli, że pilot jest niewinny. Wątek naciskowy nigdy nie został rozwinięty ani wyodrębniony do oddzielnego postępowania, choć w trakcie postępowania prokuratorskiego dowódca załogi zeznał, że został zmuszony do lotu, a naciski wywierał sam premier Leszek Miller. Mechanizm naciskowy, inicjowany przez cywilnych dysponentów lotu, czyli podżeganie do łamania regulaminu wojskowego, potwierdzili w toku postępowania także inni piloci eskadry śmigłowców stacjonującej na wojskowym Okęciu.
Wcześniej wojskowa komisja uznała, że błąd pilota miał charakter niezawiniony. Jak twierdził szef komisji badającej przyczyny wypadku płk pil. Ryszard Michałowski, powodem awarii Mi-8 było samoczynne wyłączenie silników z powodu niestatecznej pracy sprężarek, na skutek oblodzenia spowodowanego niewłączeniem przez załogę ręcznego trybu ogrzewania wlotów powietrza. W ocenie komisji, działanie pilota było nieumyślne, a niewiedza co do warunków meteorologicznych usprawiedliwia pilota, który miał "fałszywy obraz pogody" (stwierdzono, że nad Warszawą wystąpiło zjawisko inwersji: temperatura na wysokości 2 tys. metrów była na plusie, a przy ziemi na minusie).
Komisja nie nagłośniła jednak ocen Bereżańskiego, który wskazywał, że przyczyną wypadku lotniczego było samoczynne wyłączenie się obu silników śmigłowca w warunkach oblodzenia, podczas lotu w nocy w trudnych warunkach atmosferycznych, spowodowane błędem załogi polegającym na nieprzełączeniu instalacji przeciwoblodzeniowej na ręczny tryb pracy, zgodnie z instrukcją użytkowania w locie śmigłowca Mi-8. A na powstanie błędu znaczący wpływ mogło mieć zmęczenie załogi spowodowane zbyt długim czasem wykonywania czynności lotniczych w okresie bezpośrednio poprzedzającym wypadek.
Podobnie stało się ze zdaniem odrębnym Golińskiego, w którym ekspert zaznaczał, że przyczyną wypadku było zgaśnięcie silników na skutek ich pompażu powstałego przez zakłócenie przepływu w ich sprężarkach przez lód tworzący się na ściankach wlotów w łopatkach kierownicy strug do silnika, przy instalacji przeciwoblodzeniowej włączonej na ("ABT") automat, mimo że wg danych meteorologicznych należało ją włączyć w trybie ręcznym ("PY "), w okolicznościach gdy sygnalizator oblodzenia RIO-3 miał zwiększony zakres nieczułości. Edmund Klich podpisał się pod wersją komisji wojskowej.
"Towarzysz generał" uwięziony na Woronicza -Maciej Walaszczyk
Na rynek wchodzi drugie, poprawione wydanie książki Lecha Kowalskiego "Generał ze skazą". Wyjątkowa biografia Wojciecha Jaruzelskiego dokumentuje jego karierę wojskową i polityczną. Wydawnictwo Zysk i S-ka planowało dodać do publikacji płytę DVD z filmem dokumentalnym "Towarzysz generał". Ale to niemożliwe. Dlaczego? - Staraliśmy się o możliwość nabycia licencji poprzez współtwórcę tego filmu pana Kaczmarka, ale okazało się to niemożliwe. W związku z tym do książki dołączyliśmy płytę z ich najnowszym filmem "Towarzysz generał idzie na wojnę" - mówi Adam Zysk, przedstawiciel wydawnictwa Zysk i S-ka. Ten drugi film opowiada jednak głównie o przygotowaniach do wprowadzenia stanu wojennego w 1981 roku. Tymczasem "Towarzysz generał" idealnie pasował do wznowionej właśnie publikacji Lecha Kowalskiego. Dokument w dużym stopniu oparty jest na ustaleniach biografa Jaruzelskiego, niewygodnych nie tylko dla samego twórcy stanu wojennego, ale również jego politycznych i medialnych obrońców.
Nie była to jedyna próba zdobycia licencji na film. Kilka tygodni temu o jej wydanie poprosił wydawca lubelskiego pisma społeczno-politycznego "idź Pod Prąd". - Zwróciłem się o nabycie praw do wydania filmu, ale dostałem odpowiedź odmowną, ze względu na jakieś problemy prawne - tłumaczy Paweł Chojecki. Bernadeta Listwoń z Działu Sprzedaży Praw i Licencji Biura Wymiany Krajowej i Międzynarodowej TVP SA napisała mu w odpowiedzi, że "z uwagi na pewne problemy natury prawnej związane z produkcją filmu film ten został do czasu wyjaśnienia sprawy wycofany całkowicie z eksploatacji". Telewizja poinformowała ponadto, że nie jest w stanie określić terminu wyjaśnienia problemów, dlatego licencji udzielić nie może.
Zdaniem Roberta Kaczmarka, współtwórcy filmu, TVP po prostu blokuje możliwość wydania go na płytach DVD. Dzięki temu materiał mógłby zostać udostępniony szerokiej widowni. W jego ocenie, problem z filmem pojawił w momencie jego emisji w TVP (dla ponad 3 mln widzów). Jego pierwsza emisja w kanale TVP Historia, choć dostrzeżona przez garstkę pasjonatów, nie wywołała aż takiej reakcji obrońców komunistycznego generała. A przede wszystkim osób, które nieoczekiwanie zarzuciły reżyserowi wykorzystanie fragmentów innego filmu bez zgody autorek. - Cała sprawa jest fikcyjna i propagandowa - ocenia Robert Kaczmarek.
