Marka Kondrata znałam właściwie z kilku ról, tych najbardziej znanych i kultowych, które docierały także do ludzi mieszkających poza Polską. Nie śledziłam jego całej kariery, bo trudno znać wszystkich aktorów wszystkich krajów, w których się nie mieszka. Tyle jednak wystarczyło, żebym zapamiętała go jako bardzo dobrego aktora, z ogromnym wyczuciem zarówno dramatu, jak i komedii. Dlatego historia jego rezygnacji z udziału w adaptacji książki Lejba Fogelmana "Warto żyć" rozczarowała mnie szczególnie. Im dłużej czytam kolejne wypowiedzi wokół tej sprawy, tym wyraźniej widzę w niej konformizm podszyty mechanizmem, który znamy aż za dobrze.
Sprawa zaczęła się publicznie 20 maja, kiedy e-teatr opublikował rozmowę z Markiem Kondratem przy okazji jego powrotu do Teatru Telewizji po prawie ćwierćwieczu. Kondrat opowiedział wtedy, że przez dłuższy czas rozmawiał z dyrektorem Teatru Telewizji Michałem Kotańskim o adaptacji "Warto żyć" i obiecał w niej wystąpić. Historia Fogelmana zainteresowała go między innymi ze względu na własną pamięć Marca 1968 i emigracji polskich Żydów. Potem nastąpił 7 października i wojna w Gazie. Kondrat stwierdził, że "polityka wzięła górę nad kulturą" oraz że przeszła mu ochota na dzieło z "jakimkolwiek narodem w tle". Z projektu Fogelmana się wycofał, a jako swoiste wypełnienie zobowiązania wobec Kotańskiego przyjął małą rolę Doktóra w "Królu Maciusiu Pierwszym". Dyrektor Teatru Telewizji zapowiedział, że w adaptacji książki Fogelmana wystąpi ktoś inny.
Według mnie – cały problem mieści się właściwie w jednym pytaniu: co takiego wydarzenia w Gazie zmieniły w historii Lejba Fogelmana?
Książka pozostała tą samą książką, a Fogelman pozostał tym samym człowiekiem. "Warto żyć" jest opowieścią o polskim Żydzie wypchniętym z kraju po Marcu 1968, który zrobił karierę prawniczą na Zachodzie, a po latach wrócił do Polski i brał udział w przemianach gospodarczych początku lat 90. Bliski Wschód zajmuje w tej historii miejsce marginalne. Zmieniła się tylko jedną rzecz – klimat wokół Izraela i cena towarzyska za zajmowanie się żywym Żydem. I najwyraźniej właśnie wtedy rola przestała być dla Kondrata wystarczająco atrakcyjna.
Pięć dni później odpowiedział mu Jacek Dobrowolski, poeta, pisarz i krytyk teatralny, który wcześniej recenzował książkę Fogelmana dla "Twórczości". Jego list Onet opublikował w całości. Dobrowolski znał więc materiał, którego Kondrat postanowił już nie grać, i właśnie z tej znajomości wyprowadził swoją ocenę. Przypomniał, że konflikt bliskowschodni praktycznie nie jest tematem "Warto żyć", po czym napisał gorzko: "Co za pech, że jest Żydem". Uznał, że przypisywanie Fogelmanowi związku z wojną w Gazie z racji jego żydowskości ma charakter antysemicki. Dobrowolski tak naprawdę zamknął sprawę jednym zdaniem. Cała reszta tłumaczenia Kondrata wygląda więc jak próba znalezienia eleganckiej nazwy dla starego i bardzo nieeleganckiego odruchu.
11 sierpnia głos zabrał sam Lejb Fogelman w obszernej rozmowie z Bartoszem Węglarczykiem. Przy okazji zwrócił uwagę na sformułowanie Kondrata, że "muzułmanie zaatakowali Izrael", podkreślając, że zaatakował Hamas. Potem przeszedł do własnej sprawy. Jego pytanie było brutalnie proste: skoro Kondrat po wojnie w Gazie zrezygnował z zagrania Fogelmana, jak inaczej odczytać tę decyzję niż jako rezygnację z grania Żyda? Przypomniał, że jego książka opowiada o człowieku wypędzonym z Polski w 1968 roku i później wracającym do tego kraju, a z Izraelem jako tematem ma bardzo niewiele wspólnego. Swoją ocenę zamknął określeniem "antysemityzm czystej wody".
Rozumiem tę reakcję doskonale. Fogelman przeżył już Polskę, w której państwo Izrael służyło jako poręczne narzędzie do rozliczania Żydów mieszkających nad Wisłą. Po ponad pół wieku jego własna historia znów zaczyna być oglądana przez szybę Bliskiego Wschodu. Trudno o bardziej ponure poczucie historycznego humoru.
