
Polska szkoła uczy głównie praktyki życia i trochę wiedzy teoretycznej. Reforma oświaty powinna polegać głównie na dofinansowaniu, wszystko bez tego to działania pozorowane, których skutkiem będize albo będzie bałagan, albo zepsucie tego co jest dobre. Lepiej już przeznaczyć te pieniądze na szpitale
Jerzy Marcinkowski przytoczył swoją wypowiedź z debaty o polskiej oświacie (dlaczego nie ma w Polsce innowacji). Marcinkowski porównuje oświatę polską i brytyjską jako naukę chodzenia po górach. Brytyjczycy zafundowaliby uczniom wycieczkę na skałkę, jedną czy kilka, po treningu dopiero wzięliby ich na prawdziwą, trudna górę, by zobaczyły co znaczy. Polski nauczyciel natomiast puszczałby slajdy albo dał do nauczenia tabelkę z 2000 szcztów do nauczenia na pamięć.
http://co-wtorek.salon24.pl/389433.html
Z tekstu można wyczytać następującą tezę: w brytyjskiej szkole praktyki życia uczą praktycy, w polskiej teoretycy teorii i to nawet nie życia ale zagadnień czysto teoretycznych, na uniwersytecką modłę.
Nie zgadzam się z taką tezą główną, ale zgadzam się z poboczną, czyli: rzeczywiście tak wyglądałyby lekcje geografii (w ogóle lekcje) w polskiej szkole państwowej, ale główną wartością tej szkoły nie jest teoria i treści, lecz to, że przygotowuje ona młodzież do życia w jego praktycznym aspekcie. No bo co sie stanie, gdy tabelki zostaną odczytane, a slajdy wyświetlone? Ano pytanie i klasówki. Teraz ci zdolni zaczną sie uczyć i poznaja zkres swoich możliwości, że dotąd mogą a dalej już nie. Najzdolniejsi będą się mogli rozwinąć i być jeszcze mądrzejszymi. A reszta? Zacznie kombinować, jak tu ściągnąć, jak obejść, nie zjawić sie na klasówce, może podlizać sie nauczycielowi, może próbować zastraszyć, być może nauczą sie w praktyce korzystać z nowoczesnych technologii przy ściąganiu. Nauczą się z kim się warto zakumplować i w jaki sposób, co trzeba dać, komu i jak, by dostać to czego sie chce (na przykład wymieniać znaczki z prymusem, albo zagrozić, że jak nie podpowie to dostanie w twarz). Nauczą sie, ze nie ma sprawiedliwości ot tak, że często trzeba do niej dochodzić różnym środkami i z różnej strony. Dowiedzą sie czym jest triumf, zawiść, nienawiść, walka, porażka, hipokryzja, uczciwość. Nauczą sie czytać ludzi, dowiedzą sie, że z jednym nauczycielem można tak z drugim inaczej. Będą przez to bardziej wszechstronni i innowacyjni właśnie.
Efekty widać w praktyce. Rzeczywiście ludzie z zachodu są bardzo schematyczni, pracownik musi mieć instrukcję, jeśli coś nie jest w niej uwzględnione czeka na szefa. Polak odwrotnie, zwykle najpierw robi potem czyta instrukcję. Jeśli napotka problem próbuje go rozwiązać z różnymi sposobami. Jeden Polak może zrobić tyle, co kilku Brytyjczyków. (Np. elektryk, glazurnik, hydraulik). Dlaczego na zachodzie Polacy są cenionymi fachowcami? Bo pracują tanio i solidnie.
Co stałoby sie, gdyby polska klasa poszła w góry i zobaczyła przed sobą trudny szczyt do zdobycia? Po pierwsze mądry nauczyciel wogóle nie zgodziłby się by do czegoś takiego doszło, bo nie daj Bóg, zdarzy się jakiś wypadek, to on będzie pierwszym, który oberwie w skórę. Gdyby jednak do wyprawy doszło, to cóż, pewnie klasa rozbiłaby się na grupki, zobaczylibyśmy dziewczyny pomykające w szpileczkach, chłopców w trampkach czy w pantofelkach, (wcześniejsze zalecenia i tak wykonywane są tylko w części), objawy i koleżeństwa, i schaden freunde, odwagi i samozaparcia ale i tchórzostwa. Nauczyciele na jednych by krzyczeli innych przytulali, część osób musiałoby wrócić, ale pewnie część doszłaby przed Brytyjczykami.
