Z każdym kolejnym dniem pracy komisji śledczej do spraw afery hazardowej coraz bardziej czuję, że to naprawdę do niczego nie prowadzi. Najpierw, po opublikowanych stenogramach, politycy uważali, że to nie jest nic szczególnego, nic ciekawego. Nie warto się tym zajmować, bo przecież (z toku myślenia jednego z czołowych przedstawicieli rzecznictwa medialnego partii rządzącej) to wszystko to jedna wielka szopka (ew. hucpa polityczna) pisowców, ich policji politycznej, a i oczywiście ich medium.
Później po zorientowaniu się, że już tylko 119 a nie 120 procent popiera „prezydenta” Tuska, pan „tymczasowy, choć nie wiadomo, czy może trochę dłużej” premier uznał, że potrzebna jest komisja, która miałaby wyjaśnić sprawy. Ważne, by wyjaśnić wszystko, bez zamiatania żadnego wątku pod dywan. No i oczywiście w określonym terminie, no bo po co przedłużać.
Komisja powstała, niby coś tam robiła, jednak to było za nudne. Trzeba było ją jakoś rozruszać. Dzięki naszemu narodowemu programowi podboju kosmosu udało się ściągnąć praktycznie z Księżyca argumenty, by wyrzucić posłów Kempę i Wassermana z prac komisji, „no bo oni tam kiedyś coś” (może spróbowali swoich sił w grze w karty?).
Tutaj jednak też „prawdopodobnie chwilowy” premier, oczywiście również po zorientowaniu się w sytuacji „jak mnie widzą”, przywołał do porządku swoich podwładnych. Posłowie odrzuceni wrócili, komisja zaczęła pracować.
Styczeń się zaczął, do lutego jeszcze kilka dni, a nowi-starzy posłowie chcą nadal odkrywać aferę. Nie można im na to pozwolić. Zaprośmy więc wszystkich wokoło, przepytajmy portierów, personel sprzątający, a później z tej zlepki słów ułożymy, niczym poeci dwudziestolecia międzywojennego, jakieś wnioski. Wezwali więc Ryszarda Maraszka, który po spowiedzi z wydatków i straconego czasu został odesłany z powrotem do domu, bo najwidoczniej centrala nie znalazła dla niego pytań.
Jednak szczyt wszystkiego wydarzył się podczas przesłuchania jednego z głównych bohaterów całej sprawy, Zbigniewa Chlebowskiego. Wieczorem przewodniczący ogłosił dziesięć minut przerwy. Niby nic złego. Ale po około 5-6 minutach przewodniczący zamknął posiedzenie, bo „nikt nie miał pytań do świadka”.
Tak sobie siedzę, czytam, oglądam relacje, słucham wypowiedzi i nasuwają mi się pytania.
Co to było?! Czy my jesteśmy w jakimś przedszkolu? Czy może w jakimś radosnym kraju-bajce, gdzie się cuda dzieją? Czy ten człowiek jest poważny?
Ja rozumiem, że prawo jest prawem. Znam wiele ciekawych przypadków, gdzie urzędnik wykonuje swoją pracę zgodnie z przewidzianymi procedurami bez ludzkiego spojrzenia na rzeczywistość, gdy urzędnik swoimi decyzjami zagina czasoprzestrzeń. Ja rozumiem, że praca posła jest bardzo męcząca (bo żeby siedzieć kilka godzin i się obijać...).
Jednak patrząc z drugiej strony, można też współczuć panu przewodniczącemu. Może jest na coś chory, i właśnie podczas przerwy zażywał leki, które spowodowały halucynacje. Może to ze wspomnianego przemęczenia wielogodzinnym laniem wody i udawaniem tamy pomyliły mu się minuty a dodatkowo miał przywidzenia. A może to jakieś poważne zaburzenia natury psychicznej, bo żeby w takim wieku rozmawiać samemu do siebie, lub do wyimaginowanych postaci? Tutaj powinien pomóc specjalista. Może potrzebna jest kuracja, jakiś odpoczynek? Komisja, a co tam, przecież zawsze można sobie napisać zwolnienie, ktoś na pewno je dostarczy.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)