15 sierpnia do sprawy odniósł się Daniel Olbrychski. Jego list jest ciekawszy, niż sugerowałoby proste określenie go obrońcą Kondrata. Olbrychski wyraźnie odrzucił ocenę Dobrowolskiego, że zachowanie Kondrata jest antysemickie, po czym przez sporą część tekstu robi wszystko, żeby tłumaczenie kolegi wystawić na pośmiewisko. Ironicznie zastanawia się, czy przy obecnym stosunku Kondrata do "narodów w tle" odrzuciłby również rolę w "Panu Tadeuszu", przywołuje hipotetyczną reakcję Andrzeja Wajdy, któremu "coś się naszemu Mareczkowi pokiełbasiło", a na końcu stwierdza, że Kondrat na starość chce mieć "święty spokój".
To moim zdaniem dość osobliwa konstrukcja. Bo oto problem ma wszystkie objawy, tylko nazwa okazuje się zbyt mocna. Antysemityzm – nie. Pokiełbasiło się – najwyraźniej już tak. Tłumaczenie jest absurdalne, święty spokój pachnie konformizmem, ale przed jednym słowem kolegę trzeba jednak osłonić. Można odnieść wrażenie, że największym kłopotem przestało być zachowanie Kondrata, a stała się etykieta.
Olbrychski wskazuje jeszcze na udział Kondrata w "Królu Maciusiu Pierwszym" według Janusza Korczaka jako argument przemawiający przeciwko zarzutowi antysemityzmu. Ten argument jest wręcz znakomity, tylko z zupełnie innego powodu, niż zapewne miał być. Informuję więc, że Korczak zginął w 1942 roku; wszyscy wiemy, że taki martwy Żyd jest dla kultury bezpieczny. Można go otaczać czcią, mówić o jego humanizmie i wzruszać się jego losem bez ryzyka, że jutro zabierze głos w sprawie Izraela albo popsuje komuś środowiskowy komfort. Jego żydowskość została już oswojona przez pomniki, rocznice i akademie. Stała się nobliwa, wzruszająca i przede wszystkim politycznie sterylna.
Fogelman ma tę kłopotliwą cechę, że żyje.
Ma własne poglądy, język i stosunek do Izraela. Może powiedzieć coś, co komuś nie pasuje. Może też nie wpisać się w aktualnie obowiązujący zestaw deklaracji. Z Żydem sprzed osiemdziesięciu lat można wejść na scenę bez większego ryzyka. Przy tym żywym Żydzie po 7 października nagle pojawia się "polityka". Polska kultura z martwymi Żydami radzi sobie zresztą znakomicie. Są pomniki, rocznice, wzruszenia i piękne słowa. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy Żyd schodzi z pomnika, siada przy stole i okazuje się, że ma własne zdanie o Izraelu.
W tym świetle "święty spokój" Olbrychskiego brzmi jeszcze ciekawiej. Święty spokój bywa po prostu elegancką nazwą dla konformizmu. Człowiek wyczuwa zmianę atmosfery, sprawdza, skąd wieje wiatr, i wybiera miejsce, w którym nic mu nie grozi. Wszystko odbywa się w dobrym tonie, bez wrzasków i bez ordynarnych słów. Wystarczy zniknąć w odpowiednim momencie.
Dlatego sprawa Kondrata interesuje mnie bardziej niż sam Kondrat. Widzę w niej fragment znacznie szerszego procesu, który po 7 października stał się dla wielu Żydów codziennością. Krytyka izraelskiej polityki coraz łatwiej przechodzi w traktowanie Żyda mieszkającego w Warszawie, Paryżu czy Nowym Jorku jak podręcznej reprezentacji państwa Izrael. Jego pochodzenie zaczyna wystarczać, żeby doprawić mu ogon cudzych decyzji, wojen i cudzej odpowiedzialności. Potem oczywiście zaczyna się wielka troska o to, żeby słowo "antysemityzm" przypadkiem nie padło zbyt szybko. To słowo ma najwyraźniej większą siłę rażenia niż sam mechanizm, który opisuje.
Dobrowolski nie miał tej potrzeby. Fogelman również.
A ja?
Ja patrzę przede wszystkim na to, co się wydarzyło. Kondrat zainteresował się historią polskiego Żyda wyrzuconego po Marcu 1968, obiecał tę historię zagrać, a po wybuchu wojny Izraela z Hamasem uznał żydowski "naród w tle" za element, którego wolał już nie dotykać. Dla mnie brzmi to jak tchórzostwo i konformizm korzystające z bardzo starego antysemickiego skojarzenia.
I jakaż to ponura ironia, że właśnie pamięć Marca 1968 miała początkowo przyciągnąć Kondrata do historii Fogelmana. Lekcja, która powinna była zostać zapamiętana, najwyraźniej wystarczyła do momentu, kiedy stała się niewygodna.
Spektakl ma powstać z innym aktorem. I to właściwie dobra nowina. Fogelman już raz przeżył Polskę, w której Żydowi wystawiano rachunek za Izrael. Myślę, że po ponad pół wieku naprawdę zasługuje na aktora, który zobaczy człowieka, zanim zobaczy w nim problem.
Anne Goldschmid
Źródła w komentarzu


Komentarze
Pokaż komentarze (41)