W dniu wczorajszym odbyła się polska premiera najnowszego filmu Stevena Spielberga - "Lincoln". Obsypana nominacjami, nagrodami, wychwalana przez amerykańskich krytyków produkcja (również ze względów na historyczną tematykę) wzbudza duże zainteresowanie na świecie, także i w Posce. Miałem to szczęście zapoznać się z dziełem i w kilku zdaniach zdam Państwu relację, swoją subiektywną opinię na jego temat.
Warto, czy nie warto?
Warto, i to nawet bardzo. "Lincoln" koncentruje się dokładnie na jednym temacie, jakim są zmagania prezydenta (wyjątkowy Daniel Day-Lewis) i jego najbliższych współpracowników z Izbą Reprezentantów, w celu uchwalenia XIII poprawki do konstytucji, traktującej o zniesieniu niewolnictwa. Wszystkim tym, którzy oczekują barwnego kina akcji, nagłych zwrotów, zaskoczeń, zmian miejsc, czy czasu - zawiodą się. To film wymagający maksymalnego skupienia, który głównie bazuje na dialogu, rozmowach, politycznych kulisach walki o wprowadzenie w życie wolnościowego prawa. To obraz wręcz idealny dla osób, którzy podobnie jak ja interesują się historią i polityką. Możemy odnaleźć w nim wiele pięknie wplecionych nawiązań do wydarzeń z krótkiej, mniej niż stuletniej dziejowej opowieści USA. Często padają w kontekście filmu zarzuty o nudę i patos. Nie nudziłem się, ani chwili. Być może to kwestia naszych kierunkowych upodobań, niektórzy pewnie wyszli by w połowie filmu, dla mnie jednak wydarzenia przedstawione były w fascynujący sposób. Natomiast patos jest charakterystyczny dla tego twórcy i wcale nie przeszkadza, a wręcz podnosi wartość artystyczną obrazu.
Spielberg wbrew pozorom nie kreuje 16 prezydenta Stanów Zjednoczonych na postać „świętą”, czy też pomnikową. Same działania podjęte przez głównego bohatera ku realizacji głównego celu, jakim było uchwalenie poprawki - mogą budzić wątpliwości. Przez całą fabułę zgrabnie kreśli jego obraz – niewątpliwego, ideowego i zdeterminowanego męża stanu. Choć oczywiście niekiedy nie pozbawionego wewnętrznego niepokoju, czy też wątpliwości jakoby wszystkie działania podjęte w trakcie prezydentury (chodzi oczywiście o wojnę secesyjną) były słuszne. Poznajemy Lincolna również w relacjach rodzinnych, trudnych w szczególności w kontaktach z żoną (wspaniała rola Sally Field), która nadal cierpi po utracie ukochanego syna Willy’ego, jak i pierworodnym, chcącym za wszelką cenę udać się na wojenny front. Oprócz tego prezydent jawi nam się jako ujmujący i ciepły w kontaktach z innymi, inteligentny, sprytny oraz stanowczy polityk, posiadający bezsprzeczny dar opowiadania. Wiele z przywoływanych przez niego w filmie anegdot pozostanie w pamięci widzów np. ta o portrecie Waszyngtona w brytyjskiej toalecie. Zaznajomieni wiedzą o czym mówię, resztę z Państwa zapraszam do obejrzenia filmu.
Na wielkie uznanie zasługuje odtwórca tytułowej roli - Daniel Day-Lewis, który stworzył niezwykle przekonującą kreację. Faktycznie stał się Lincolnem, politykiem, za którym po wyjściu z kina tęsknimy. Nie przyznanie mu Oscara w kategorii Najlepsza Pierwszoplanowa Rola Męska byłoby kompletnie nie zrozumiałe. W moim przekonaniu Lewis jest aktorskim pewniakiem, trzymam kciuki za pozostałych twórców filmu. Odtwórcy ról drugoplanowych nie ustępują mu na krok. Wspomniana Sally Field (żona prezydenta), a przede wszystkim Tommy Lee Jones również zasługują na spore uznanie. Jones zagrał przedstawiciela radykalnego skrzydła republikanów walczącego o zniesienie niewolnictwa i równouprawnienie od 30 lat. To nie przebierający w słowach, twardy, gruboskórny, a pod koniec jak się okazuje bardzo wrażliwy kongresmen. W trakcie jego przemówień nie sposób nie skojarzyć ich z ostatnimi wydarzeniami na polskim podwórku kiedy polityk wypowiadający się w słusznej sprawie posłużył się ostrzejszą retoryką i jest szykanowany od tygodnia.
Po obejrzeniu filmu „Django” byłem pewny przyznania nagrody Oscara Christopherowi Waltz’owi za nietuzinkową rolę dra Schultza. Niemniej jednak po obejrzeniu „Lincolna” uważam, że szanse Tommy’ego Lee Jonesa są wyrównane. Co do reszty. Obłędne zdjęcia J. Kamińskiego, piękna muzyka bezpośrednio nawiązująca do amerykańskich „niepodległościowych standardów”, świetne wnętrza, scenografia, bardzo dopracowane kostiumy. Historycznie bez zarzutów.
Do tego przede wszystkim ujmująco opowiedziana historia USA, historia kiełkującej amerykańskiej wolności.
Mam nadzieję, że film będzie tryumfował na zbliżającej się wielkimi krokami gali Oscarów, mówiąc kolokwialnie zgarnie nagrody we wszystkich kluczowych kategoriach w tym dla najlepszego filmu oczywiście.
Spielberg stworzył prawdziwe patriotyczne, dumne, artystyczne kino i wielkie brawa za to. "Lincoln" już dołączył do elitarnego grona moich ulubionych obrazów, do którego z całą pewnością będę niejednokrotnie wracał.
Państwu ogromnie polecam i zapraszam do kina.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)