Dwa lata temu, w dniu emisji filmu w Programie 1 TVP, dziennikarki Teresa Torańska i Maria Zmarz-Koczanowicz wystosowały do zarządu telewizji pismo, wnioskując o zatrzymanie jego emisji. Ta jednak doszła do skutku. W ich ocenie, autorzy "Towarzysza generała" bezprawnie użyli w nim fragmentów filmu dokumentalnego "Noc z generałem" ich autorstwa. Torańska i Zmarz-Koczanowicz twierdziły, że ujęcia te wykorzystano bez ich wiedzy i niezgodnie z ich "intencjami twórczymi". - Autorzy filmu wycięli ujęcia z naszego filmu, wmontowali je w swój i opatrzyli własnym komentarzem niezgodnym z kontekstem, w jakim te ujęcia były przez nas filmowane - tłumaczyły.
- Mówiono po prostu, że my to ukradliśmy. Nie mam jednak czasu na pieniactwo sądowe, choć zastanawiałem się kilka razy, czy nie iść z tym do sądu - mówi Robert Kaczmarek. Według niego, sprawa jest jasna. Właścicielem obu produkcji jest Telewizja Polska, a znajdujący się w filmie 40-sekundowy fragment z "Nocy z generałem" został użyty zgodnie z prawem autorskim. Jak tłumaczy, w umowie z producentem zewnętrznym, tzw. wykonawczym, jakim był Open Film Group, jest klauzula, która mówi, że w wypadku błędów prawnych producent wykonawczy ma obowiązek naprawić taką wadę, a w razie konieczności wszelkie koszta z tego tytułu wziąć na siebie. Krótko mówiąc, TVP w wypadku zaistnienia takiej sytuacji powinna zlecić niezwłoczne naprawienie takiej wady. Ale tak się nie stało.
Po emisji filmu z funkcji szefa publicystyki TVP1 został zwolniony m.in. Paweł Nowacki oraz szefowa anteny Anita Gargas. Jak relacjonuje Nowacki, napisał wówczas dla dyrektora Programu 1 TVP analizę, w której stwierdził, że zarzuty formułowane przez dziennikarki są bezpodstawne, ponieważ posłużenie się zdjęciami z archiwum telewizyjnego nie było naruszeniem ich praw.
- "Noc z generałem" jest własnością TVP, która ma pełne prawa do użycia jego fragmentów w innej produkcji. Co więcej, z operatorem tego dokumentu podpisano osobną umowę na skorzystanie ze zdjęć, których był autorem - zaznacza Anita Gargas.
- Rok później pytałem w biurze prawnym telewizji o to, czy wpłynęło jakiekolwiek oskarżenie autorek, i uzyskałem wówczas informację, że nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego wniesienie sprawy do sądu - mówi Nowacki. - Przez ponad dwa lata nie dostałem żadnego pisma z TVP w tej sprawie. Z tego, co wiem, panie Torańska i Zmarz-Koczanowicz nie złożyły żadnego pisma poza jednym, które trafiło do kancelarii prawnej w spółce - dodaje Kaczmarek, podkreślając po raz kolejny, że "Towarzysz generał" stał się, jak wiele innych, "filmem jednorazowego użytku".
"Betar" - premiera po roku?
"Towarzysz generał" to nie jedyny film odłożony na półkę. Ponad rok po powstaniu filmu dokumentalnego "Betar" TVP nie zdecydowała się na jego emisję. Pytana o to, twierdzi, że Dwójka pokaże go w paśmie dokumentu w kwietniu tego roku. Informacja o dokładnym terminie pokazu będzie podana na 3 tygodnie przed emisją - zapewnia rzecznik spółki Joanna Stempień-Rogalińska. Czy tak się stanie, czas pokaże.
"Betar" to kolejna produkcja Kaczmarka we współpracy z historykiem dr. Piotrem Gontarczykiem. To absolutnie pionierska na polskim, i nie tylko, gruncie opowieść na temat tzw. syjonistów rewizjonistów, twórców państwa Izrael, których działalność i historia rozpoczyna się w przedwojennej Polsce. W czasie wojny byli oni zwalczani nie tylko przez Niemców, ale także przez komunistów i Sowietów. Przez wiele lat komunistyczna propaganda milczała na temat kluczowego udziału wywodzących się z "Betaru" żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego w powstaniu w getcie warszawskim, przed wojną podoficerów i oficerów Wojska Polskiego. ŻZW współpracował z Armią Krajową, był przez nią uzbrajany i utrzymywał ścisły kontakt z jej dowództwem. Żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego wywiesili w kwietniu 1943 roku na placu Muranowskim, obok flagi żydowskiej, również polską, biało-czerwoną. Tymczasem od dziesiątków lat utrwalano w pamięci jedynie istnienie lewicowej Żydowskiej Organizacji Bojowej. Ta sytuacja trwa zresztą po dziś dzień. Na razie film można obejrzeć jedynie na specjalnych pokazach autorskich. Kilka tygodni temu odbył się on w Legionowie.
- Nikt nie zgłaszał do filmu żadnych uwag o charakterze merytorycznym, podczas kolaudacji zyskał bardzo dobrą ocenę ze strony recenzenta z Uniwersytetu Warszawskiego - relacjonuje Gontarczyk.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka