W kontekście kryzysu Uniwersytetu – tego w liczbie pojedynczej i tego w mnogiej pojawia się pytanie o miejsce filozofii i myśli w społeczeństwie.
Zatem gdzie jest jej miejsce, skoro nie jest już nim Uniwersytet? A jest tak z wielu powodów, zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, których tutaj nie będę poruszał bezpośrednio, choć i tak w trakcie wywodu będę się musiał do tego odnieść.
I
Nie ulega jednak wątpliwości, że na fali przyśpieszonej modernizacji, którą zafundował nam komunizm „wbito” tzw. nauki humanistyczne dokładnie w tę samą rolę, którą przyznano badaniom naukowym w naukach przyrodniczych i ścisłych. Dodajmy także, że mitem jest jakoby wszystko poza „humanistyką” dawało się tak łatwo przełożyć na zastosowanie społeczne i gospodarcze. Jak wiadomo bowiem, większość z nauk ścisłych jest czysto teoretyczna (nauki podstawowe) i za nim jej osiągnięcia ktoś gdzieś zastosuje mijają często dziesiątki lat. A jednak badania w ich zakresie się finansuje.
II
Pytanie jednak, czy i w ten – teoretyczny - model wpisują się humaniści? Moim zdaniem zdecydowanie - nie. Jeśli tego nie widać, to jedynie dlatego, że tzw. „humanistyka” ma skrajnie niejasny status i zakres. Zajmijmy się zatem także nimi. Co jest dziś zaliczane w poczet tzw. nauk humanistycznych?
a) nauki lituraturoznawcze
b) filologie
c) historia
d) socjologia
e) politologia
f) prawo
g) psychologia
h) ekonomia
i) filozofia
j) etnologia
k) kulturoznawstwa
Od razu zauważymy jak zróżnicowany jest ten katalog. Jeśli któraś z tych nauk cierpi na problemy strukturalne, to są to raczej różne problemy.
Trudno właściwie powiedzieć, żeby prawo i ekonomia cierpiały na jakieś problemy, a jeśli to jedynie akcydentalne związane ze złym zarządzaniem, bądź zachłannością na budżetowe pieniądze, które powodują przyjmowanie nieprzebranych rzesz kandydatów, lecz dobrzy absolwenci dobrych uniwersytetów nie mają żadnych problemów zawodowych ( jeśli, to jest to problem korporacyjny). Podobnie rola filologii jest wyjątkowo jasna, a także literaturoznawstwa, choć tu często trafiają się ludzie o dużych ambicjach, którzy nie są w stanie pracować w szkole. Czym jest socjologia – trudno powiedzieć, ale mogłaby kształcić dobrych dziennikarzy (z tym, że tę rolę wykonuje dziennikarstwo). Właściwie jak zauważymy większość z tych dziedzin (poza kulturoznawstwem) ma bardzo sprecyzowaną rolę i ich absolwenci wcale nie mają trudniej na rynku pracy niż np. geolodzy. Jeśli występują jakieś problemy to są one związane z:
a) Nieuczciwością wielu jednostek naukowych, które przyjmują zbyt wielu kandydatów, ponieważ idą za nimi ministerialne pieniądze, (np. Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ ma w tym momencie ponad 250 doktorantów, a stale zmniejsza nabory).
b) Nieumiejętnością zrozumienia, że ścieżka kariery „humanisty” jest inna niż niektórych inżynierów (choć tu, przecież jest także wiele problemów). Mówiąc inaczej, wachlarz możliwości jest odwrotnie proporcjonalny względem pewności zatrudnienia (która sama w sobie jest po PRL-owskim mitem).
Chodzi tylko o to, by zrozumieć niezwykle praktyczny charakter większości (jeśli nie całości nauk humanistycznych).
III
Generalnie największym problemem polskiego społeczeństwa jest zrozumienie najbanalniejszej rzeczy na świecie, która jest podstawą każdej ekonomii. By zarabiać pieniądze trzeba dawać społeczeństwu pewne realne dobro(kwestię lichwy pozostawiam na boku). A tak naprawdę „humaniści” (przynajmniej niektórzy) od kilku wieków dziczeją w postawie ogólnej pogardy dla społeczeństwa i zrozumienia jego realnych problemów, a tyczy się to zarówno tych z lewa jak i z prawa. „Kto kupi nasze badania?” – wykrzykują na różnych debatach. Sądzę, że badań tych nie kupi nikt, z dwóch powodów. I te powody są właściwą treścią tej notatki:
1. Społeczeństwo polskie jest skrajnie materialistyczne.I stan ten pogłębił, po epoce komunizmu, ideologii skrajnie materialistycznej, która właśnie wymyśliła takie dziwolągi jak „pracownik intelektualny” i „praca intelektualna” jeszcze drapieżny i brutalny kapitalizm przejawiający się w Polsce życiem na kredyt – często niezwykle wysoki, tylko po to, żeby wybudować sobie na przedmieściach dom z pustaków, a następnie kupić sobie wielkiego dżipa, który pali po 20 litów po mieście. Na rzeczy te jesteśmy w stanie wydawać „grube pieniądze”, ale jak ktoś spyta ile jesteś w stanie zapłacić za edukację swoich dzieci, to… ludzie są naprawdę oburzeni, ponieważ dla nich to jest rutyna… nie zaś żadne realne dobro.
