Wojciech Eichelberger w wywiadzie dla "Przekroju" przeprowadzonym przez Piotra Najsztuba prezentuje ciekawą "diagnozę" polityków i wyborców PiS. Ponieważ od dłuższego czasu interesuję się dynamiką postaw światopoglądowych, z zainteresowaniem przeczytałem, co jeden z najbardziej znanych polskich psychoterapetów proponuje, jako opis sytuacji... no własnie trudno stwierdzić jakiej. "Psycho-politycznej"? Niech będzie. Poniżej cytuję obszerne cytaty, bo przekonałem się, że wiele osób komentująch nie czyta podlinkowań ;) Popatrzmy.
___________________________________
Piotr Najsztub: Kto wygra te wybory? Ludzie „zbyt wrażliwi” czy „zbyt twardzi”?
WOJCIECH EICHELBERGER: Mam nadzieję, że ci pierwsi.
Kim są „zbyt wrażliwi” i „zbyt twardzi”, skąd się biorą?
– To podstawowe typologie psychologiczno-psychiatryczne. „Zbyt twardzi” to ludzie, którzy w jakimś okresie swego życia, kiedy kształtowała się ich psychika, czyli i w dzieciństwie, i w okresie dojrzewania często doświadczali upokorzeń. Byli narażeni na sytuacje, które zagrażały ich poczuciu godności osobistej, ludzkiej. Podkreślam – nie wartości, tylko godności, czyli najbardziej podstawowy wymiar człowieka.
„Zbyt twardzi” dorastają w środowisku, w którym przemoc podniesiona jest do rangi cnoty, w którym panuje nietolerancja dla inności i niespójność norm moralnych. Dzieci wychowane w takim otoczeniu muszą w akcie obrony głęboko zakopać w swojej podświadomości wiarę w miłość, szczerość i lojalność, a często też w prawdę i dobro. Ci ludzie muszą się dostosować do tej sytuacji i sprawiają sobie bardzo grubą skórę, odcinają się od swojej przyrodzonej wrażliwości, muszą się utwardzić, usztywnić. Generalnie wyrastają na ludzi z tak zwanym silnym rysem psychopatycznym.
Jacy są w dorosłym życiu?
– Często bardzo inteligentni, bardzo sprawni w tym, co robią, ale zupełnie bez skrupułów, bez głębszej refleksji, odwoływania się do wyższych wartości. Wyższe wartości traktują wyłącznie instrumentalnie, jako sposób osiągania celów, czasem jako sposób na dyskwalifikowanie, osądzanie przeciwników.
Jakie wyższe wartości?
– Niekoniecznie te najwyższe, duchowe, ale takie jak lojalność, jak przyzwoitość, jak prawdomówność, jak pewna doza pokory i zdolność przyznawania się do błędów.
A ci „zbyt wrażliwi” – skąd się wzięli i jacy są?
– To są ludzie, którzy byli na ogół poddani chaotycznemu oddziaływaniu otoczenia. Tak jak ci pierwsi to dość jednorodne środowisko, w którym pragmatyzm rozumiany jest jako zasada „cel uświęca środki”, właściwie wszystko można zrobić, jeśli chcemy osiągnąć jakiś swój cel. Cel uświęca również to, że rezygnujemy z wszelkich zasad i z wszelkich wartości, które do tej pory uznawaliśmy za ważne. Ktoś taki może z dnia na dzień zmienić swoje ludzkie otoczenie, przenieść się w zupełnie inne miejsce, zacząć z dnia na dzień wyznawać inne poglądy. Wszystko po to, aby nigdy więcej nie być upokorzonym. To jest najważniejszy cel – zapewnić sobie taką sytuację społeczną, w której to zagrożenie, że ktoś ugodzi w nasze poczucie godności, nie będzie w ogóle istniało. Oczywiście taka sytuacja właściwie jest niemożliwa w normalnym życiu społecznym i kontaktach międzyludzkich. Żeby ją sobie zapewnić, trzeba w jakiejś skali stać się dyktatorem, bo tylko dyktator próbuje sobie zapewnić taką pozycję. Można być dyktatorem rodzinnym, małżeńskim, dyktatorem w klasie, można być dyktatorem w partii i w państwie. I tu oczywiście mamy banalne już przykłady różnych dyktatorów, którzy po to, aby się to nie mogło stać, likwidują wszystkich, którzy myślą inaczej, którzy im zagrażają, otaczają się klakierami, bałwochwalcami. (...)
A jak powstają ludzie „zbyt wrażliwi”?
– Wyrastają w środowisku, w którym jest dużo wątpliwości, refleksji, w którym rodzice czy opiekunowie nie kreują się na nieomylne autorytety. To są dzieci rodziców, którzy potrafią mówić: nie wiem, nie rozumiem, sam się zastanawiam. Zostawiają przestrzeń w umysłach, w mentalności swoich dzieci czy podopiecznych na dalsze poszukiwania. „Zbyt twardzi” mają zdecydowaną tendencję do porządkowania świata w kategoriach dychotomii: biały – czarny, silny – słaby, nic pośrodku. W środowisku „zbyt wrażliwych” obraz świata jest nieporównanie bardziej skomplikowany, dlatego ludzie „zbyt wrażliwi” mają czasami kłopot z podejmowaniem szybkich, jednoznacznych decyzji czy z wygłaszaniem populistycznych przemówień, bo po prostu ich uczciwość, wewnętrzna, intelektualna uczciwość nie pozwala im na to. Jeśli już mówimy o sytuacji polskich przywódców politycznych wywodzących się z tych dwóch światów, to mamy tutaj pewien kłopot. Skoro okazuje się, że 30 procent elektoratu uwielbia słuchać populistycznych banialuk i oczekuje, że będzie im się świat porządkowało według prostych kategorii, no to wtedy przywódcy „zbyt twardzi” mają ogromną przewagę. Przywódca „zbyt wrażliwy” nie będzie w stanie powiedzieć im takich rzeczy, a jeśli powie, to będzie widać, że w to nie wierzy. Trzeba najpierw nauczyć się tej mentalności, przejąć ich język, spróbować dotrzeć do nich na ich warunkach. Trzeba też pokazać im, że jest się bardzo twardym, mimo że jest się wrażliwcem w środku.
