(Ten wpis już figuruje na blogu pana Warzechy, ale ze spóźniłam sie mocno na ożywioną dyskusję, która sie tam rozwineła postanowiłam zamieścic go także indywidualnie )
Oczywiście, ze sukces to nie był, choć i nie porażka, pytanie dlaczego...
Zgadzam się z tym, że "odroczenie wyroku" z nadzieją na to, że przez 10 lat "wszystko sie może wydarzyć" nie było oszałamiającym sukcesem polskiej dyplomacji. Bardziej przypominało partyjne gry, które odbywają sie na codzień u nas w kraju, w których trzeba przyznać obaj Bracia sa naprawdę nieźli. Negocjacje na zasadzie "coś się w końcu wymyśli, by nie dostać całkiem w d..."
Nie jestem jednak pewna czy wiele można było jeszcze ugrać podczas samego szczytu. Dyplomacja na tym polega, że PRZYGOTOWUJE pewne posunięcia na wiele miesięcy wcześniej. Rzeczywiście polska propozycja ważenia głosów była bardzo dobra i najbardziej sprawiedliwa z proponowanych. Nie tylko dla Polski. By takie przekonanie wyrobić choć w niewielkiej, ale zanczącej części elit opiniotwórczych Zachodniej Europy, potrzeba było bardzo dużo dobrze koordynowanej pracy wielu ludzi i nieco więcej czasu. Wówczas nasza pozycja negocjacyjna u startu byłaby nieco (nie mówię znacznie ale przynajmniej nieco) lepsza. Następnie mozna było stworzyć kilka wariantów kompromisu, do których też w zależnosci od koncepcji negacjacyjnej trzeba było od dłuższego czasu przygotowywac wybrane państwa. Ale w tym celu trzeba by wogóle stworzyć aparat, który jest w stanie skutecznie oddziaływać zarówno na unijnych dyplomatów, jak i na unijną opinię publiczną. Niczego takiego nie mamy i nie zapowiada się by ktokolwiek do tego powołany zamierzał i był w stanie to stworzyć.
Mówiąc o szczycie, trzeba sobie zdawać sprawe, że to nie jest rozgrywka brydżowa kilkorga państwa, z których jedni sa zdolniejsi a inni głupsi, którzy ot tak sobie siedli do stolika na wczasach. W przypadku Angeli Merkel na jej sukces pracowała potężna machina na każde żądanie pani kanclerz gotowa podać odpowiednia broń - potrzebną na tym właśnie etapie walki. W naszym przypadku można było liczyc tylko na wiedzę i inteligencję "szerpów" oraz "wrodzony geniusz Prezydenta" wsparty jeszcze wybitniejszym geniuszem Brata.
Niestety polska dyplomacja nie działała tutaj spójnie, dlugofalowo i w sposób w pełni zaplanowany.
Zaś obrońcom pani Fotygi mam do poradzenia tylko jedno: posłuchajcie kiedyś jej dłuższego wystąpienia (może wam się uda w Sejmie - pomęczcie się troszke i spróbujcie) i dopiero po tym oceniając klarowność wywodu oraz jasnośc i trafność argumentacji wypowiedzcie się czy jest dobrym ministrem spraw zagranicznych. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, czy uważa się Geremka za dobrego ministra, albo czy za dobrego ministra uważa się Bratoszewskiego. Postawa Geremka zwłaszcza w ostatnim czasie bardzo mi sie nie podoba, ale to nijak sie ma do oceny talentów pani Fotygi.
Zeby prowadzic polityke zagraniczną trzeba mieć aparat, zaś obserwując polskie osiągnięcia w tej dziedzinie mam poczucie, że sternicy naszej państwowej nawy nie wiedzą do czego taki aparat właściwie ma służyc poza tym, że iluś gości musi wyjeżdżać na zagraniczne placówki, bo tak jest ogólnie przyjęte a i osobiście się im to opłaca. "Sternicy" chyba myslą, że ich własny spryt i przemyslenia wymienione z gronem trzech zaufanych, choć niekoniecznie kompetentnych współpracowników wystarczą. No bo przecież jak wiadomo, polityka to spotkania prezydenta z innymi prezydentami. Będzie dobrze prowadzona, gdy polska minister spraw zagranicznych na spotkaniu z innymi ministrami ani na jote nie wyjdzie poza "katechizm" usłyszany w Pałacu... A dalej już Najwyższy poprowadzi oraz wrodzona intuicja pzowoli coś "wykuglować". Bardzo proste ale nieprawdziwe.
Rzeczywiście "uratowaliśmy się" dzięki twardości i detrminacji Braci, ale przy tym "ugralismy za mało" ponieważ gramy, jak amatorzy.Sama twardośc i detrminacja nie wystarczą.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)