
Mimo powszechnego przygnębienia spowodowanego epidemią zarazy COVID-19 dla wielu ludzi jest zjawiskiem odwrotnym, czyli towarzyskiego ożywienia częstszymi niż normalnie kontaktami z członkami rodziny.
W „moim saloniku prasowym” /sklepik Ruchu/ zdarzają się pogawędki ciekawie oddające stosunki rodzinne emerytów, których dorosłe dzieci „odciążone” z dyscypliny rannego chodzenia do pracy zastępowanej teraz tzw. pracą z oddalenia /online/ dużo częściej odwiedzają rodziców niż normalnie.
Z zaciekawieniem wysłuchałem „kolegę emeryta” opowiadającego barwnie jak jest mu teraz miło widywać się codziennie z rodziną syna nieopodal mieszkających i codziennie odwiedzających „dziadków” z mądrymi radami i pouczeniami o konieczności podporządkowani się pandemicznej dyscyplinie ludzi o podwyższonym ryzyku zachorowalności /czyli dziadków/ na to „paskudztwo”.
Mój rozmówca – wyraźnie zadowolony „z podłapania” słuchacza” perorował z emfazą. No bo wie pan, mój syn i synowa są architektami, roboty mają ful no i „siana” niemało. Oni, proszę pana, każde wakacje spędzają za granicą, a jak wracają, to tak śmiesznie o tym mówią, że boki zrywać. Wie Pan, ja zawsze wiem o czym będą opowiadać, bo ciągle „ta sama płyta”. A to, że hotel luksus, a to, że jedzenie super, a to, że przy hotelu luksusowy basen z którego widać morze, a to, że co wieczór tańce przy orkiestrze „na żywo”, no i że wodzirej bawi gości, i takie tam. Panie, oni nigdy nie mówią jak ludzie żyją tam gdzie oni byli, no i w ogóle jak tam jest. Wie Pan, że my z żona zawsze sprawdzamy w Internecie gdzie oni byli i dopiero z Internetu wiemy, co to za miejsce i jacy tam są ludzie. Śmiejemy się, że przecież taki hotel mogli by znaleźć w Polsce, albo w Czechach? No ale wie Pan im to chyba nie wypada bywać tam gdzie nasza córka, która z rodziną zawsze urlop spędza w Polsce. Może dlatego synowa z córką się nie lubią. Panie, żal patrzeć jak sobie przygadują. Córka ma ogrodnictwo więc synowa ją trochę traktuje z góry, a ta – wie pan – nie jest jej dłużna, więc zawsze rozchodzą się skwaszone. Szkoda, bo przecież mogli by sobie razem „powczasować” przy grillu, no nie?
A pana rodzina? Spytał po pauzie. Ja jestem z natury mniej wylewny, więc zbyłem go, że u nas podobnie.
Więc kontynuował opowieść krytyką swoich wnucząt. Panie, niedługo to im nosy przyrosną do tych ich telefonów. Choć się we mnie krew gotuje, ale nic nie mówię. Kiedyś, wie Pan, zwróciłem wnuczce uwagę, to mnie syn „opitolił”, że nie mam tego robić, bo wnuczka bardzo wrażliwa i mocno przeżywała moje uwagi. Słyszał Pan coś takiego? Ona mocno przeżywała? Powiedz pan, a czemu mnie nikt nie pyta jak ja znoszę te zachowania wnucząt? Takie czasy – skonkludował. Na koniec podsumował naszą (?) rozmowę krótko: nas panie za młodu nie rozpieszczali, trzeba było rodzicom pomagać , bo się nie przelewało. Wie pan co ja o tych młodych myślę, że im się z dobrobytu w głowie poprzewracało. Myśli Pan, że ta pandemia pozwoli im zrozumieć, ile tracą zapominając o bardziej ścisłych rodzinnych więzach?
Żegnając się łokciami, powiedziałem mojemu rozmówcy, że na pewno po „tym wszystkim” młodzi zmienią swój stosunek do nas starych, bo chyba zrozumieli jak kruche są w kontekście śmiertelnej zarazy te ich zabiegi o wysoki standard życia rozumiany przez nich jako owe zagraniczne wojaże i napawanie się hotelowymi luksusami.
No to chociaż taki pożytek będzie z tego „wirusa” powiedział mój emerycki druh i poszliśmy każdy w swoją stronę.
Dopiero przed swoim domem złapałem się na myśli, że życzenia przekazane mojemu rozmówcy przy pożegnaniu, to chyba bardziej były moimi „pobożnymi życzeniami” niż twardym przekonaniem że się sprawdzą.
A może jestem niedowiarkiem? To byłoby na pewno lepsze!



Komentarze
Pokaż komentarze (3)