Wypowiedzi obu wspomnianych w tytule przedstawicieli grupy trzymającej władzę poznałem niemal jednocześnie i obie mnie poruszyły, choć w sposób zgoła odmienny; jak to u obecnej władzy bywa - albo za brzuch się trzymać ze śmiechu, albo wręcz odwrotnie - przygładzać włosy, bo stają z przerażenia dęba. Wiadomości satysfakcjonujących i uspokajających - takich np., że coś się buduje i że nie wchodzimy w żadne bezsensowne układy - jakoś brak. Pan Pietrykowski zalecał Ryszarda Petru jako ewentualnego członka rządu i argumentował to tak: Rysio doświadczył w polityce niejednego, był i na górze - i na dole, a to znaczy, że w politycznych bojach jest doświadczony; doświadczenia nabrał popełniając błędy - a wiadomo (przynajmniej Pietrykowskiemu), że człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach. Biorąc to na rozum - choć w odniesieniu do dokonań i wynurzeń Pietrykowskiego trąci to przesadą - rzecz wygląda tak: być na górze w partyjce z marginesu politycznego - to nie taki znów sukces, za to spaść w tej samej formacji na dół - to już kompletne dno. Za co tu chwalić?! A co do tezy, że najlepiej uczyć się na własnych błędach - to wydaje się ona, ostrożnie mówiąc, ryzykowna - bo wypadałoby przyjąć, że im więcej błędów człowiek popełni, tym więcej się nauczy. Do szkoły chodziłem dawno - ale pamiętam, że ci, co ciągle robili błędy, do następnej klasy przechodzili z trudem albo i wcale.
Dobra - dajmy spokój z rozbieraniem na części tego, o czym pouczył nas ten obywatel na P. - zwłaszcza, że już sam pomysł z Ryśkiem w rządzie - jaki by ten rząd nie był - brzmi zabawnie. Ale to, co wygłosił Sikorski - zabawne nie było. Ten minister krytykując Prezydenta za zamiar odebrania Prezydentowi Ukrainy wiadomego orderu przywołał to, co się wydarzyło w Smoleńsku, nie odmawiając sobie okraszenia tego łgarstwem dotyczącym rzekomej odpowiedzialności śp. Lecha Kaczyńskiego. Oburzenie, jakie się po tym podniosło jest zrozumiałe i uzasadnione, ale dotyczy głównie tego kłamliwego aspektu sprawy. Łgarstwo - łgarstwem; było ich w tej sprawie tak wiele, że to ostatnie w wykonaniu Radka - to nic niezwykłego. Ważniejsze jest to, w jakim celu Smoleńsk został teraz przywołany - bo przecież Zełeński i jego order z tamtą sprawą nie mają nic wspólnego; Prezydenta można było za chęć odebrania orderu skrytykować nawet nie obracając się w stronę tego nieszczęsnego lotniska, a jednak... Cel jest więc oczywisty i odczytanie go nie wymaga łączenia zbyt wielu kropek. Jeśli przełożyć na język prosty to, co wyartykułował Radek - to brzmi to z grubsza tak: - był taki prezydent, z którym nie było nam po drodze - i wiadomo, czym to się skończyło. I do tego przestroga: - Prezydencie, nie idź tą drogą!
Takich rzeczy nie mówi się ot, tak sobie - bez powodu i bez celu, a trzeba też pamiętać, że u władzy są obecnie ci sami co wtedy, kiedy w Smoleńsku ni z tego, ni z owego spadł samolot. Powiało grozą i wypada chyba powiedzieć to, co pewnemu Bośniakowi w "Szwejku" wydało się odpowiednie w sytuacji przerażającej: "Dobro doszli!" Rzecz tylko w tym, czy świadomość grozy tej sytuacji jest u nas powszechna lub choćby zauważalna; czy zdajemy sobie sprawę z tego, dokądśmy "doszli". Przygładzanie włosów stających z przerażenia dęba wiele tu nie pomoże.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)