Bardzo lubię marzyć. Po powrocie z pracy rzucić zimowe ubranie zwierzchnie na wieszak, włączyć nastrojową muzykę, zrobić sobie coś do picia, położyć się na łóżku i wejść do krainy marzeń. Gdy tak sobie zwykle myślę, dochodzę często do wniosków, że czas leci bardzo szybko, ucieka, jakby był goniony przez coś lub kogoś groźnego. Ja bardzo chętnie bym wrócił choć na jeden dzień lub tydzień do okresu sprzed ośmiu, czy piętnastu lat. By móc na nowo poczuć tę atmosferę. I nie chodzi mi tylko o sferę prywatną. Chciałbym, by znów w telewizji, czy innych środkach masowego przekazu móc usłyszeć lub przeczytać coś ciekawego, coś mądrego, coś, co w pełni zasługiwałoby na publikację.
Niestety, obecnie nie jest nam to dane. Od jakiś pięciu-siedmiu lat, gdy tylko wezmę do ręki jakąś prasę, bądź włączę sobie serwis informacyjny niezależnie której stacji, mam wrażenie, że odpowiednio czytam coś w rodzaju „z życia gwiazd i gwiazdeczek” i oglądam bezsensowne programy o sprawach prywatnych ludzi z pierwszych stron gazet.
Ja mogę siebie określić mianem wymagającego widza i czytelnika. Gdy jestem w salonach prasowych, szerokim łukiem omijam półki z kolorową pseudoprasą, skąd atakują mnie przeraźliwe hasła o kolejnych rozwodach, romansach czy innych rozterkach tej, czy innej aktorki. Gdy włączam telewizor, przelatuję przez wszystkie kanały, na których wówczas emitowane są polskie irytujące serialiki, czy śmieszne inaczej komedie z tymi samymi wyeksploatowanymi aktorami.
Życie gwiazd, które ostatnio coraz częściej rozbłyskują nowym plastikowym, pustym światłem, mnie całkowicie nie interesuje. Ja staram skupiać się na czymś poważnym, co w jakimś stopniu dotyczy mnie i członków mojej rodziny.
Niestety, właśnie od wspomnianych pięciu-siedmiu lat mam wrażenie, że nikomu już nie zależy na czymś poważnym i konkretnym. Politycy, bo o nich mowa, zdają się nie przejmować sprawami swoich obywateli. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że cała ich uwaga skupia się na bliżej nieokreślonych abstrakcyjnych problemach. Uwagi te dotyczą wszystkich stron, po równo.
Gdy w 2005 roku z podium schodzili w niesławie członkowie SLD (w nowej kadencji nie mieli swoich przedstawicieli w Senacie), miałem nadzieję, że oto teraz rozpocznie się konstruktywna praca mająca na celu poprawę warunków egzystencji ludzi. Jednak bardzo się przeliczyłem.
Zaczęła się wojna o właśnie nieokreślone sprawy. Jedni drugich oskarżali o antypolskość, ruso- i germanofobię, nadmierne kontakty z Kościołem, czy z ludźmi spod ciemnej gwiazdy. Jak zwykle w ciągu jednej krótkiej chwili z przyjaźni PiSowsko-POwskiej zostały tylko gruzy, błoto i krew. W ten sposób jedziemy na tym samym wózku już od dobrych pięciu lat, codziennie słysząc a to takie, a to inne obraźliwe oskarżenia na każdą ze stron.
Nie dziwię się wielkiemu podnieceniu komentatorów politycznych, gdy frekwencja podczas jakichkolwiek wyborów osiągnie marne 40 procent. Ludzie po prostu widzą, że nie ma komu rządzić, bo i tak każde obietnice wyborcze nie mają żadnej wartości.
Pamiętam jeszcze z okresu studiów, gdy na zajęciach z retoryki dowiedziałem się, że polityka polega na utrzymaniu władzy właśnie poprzez mówienie. Niezależnie, jakie by się kłamstwa nie opowiadało, trzeba to ubrać w odpowiednio ukolorowane słowa, by naciągnąć jak największą grupę naiwniaków. Po wyborach znów wejdziemy do pokoju, zamykając za sobą drzwi i dalej będziemy obrzucać się błotem w imię marazmu i zastoju cywilizacyjnego.
Ludzie chcieli zmian, byli zmęczeni cotygodniowymi ekspedycjami wicepremiera AL. Odpowiednia okazja pojawiła się po krótkim czasie. Wówczas na rynku politycznym w Polsce wielką karierę zrobiła (wspierając się też niezapomnianymi gadaninami o państwie policyjnym, łapankach, „kaczmarynkach” - ogólnym straszeniem mitycznym kaczyzmem) zapowiedź całkowitej restrukturyzacji kraju na podstawie opracowanego jeszcze za czasów „gabinetu cieni” przez Platformę Obywatelską planu.
