Na początku był w miarę spokój. Później po naszej wschodniej granicy powstała fabryka szczęśliwości. Tam też ktoś, kto ozwał się prezesem tego zakładu, odkręcił dwa kurki, by za kresami naszego kraju była kraina mlekiem i miodem płynąca.
To nic, że większość ludzi w tym mleku i miodzie się potopiła, najważniejsze, że życiodajnej substancji tyle się naprodukowało, że trzeba było ją dać na export. Jedni nie chcieli, bo po krótkim czasie od wyprodukowania definitywnie odrzucili propozycję wielkiego szczęścia i dobrobytu. Niestety po jakimś czasie znów postanowiono nas zalać. I jak już nas zalało, to na długo, a konsekwencje splugawionej od szczęścia ziemii odczuwamy do dziś.
Właśnie wtedy mogliśmy się dowiedzieć, po naocznym zapoznaniu się z treścią ulotki do opakowania, czym jest i jak w praktyce wygląda szczęśliwość i dobrobyt. Niestety wielu nie spełniało wymagań niezbędnych do przyjęcia tego mleka i miodu, więc, tradycyjnie, zniknęli w bliżej nieznanych okolicznościach.
Jednak w końcu udało się nam zakręcić kurek, to nieświeże mleko i miód przestało nam śmierdzieć. Szkoda tylko, że mleko nam pozostało w postaci sera pleśniowego.
Dlatego też, mając na względzie pamięć Tych, którzy nie chcieli przyjąć szczęśliwości, sądzę, że możemy za to, co było, co jest i co będzie, dać zryczałtowane podziękowania serkom, jogurtom i mlekopodobnym wyrobom. Pora starą śmierdzącą żywność wywalić definitywnie do kosza.
Ku chwale Ojczyzny!



Komentarze
Pokaż komentarze