Od jakiegoś czasu coraz częściej mam wrażenie, że niektóre notki na Salonie giną nie z powodu cenzury, nie z powodu „algorytmów”, ale przez zwykłą, ordynarną głupotę w komentarzach.
Nie mam tu na myśli ostrej, ideowej polemiki. Mam na myśli ludzi, którzy:
Nie czytają tekstu do końca, a czasem w ogóle go nie czytają, tylko rzucają na niego swój stały zestaw haseł.
Nie znają tematu, ale wypowiadają się jak nieomylni eksperci.
Zastępują argumenty bluzgiem, etykietkami i politycznymi obsesjami.
Za każdym razem wygląda to podobnie: jest tekst o mediach, technologii, wojnie, gospodarce – a pod spodem, po kilku minutach, zaczyna się chórek wiecznie tych samych „wojowników”, którzy widzą wszędzie tylko Tuska, Kaczyńskiego, Niemców, spiski administracji i własne krzywdy. Treść notki przestaje istnieć. Liczy się tylko to, żeby wykrzyczeć swoje.
Nie interesuje mnie, czy ktoś jest z miasta czy z prowincji, czy biedny, czy bogaty. Problem nie polega na pochodzeniu, tylko na fatalnym nawyku zabierania głosu bez czytania i bez myślenia. Na przekonaniu, że chamstwo i ignorancja to też „pogląd”, który trzeba uszanować.
Nie, nie trzeba.
Jeżeli ktoś wchodzi pod cudzy tekst tylko po to, żeby:
- wylać wiadro nienawiści,
- wkleić dziesiąty raz ten sam polityczny monolog,
- obrażać autora i innych komentujących,
– to nie jest „wolność słowa”. To jest rozwalanie rozmowy. To jest psucie Salonu.
Co z tym zrobić?
Nazwać problem po imieniu. Przestać udawać, że każdy bełkot to „ważny głos ludu”. Chamstwo pozostaje chamstwem, nawet jeśli udaje troskę o Polskę.
Przestać karmić trolli. Nie dyskutować z ludźmi, którzy ewidentnie nie przeczytali tekstu i lecą tylko po swoim zestawie haseł. Każda odpowiedź to dla nich paliwo.
Domagać się minimum standardów. Bez względu na poglądy: zero wyzwisk, zero życzeń przemocy, zero wiecznego kopiowania i wklejania swojego „manifestu” pod każdą notką.
Salon nie padnie od tego, że ktoś ma inne zdanie niż ja. Salon padnie wtedy, gdy większość uzna, że nie ma sensu nic tu pisać, bo pod każdą próbą merytorycznej rozmowy natychmiast wyrasta stado krzykaczy, dla których liczy się tylko to, żeby wszystko sprowadzić do własnej obsesji.
Ten tekst jest właśnie o nich. O ludziach, którzy, nie znając tematu, nie czytając uważnie, wchodzą i rozjeżdżają cudzą pracę swoim bełkotem. Jeśli ktoś poczuje się tym opisem dotknięty – być może powinien najpierw zapytać, dlaczego.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)