- Wiesz, że w trakcie 11 kolejki Ekstraklasy padł rekord frekwencji, który wyniósł 83 tysiące widzów?
- Słyszałem. Piękny wynik.
- Hm. W Anglii blisko trzy razy więcej ludzi przychodzi na II Ligę.
- No tak, ale oni grają w jednej kolejce 12 meczów, a my 8.
- Niewiele to zmienia. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko osiem stadionów, to i tak frekwencja wyniesie dwa razy tyle, co u nas w Ekstraklasie.
- To jest manipulacja. Wziąłeś sobie osiem stadionów z największą frekwencją.
- Przy ośmiu z najsłabszą i tak wypadają lepiej.
- ... (wielokropek pisany kursywą – przyp. autor)
- Co więcej, na III Ligę Angielską też przychodzi więcej ludzi.
- Tam też grają 12 meczów.
- Jeśli weźmiemy osiem spotkań z najlepszą frekwencją, to wciąż wypadają lepiej
- A jak weźmiemy osiem z najsłabszą?
- Wtedy my jesteśmy lepsi.
- Ha!
Ten dialog odbył się naprawdę. Miał miejsce w mojej głowie, mniej więcej 4 minuty temu. Adwersarzem był Urojony Entuzjasta Frekwencji (UEF) na polskich stadionach. Ostatecznie, poczuł się zwycięzcą w dyskusji. To już się w głowie nie mieści, więc musiałem przelać to na papier. A skoro już zacząłem – brnę dalej.
Budujemy stadiony – piękne, komfortowe, kryte, wolne od kolejek, chroniące od wiatru i deszczu. I dobrej piłki. To ostatnie wydaje się jednak być najmniej istotne, zarówno dla budowniczych, jak i dla UEFa. Się zbuduje, się zapełni. A zapełniać będzie co, zwłaszcza w przypadku stadionów budowanych w związku z EURO 2012.
W Poznaniu już się wybudowali. Co więcej, przyjmowali u siebie gości z Europy. I to jak! To, co zrobili w czasie meczu z Manchesterem City, wyglądało jak istota dopingu, która właśnie postanowiła się objawić i to w 40 tysiącach egzemplarzy. Kibice Kolejorza tak Anglikom zaimponowali, w fani City do dziś na meczach swojego zespołu śpiewają: „Let's all do the Poznan”.
Śpiewając, mają pewnie przed oczami pełen stadion przy Bułgarskiej. Tymczasem, o ile w europejskich pucharach obiekt pękał w szwach, o tyle w trakcie rekordowej kolejki Ekstraklasy było na nim ledwie 23 tysiące widzów. To mniej, niż przychodzi na, nie przymierzając, trzecioligowy Southampton.
A co tam we Wrocławiu? Póki co, Śląsk gra przy Oporowskiej, gdzie przychodzi komplet – 8000 widzów. Że komplet, to fajnie, ale w Anglii więcej osób przychodzi na trzecią ligę. Mówimy tu o meczach takich potęg, jak Milton Keynes Dons czy Plymouth Argyle. W zasadzie to więcej ludzi, niż na Śląsk, przychodzi na Bradford, który obecnie zajmuje miejsce w dolnej połówce tabeli IV Ligi.
Nowy obiekt na Maślicach cieszy się zapewne, spoglądając na frekwencję przy Oporowskiej, a także przy Bułgarskiej – wszystko wskazuje na to, że będzie mógł wdzięczyć się w spokoju, z dumą prezentując nader efektowne krzesełka.
Pisząc to wszystko, martwię się nieco o UEFa – mocnym argumentem można wyrządzić sporo krzywdy urojonemu adwersarzowi. Ten jest jednak wyjątkowo odporny, choć zaczyna coś przebąkiwać, że w zasadzie to, co stanie się po EURO, jego szczególnie nie obchodzi. I jeszcze, że nie wolno ruszać PZPNu.
No więc, spokojny o kondycję UEFa, ruszam w podróż do Gdańska. Tam stadion w trakcie rekordowej kolejki zapełnił się w 66%. W angielskiej Premiership równie słaby wynik notuje jedynie Wigan Athletic. Tyle tylko, że na stadion przychodzi nie 7800, a 16 000 widzów, zaś sama mieścina jest od Gdańska ponad pięć razy mniejsza.
Z czego to wszystko wynika? Zakładam, że nie z braku zainteresowania piłką. Patrząc na ilość osób śledzących telewizyjne transmisje czy na pełne trybuny przy Bułgarskiej w czasie meczów Ligi Europejskiej, nie mam wątpliwości, że my wciąż tę grę kochamy.
Nie interesujemy się natomiast tą specyficzną dyscypliną, którą jest Polska Piłka Nożna. Jej zasady nie zostały nigdy do końca spisane, choć stara się to usilnie od lat zrobić Prokuratura Rejonowa we Wrocławiu. Najkrócej rzecz ujmując – Polska Piłka Nożna jest to rodzaj gry, podobnej do futbolu pozbawionego wszelkich walorów estetycznych, w której zawodnikom wystarcza sił na rozegranie mniej więcej połowy meczu, którego wynik i tak został ustalony jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Wyobraźcie sobie przeraźliwie brzydki i okrutnie śmierdzący kwiatek, który zaczyna więdnąć mniej więcej w połowie rozkwitu i, w dodatku, zupełnie Was tym nie zaskakuje. Kwiatek taki cieszyłby się raczej wątłą popularnością. Może jednak jest w tym jakaś logika? Trochę wstyd mieć taką roślinkę w ogródku, więc może już lepiej zasadzić ją w jakimś wielkim parku?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)