Która szkoła lepiej przygotowuje do życia polska czy brytyjska, która jest bardziej praktyczna? Niech każdy odpowie samemu sobie co jest w dzisiejszej Polsce ważniejsze. Z jednej strony umiejętność zakombinowania, wiedza kogo i jak można podejść, komu się można postawić, a komu lepiej nie podskakiwać oraz oczywiście przekonanie, że prawo pisane prawem pisanym a jak się człowiek z człowiekiem dogada to się dogada (ciekaw jestem jaki procent uczniów wogóle wie, że istnieje statut szkoły i wewnątrzszkolny system oceniania, nie pytam już o główne tezy). Z drugiej zaś strony zaufanie do władz, autorytetów, w miarę jednolite postępowanie w określonych sytuacjach, znajomość od strony praktycznej wielu życiowych sytuacji.
Osobiście, bliższy sercu jest mi wariant brytyjski, sądzę jednak, że wprowadzając go teraz zrobilibyśmy młodzieży krzywdę, ponieważ mołaby mieć ona w realu poważne trudności (chyba, że rodzina i znajomi dadzą jej właściwą szkołę).
Ostatnia kwestia. Pan Marcinkowski wspomniał o debatach o programach nauczania. Osobiście ciekaw jestem ilu nauczycieli zmienia treści, których naucza wraz ze zmianą programów nauczania (nie chodzi mi tu o tematy wpisywane w dzienniku).
Jeśli ktoś chce zmieniać oświatę to nie od programów trzeba zacząć, w programach najważniejsza jest siatka godzin i wymagania na egzaminach. Wróćmy do przykładu z nauką o górach. Angielski nauczyciel skałki i tak dużo lekcji, że każdy uczeń może na takiej górce spróbować swoich możliwości. Czym dysponuje polski nauczyciel? Godziną geografii tygodniowo oraz pensją która uniemożliwia wyjazd w góry. Cóż więc może zrobić na tej jednej lekcji z klasą liczącą 25-30 osób?
Jeśli ktoś chce zreformować polską oświatę to musi zacząć od finansów i to przeznaczonych na pensje dla nauczycieli (powiedzmy też od razu, że podwyżka 2x po 50 zł jaką zaproponował rząd Tuska nie jest żadną podwyżką, tak samo jak ze złotych 700 na 1000). Tak już jest ten świat urządzony, że aby myśleć o innych to człowiek musi najpierw coś zjeść, ubrać się i mieć gdzie mieszkać. Aby w ogóle myśleć o programie nauczania nauczyciel musi się czuć bezpiecznie i stabilnie. Aby zmienić treści i metody nauczania trzeba je przede wszystkim poznać, by poznać trzeba mieć czas, by mieć czas trzeba mieć pieniądze (niewiele zmienią tu parogodzinne kursy czy przymusowe rady pedagogiczne).
Nauczyciel musi podróżować, być w wielu różnych sytuacjach, umieć spoglądać z różnorodnych perspektyw, znać aktualne problemy, przewidywać co przyniesie przyszłość, umieć wyciągać wnioski z przeszłości. To wszystko kosztuje. Nawet jeśli szkoła ma nowoczesne środki metodyczne nauczyciel musi umieć z nich korzystać, czyli również je posiadać, przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli ten podstawowy warunek nie zostanie spełniony to cóż da reforma programowa? Będzie międlić już przemiędlone. Ciekaw jestem ilu praktyków w ogóle zwróci uwagę na jakieś zmiany. Aby nie było, że to tylko moje widzimisię przytaczam dane o zarobkach nauczycieli w Warszawie, Pradze i Dublinie w przeliczeniu na siłę nabywczą (dane Komisji Europejskiej drukowane przez GazWyb). Polski nauczyciel może nabyć dobra za 7 tys. dol. Tych samych dóbr nauczyciel czeski może kupić o 5,7 tys. dolarów więcej a irlandzki o 43,4 tys.
(Link do artykułu niżej, można też wpisać w google „dola polskiego nauczyciela”)
http://wyborcza.pl/1,75478,5863610,Dola_polskiego_nauczyciela.html
Moim zdaniem jeżeli nie zwiększy się znacząco wydatków na oświatę, w tym głównie na pensje nauczycieli to w ogóle nie ma sensu mówić o jakiejkolwiek reformie. Najwyżej zepsuje się stare, które funkcjonuje, a nowe nie przyjdzie. Lepiej już tę kasę przeznaczyć na coś pożytecznego na przykład na szpitale, domy dziecka itp.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)