1090. Shakeapeare na deskach /dla Jarosław Domin, Darek Sikorski, Łukasz Matecki/
Byłem na „Wszystkich sztukach Szekspira”, w skrócie. No wiecie, jak spektakl trwa 1,5 godziny, skrót musi być. Logiczne. Aktorzy z Warszawki, gościnnie /nasi grają to w Szczecinie od sześciu lat nieprzerwanie/, Polish Skakespeare Company. Limited, czyli oo, jak mniemam. Połączenie sztuki z biznesem. I to udane. Nie tak jak połączenie polityki, czyli kryminałka. No i zagrali. Nie powiem, świetnie. Trup siał się gęsto. Były oczywiście drobne gafy, jak choćby na początku, kiedy przy czytaniu życiorysu Shakespeare’a aktor omyłkowo odczytał fragment życiorysu Hitlera, ale powiedzmy sobie szczerze, nie była to do końca taka gafa, jako że wiedza przeciętnego obywatela o Shakespearze jest z reguły mierna lub żadna, tak że na dobrą sprawę mało kto to zauważył i mało kto się połapał. Ale najlepsze miało być dopiero na końcu. Jak to zwykle bowiem bywa, coś tam przeoczyli. I to ważnego. Sztukę znaczy. I pytają co. Od razu mnie olśniło, a że siedziałem blisko, w drugim rzędzie, od razu krzyczę: Omlet! Jak?-pyta aktor. No –Omlet-, czy jakoś tak. No i okazuje się że prawie trafiłem. Bo było - Hamlet. Nie o, tylko ha. Drobiazg. Ale, skąd to mi się wzięło? Ano bo właśnie było cóś takiego, sztuka też, a w niej bokser Omlet, zwany tak z racji swej nalanej, kluchowatej postury, który przegrywał jednak większość walk, jako że po wyjściu na ring, jak widział mniejszego nieszczęśnika przed sobą, zawsze miał dylemat moralny, – bić albo nie bić, przez co dostawał strzała na brodę i zalegał na deskach na dłużej niż 10 sekund. Tak że widzicie, trafiałem dobrze, bo ten tam, tak zwany Hamlet, też gadał coś podobnego. Ale nie o to chodzi. Jak zaczęli warszawiacy gadać, że oni nas polubili i w związku z tym zagrają nam jeszcze raz skróconą wersję Hamleta, w przewidywaniu najgorszego, krzyknąłem odruchowo: tylko nie to! Na co aktor prowadzący zareagował dezaprobatycznie, rzucając we mnie trzymaną w ręku czaszką. Tylko że, wiecie, człowiek rzuca, Pan Bóg kule nosi. Bo trafił w dziewczynę siedzącą przede mną w pierwszym rzędzie. Zatem już więcej nie oponowałem, jako że mieli również szpady i florety. Rety! No i zagrali tę skróconą wersję jeszcze trzy razy! I wiecie co? Okazuje się że Shakespeare może być czytelny do bólu. Dla wszystkich! Kto nie zrozumiał poprzednich rozszerzonych wersji, ten teraz nie miał żadnego problemu. W poprzednich wersjach były bach-bach, ciosy floretów i wszyscy padali, a teraz tylko padali. Skrót uniwersalny. Super. Nie ma się do czego przyczepić. A, przy czytaniu życiorysu nie podano daty daty śmierci Shakespeara. Celowo. Aktorzy chcieli nam pewnie przekazać w taki sposób, że Shakespeare jest wieczny i żyje. Jeżeli ktoś tu ma wątpliwości, proszę przyjąć, iż, jest to niepodważalny dogmat.
I tą optymistyczną dla Sztuki puentą kończę dzisiejszy foolieton.
17.10.10


Komentarze
Pokaż komentarze