Donald Tusk doszedł do władzy, wygłosił expose. I co? No i w sumie nic, bo niewiele się ruszyło. Nastąpił kolejny etap zabawy w dokuczanie drugiemu rodem z przedszkola. Jedni się oburzyli, stanęli w kącie i pluli, gdy tylko nadarzyła się okazja, drudzy natomiast specjalnie by pokazać wszystkim dziką naturę tych oburzonych, podchodzili i prowokowali ich do kolejnych ślinotoków. Gdy tak dzieci bawiły się w swoje przekomarzanie, ludzie stali w oczekiwaniu na jakikolwiek postęp, którego nie było, bo „blokował” go ówczesny prezydent.
Oczywiście nikt nie mógł pomyśleć nad tym, że to, co się wówczas działo, było całkowicie pozbawione sensu i zamiast zajmować się takimi mało ważnymi rzeczami, można by skupić się na tym, co było zapowiadane jeszcze przed zejściem czerwonych ze stołka.
Kolejne lata marazmu mijały, nic się nie dało zrobić, bo zawsze było widmo, jak niegdyś porannej wizyty służb specjalnych, tak teraz veta. Jednak groźba veta minęła, państwo, jak się wydawało, nagle połączyła nić solidarności i chęci przebaczania (ja oczywiście wiedziałem, że to nic nie da). Jedni drugim podali rękę, drudzy pierwszych przytulali, ogólnie było wspaniale. Ale oczywiście nie na długo. Bo przecież nie można sobie pozwolić na pokój. Tak samo jak podczas pierwszej wojny światowej wiglijne zawieszenie broni nie spodobało się dowódcom, tak i tutaj ktoś musiał wystrzelić pierwszy i dalej reszta zaślepionych mogła rzucać mięsem.
Najciekawsze jest to, że większość naszej debaty publicznej zajmują kwestie osobiste lub obyczajowe. Kto zostanie kim, kto komu co powiedział, dlaczego tak, a nie inaczej spojrzał, lub, z drugiej opcji, kto i dlaczego nie jest za traktatem lizbońskim, czemu walczy się z krzyżem, dlaczego nie usuniemy Kościoła z życia publicznego. Bo oczywiście nie ma innych, istotniejszych spraw.
Chciałbym wrócić właśnie do tego okresu, gdy w mediach wiele mówiono o sprawach gospodarczych, o deficytach, budżecie, podwyżkach, bezrobociu. Tak, oczywiście, teraz też się o tym mówi, trzeba przyznać rację. Jednak teraz to są tylko puste slogany, nic nie wnoszące do dyskusji. Można by rzec, że to najnowsza wersja wcześniejszej zabawy w opluwanie i przekomarzanie. Wychodzi jakiś problem, dla pokazania światu i znudzonym ludziom, że rząd coś ma do zrobienia, że jeszcze nie zapomniał o obywatelach (mimo, że od ostatnich wyborów minął ledwo miesiąc). Ale to jest tylko kolejny powód do obrzucania błotem. Jedni pokrzyczą, drudzy poplują, a później, w atmosferze zmęczenia dziką zajadłą walką, sprawa ucichnie i poszukamy sobie kolejnego powodu na ustawkę, w międzyczasie rzucając okolicznościowe hasła o in vitro, aborcji, czy śledztwie smoleńskim i ruskich agentach.
Kto wie, może ktoś z nich ma powody, by zajmować się tego typu sprawami. U niektórych osób jest to całkowicie uzasadnione poprzez względy prywatne. Jednak, Szanowni Państwo, te sprawy nie powinny być wyciągane jako te z najwyższym priorytetem.
Każdy, kto dostaje się do rządzenia, idzie na stołek z radosną pieśnią o rozwoju i stabilizacji na ustach, jednak bardzo szybko okazuje się, że jego zdolności muzykalne to była jedna wielka mistyfikacja, bo w chwilę później gubi rytm, zaczyna fałszować, aż w końcu przestaje udawać, odsłaniając swoje prawdziwe oblicze.
Wówczas zachowuje się jak bezmyślny troll, któremu było nakazane pilnowanie wejścia do jaskini ze skarbami. Stwór ten jest na tyle głupi, że nie potrafi nic zdziałać z doglądanym majątkiem, jednak, niczym pies ogrodnika, nie dopuści nikogo, udając tylko czasami, że coś próbuje robić.
Szkoda tylko, że obecnie rzadko kiedy można usłyszeć rzetelne i poważne dyskusje na tematy nurtujące obywateli. Nie sądzę, by wszyscy chcieli, jak to powiedział jeden z bohaterów lipcowych ekscesów, „oddawać życie za krzyże”. Ludzie mają większe problemy od tego, czy krzyż jest czy nie jest postawiony pod pałacem.
Słychać zagrożenie drugą falą kryzysu, prognozowanym bankructwem kilku państw UE. Dodatkowo, jakby nie było, wielu obywateli zmaga się z problemem bezrobocia. Jednak, gdy politycy zajmują się sprawami dalszego rzędu, wręczając sobie co chwilę kwiaty, czy przecinając wstęgi na nowo otwartym dwudziestokilometrowym odcinku drogi, a o sprawach poważnych na poważnie od wielkiego dzwonu mówią tylko zaproszeni do studia eksperci, nic dziwnego, że frekwencja wyborcza w naszym kraju nie jest rewelacyjna.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)