Każde dziecko wie, że Polsce edukację trzeba poprostu "odwalić", ewnetualnie "zaliczyć", odfajkować... To co zatem kosztuje miliardy złotych jest ... przykrym obowiązkiem.
Dokładnie ta sama sytuacja występuje w służbie zdrowia… To zatem, co najważniejsze – warunek życia i warunek dobrego życia (nawet przecież dla materialistycznego społeczeństwa), ma być za darmo… Oczywiście, powie ktoś, nie za darmo, lecz z naszych podatków. Odpowiadam zatem, albo zatem podatki są za niskie, albo nikt ich nie płaci, ponieważ sfera budżetowa, względem innych grup społecznych, jest permanentnie niedoinwestowania, a jednak jakoś leczy i edukuje ludzi, choć powinna dawno zbankrutować. Być może to dopiero uzmysłowiłoby wielu, jak niewiarygodnie ekonomicznie chłonnymi dziedzinami są dwie przytoczne wyżej i jak ogromnej ilości nakładów pracy wymagają – zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Społeczeństwo takie powiązane z tym ciężarem wolałby dobrze wynagradzać swoich doskonałych lekarzy i doskonałych profesorów, niż wydawać krocie na zagraniczne niewiarygodnie energochłonne samochody i nieekonomiczne sposoby życia, które i tak za chwile będą przestarzałe. Ale ponieważ chory system utrzymuje go w błogiej nieświadomości, a często wręcz w niewiedzy może on swoje pieniądze wydawać na luksusowe dobra nie zaś na podstawowe. Jakby bowiem uświadomić obywatelowi, że za jego pieniądze (patrz: odebrane mu jego cięzkie nakłady pracy) wykształcony przez dwie dekady lekarz wyjeżdza sobie np. do Niemiec, które nawet eurocenta na niego nie wydały.
Po za tym (jest to zupełnie pomijany problem), przez fakt, że społeczeństwo nie wie ile te usługi kosztują, (1) nie cieszą się one prestiżem społecznym, co najbardziej uderza w nauki „humanistyczne”, ich bowiem być albo nie być polega na bezpośrednim kształtowaniu społeczeństwa poprzez rynek wydawniczy i „wychowanie”. A poza tym, co także niezwykle istotne (2) Społeczeństwo nie widzi żadnej wartości takich działań, bo nie wie "do czego one służą" i ile one kosztują. Gdyby dobra książka miała kosztować tyle ile jest warta, czyli powiedzmy (nie wchodząc w teorię wartości), tyle ile kosztowała nakładów pracy autora (np. dwa lata żmudnych badań) to kosztowałaby, nawet w sporym nakładzie (1000 egzemplarzy), 500 zł. I wtedy dopiero konsument/obywatel doceniał by ją i szanował. I, co ciekawe, książki sprzedawałaby się z księgarni, jak świeże bułeczki.
Ale jeśli dziś często doskonałe książki ukazują się w standardowym nakładzie 350 egzemplarzy i kosztują 30 zł (?), choć zmienią życie niejednego człowieka, to jakże jakikolwiek konsument/obywatel ma je szanować…
Wniosek jest prosty, „humaniści” są dziś głównym beneficjantem powszechnego zdziczenia społeczeństwa, które gardzi rozumem i tym, co intelektualne. Samo tego jednak nie wymyśliło, tylko podsunęli mu to wpływowi europejscy… humaniści.
2. Elity nie potrafią się kontaktować ze społeczeństwem, które niczym Frankenstein obróciło się przeciw swemu twórcy. Jeśli bowiem jeszcze 40 lat temu mogło kogoś bawić, że kibel może być porównany do doskonałych dzieł malarskich, to dziś już wcale elit humanistycznych nie bawi, że muszą konkurować z rozrywką, poradnikami odchudzania, czy publikacjami „100 pozycji seksualnych”. Miejscem bowiem ich życia od dawna bowiem nie są już media - zamienione w świątynie estetycznej rozrywki, a od niedawna także uniwersytety przekształcane w wyższe szkoły zawodowe.
IV
Jakie ma być antidotum na dzisiejszy stan rzeczy ?
Niezwykle proste… Wziąć się porządnie i zdecydowanie za edukację i kształcenie społeczeństwa i to nie jakiegoś abstrakcyjnego ludu, lecz ludzi i obywateli, którzy w dzisiejszej rzeczywistości są skrajnie zagubieni … I to jest fakt. Błąkają się między księżmi, spowiednikami, psychoanalitykami, szarlatanami, sektami, czy ideologiami i tysiącami innych substytutów normalnego życia…
Należy zatem stworzyć agorę XXI wieku, na której będzie można przywrócić dawny szacunek myśli poprzez kształtowanie duszy każdego człowieka. Taka agora w sensie technicznym już istnieje, wyręczono nas w tej kwestii, trzeba ją jedynie przejąć w sposób zdecydowany i bez żadnych kompleksów na nowo uczynić „republiką listów”…
Cdn…


Komentarze
Pokaż komentarze (1)