W niezłym, choć nieco przydługim tekście,
AJ EM PECET dzieli się z nami efektami zapisania na twardym dysku książki W. Łysiaka "Rzeczpospolita kłamców - Salon" oraz wrzucenia w opcję "wyszukaj" (menu Start/wyszukaj) słów używanych przez osoby piszące w S24.
Jak łatwo się domyślić, ten ciekawy pomysł trudno jednak nazwać analizą. Przypomniał mi się fragment którejś części „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa, w którym mędrcy zadali Wielkiemu Komputerowi pytanie o sens wszystkiego i po czterdziestu latach otrzymali odpowiedź w rodzaju: „27”. Spróbuję więc rzecz nieco uporządkować. PECET pisze:
Książkę „Rzeczpospolita Kłamców” Waldemara Łysiaka odkryłem online i przestudiowałem całkiem niedawno. (...) Otóż z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że sporą część tego tekstu, niby po raz pierwszy odczytywanego, znam już w zasadzie doskonale. Z większością określeń i epitetów, przez autora wymyślonych lub tylko spopularyzowanych ( np. „różowy Salon”, „pożyteczni idioci” ) spotkałem się w licznych postach i komentarzach na tutejszym forum. (...) Oto jednak identyczne opinie i sądy- ten sam sposób postrzegania polskiej rzeczywistości - widzę w co drugim artykule. Tę samą galerię postaci odpowiedzialnych za upadek polskiej inteligencji (tę, ujawnioną przez Łysiaka „salonową” klientelę) co i rusz jakiś nowy demaskator jednym tchem wymienia. Całe akapity na potwierdzenie niby własnych tez z Łysiaka przepisuje. A i samego mistrza ostrością ocen, celnością epitetów i bezwzględnością sądów przewyższyć się stara. Okazuje się, że znaczna część pisujących na Niezależnym Forum Publicystów nie tylko Łysiakiem pisze, ale Łysiakiem myśli, a nawet Łysiakiem czuje. Czyż nie jest zwykłą ironią losu, że zapiekły antysalonowiec walczący ze „świętym guru” – Michnikiem, wokół to którego „Salon” się skupił i okopał - sam na innym „całodobowym Salonie” na „świętego guru” wybrany został?
Wprawdzie trochę trudno dyskutować z kimś, kto z całej palety antykomunistycznej publicystyki książkę Łysiaka odkrył "niedawno" (od razu śpieszę z informacją, że - o ile pamiętam - Łysiak nie pisał tego wyrazu w cudzysłowie), a część literatury wciąż czeka na wprowadzenie do bazy danych. A przecież wystarczy połączyć się z siecią, wstukać w google „pożyteczni idioci”, otworzyć pierwszy link, by przeczytać:
Pożyteczni idioci (pożyteczny idiota,ros. polieznyj idiot) – pejoratywne określenie przypisywane Leninowi, który tak rzekomo określał zachodnich dziennikarzy piszących entuzjastycznie oRewolucji Bolszewickiej i ukrywających jej niepowodzenia. Nie istnieją jednak żadne konkretne źródła poświadczające takie wypowiedzi Lenina. Po drugiej wojnie światowej określenie zostało przejęte przez antykomunistów - przede wszystkim amerykańskich - do określania swoich przeciwników politycznych o nastawieniu liberalnym, organizacji lewicowych i pacyfistycznych.(...) W 1933 roku, podczas nasilenia Wielkiego Głodu na Ukrainie sympatyzujący z komunistami korespondent New York Timesa, Walter Duranty, pisał wszelkie opowieści o wielkim głodzie są przesadą lub złośliwą propagandą (za te reportaże Duranty dostał później Nagrodę Pulitzera). W podobnym tonie wypowiadali się George Bernard Shaw, Sidney Webb, Beatrice Webb, Harold Laski, Jean-Paul Sartre i inni zachodni intelektualiści. Sartre krytykował m.in. Referat Chruszczowa, argumentując, że każdy kto informuje o terrorze i istnieniu obozów pracy przymusowej (GUŁag) w ZSRR „odbiera nadzieję robotnikom z Rambouillet”. (Wikipedia)
Wystarczy przypomnieć sobie zachowania i działania socjal-liberalnej części dawnej opozycji po '89, by stwierdzić adekwatność tego określenia do tych jej przedstawicieli, którzy działali w dobrej wierze. Bo byli również tacy, którzy działali w złej.
Podobnie z poglądem, że redaktorzy Sakiewicz, czy Michalkiewicz „przemilczają” Łysiaka. Świadczy on raczej o braku danych w komputerze, niż o faktach, których mają dotyczyć. Za mało lektury, proszę PECETA. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest tu „Michnikowszczyzna” Ziemkiewicza. Za przemilczenie siebie w tym tekście Łysiak się wściekł i z uporem godnym lepszej sprawy zawracał tym głowę czytelnikom „Gazety Polskiej” przez kilka tygodni.
W tym miejscu dochodzimy do sedna. Łysiak wciąż jest ceniony przez prawicowych publicystów, jednak staje się anachroniczny. Wielu czytelników (w tym ja) z sentymentem wspomina jego pamflety na „salon” z pierwszej połowy lat '90-tych. Jednak świat poszedł do przodu, a Łysiak nie dość, że został ze sposobem myślenia i pisania sprzed ponad dekady, wciąż się powołuje na własne publikacje, dowodząc, że miał rację.
Czy ta postawa kogoś nie przypomina? Gdyby autor świetnej powieści „Statek” miał tyle kasy, żeby pozywać każdego publicystę, który się o nim krytycznie wypowie... Podobieństwo byłoby uderzające, jednak polega zupełnie na czymś innym, niż opisane przez PECETA.
Pisząc z przymrużeniem oka, III RP odchodzi powoli, jak III Era Śródziemia we „Władcy Pierścieni”. Sauron został zniszczony, źli ludzie chronieni mocą Sarumana wreszcie powoli są wyłapywani, a Smoczy Język ma coraz więcej problemów z wymiarem sprawiedliwości. Skończył się czas – dobrych i złych – czarodziejów, nastała Era Ludzi. Wolny rynek medialny. Z dowolną liczbą "salonów".
PS Na początku funkcjonowania S24, podobną „operację” przeprowadzano z R. Ziemkiewiczem. Przypominam swój komentarz. Niestety, jak widać, ostatni akapit Łysiaka nie dotyczy. To jednak jedyna różnica, jeżeli chodzi o rolę autora w pisaninie jego czytelników.
Inne tematy w dziale Polityka