Czy to nie będzie wtedy przejście do obozu „zbyt twardych”?
– Nie. Zależy w imię czego pokazujemy twardość. I tym można zaimponować tym ludziom. Jeśli ktoś ze „zbyt wrażliwych” zdecydowanie obstaje przy swoim i broni swojego poglądu, swoich wartości, gotów jest dla nich życiem zaryzykować, to zdobędzie szacunek „zbyt twardych”, nawet jeśli będzie należał do kategorii tak zwanych frajerów.
Pańska diagnoza jest taka, że dzisiejsze, może zwycięskie, poparcie dla „zbyt twardych” jest czymś naturalnym, biorąc pod uwagę skalę społecznego upokorzenia.
– Niestety, tak. I na dodatek środowiska „zbyt wrażliwych” robią błąd, obdarzając mniej lub bardziej skrywaną pogardą środowiska „zbyt twardych”, czyli upokorzonych.
Czyli na przykład Tusk, mówiąc pogardliwie o moherowych beretach...
– Robi fatalny błąd. Szczególnie że ci ludzie są niesłychanie wrażliwi na punkcie swojej godności. I tego typu atak zawsze będzie budził niesłychanie silną, emocjonalną repulsję. Będzie kopał przepaść, którą będzie strasznie trudno potem zasypać. Ci, którzy chcą zarządzać narodem czy społeczeństwem, a nie jakimś jego fragmentem, powinni wiedzieć, że nie wolno tych ludzi obrażać. Zresztą oni nie zasługują na to, bo mamy do czynienia z taką sytuacją, którą można by porównać do sytuacji rodziców, którzy najpierw nie wykształcili swego dziecka, zaniedbali je, a potem, kiedy dorosło, mają do niego pretensje, że jest głupie i niewykształcone. To są generacje ludzi zaniedbanych społecznie, kulturowo, edukacyjnie, ekonomicznie, w których od dawna narastała ta frustracja. No, a teraz ktoś ich jeszcze przezywa i poniża.
Więc PiS im się podoba, władza im się podoba, bo – jak gdyby – dokonuje zemsty za nich.
– To po pierwsze, a w dodatku PiS im mówi: jesteście w porządku, jesteście super, to, co te wykształciuchy i ci nadwrażliwcy uważają za wasze wady, to tak naprawdę są wasze cnoty. Wy jesteście solą ziemi, to są cnoty narodu, od was zależy jego przetrwanie itd., itd. I oczywiście to jest dla tych ludzi jak narkotyk. Oni marzyli od niepamiętnych czasów, żeby to usłyszeć. Na tym samym jechali komuniści: upokorzonemu proletariatowi powiedzieli, że jest wiodącą siłą narodu czy nawet świata. Wszyscy populiści potrafią to świetnie wykorzystać. Tylko to niczego nie załatwia.
Bo jeżeli dalej chcą pozostać przy władzy, to muszą utrzymywać ten skansen?
– Dokładnie. Wpadają w taką sytuację, że jeśli chcą rzeczywiście działać na korzyść swojego elektoratu, to zaczną go tracić. Jeśli nie będą działać, to też go stracą. Te „psychopolityczne” uwarunkowania wymuszają na nich zawężanie obszaru demokracji i skazują na drogę ku dyktaturze – bo tylko wtedy będą mogli poczuć się bezpieczni. (...)
PO jest „zbyt wrażliwa”, PiS jest „zbyt twardy”, a reszta?
– PiS, LPR i Samoobrona mają silny rys psychopatyczny, więc to była naturalna koalicja, łączył ich sposób widzenia świata. Ta koalicja w każdej chwili może się znowu skleić. Natomiast po tej stronie, która dotąd była opozycją, ja nie widzę takiej możliwości. I to jest tragedia. Wprawdzie Tusk zawołał, że główną ideą jego partii jest to, żeby odsunąć PiS od władzy, co mogłoby zjednoczyć całą resztę opozycji, ale...
To mobilizuje upokorzonych popierających PiS.
– Bo partie opozycji tak naprawdę nie zrobiły nic, żeby zagadać po ludzku do tych 30 procent PiS-owskiego elektoratu, żeby przerzucić jakieś mosty, żeby wykazać jakąś wrażliwość społeczną. PO „kupiła” to, do czego świadomie doprowadził PiS, spisała na straty tamte 30 procent i próbuje zmobilizować pozostałe 70...
Żeby po raz kolejny zdominowały te 30.
– Tak, i to oczywiście do niczego dobrego nie może doprowadzić. (...)
A sami przywódcy „zbyt twardzi” mogą przejść jakąś ewolucję, bo niektórzy twierdzą, że jeżeli PiS utrzyma władzę, to się zmieni?
– Niestety, nie. To byłoby psychologicznie mało prawdopodobne, ponieważ gdy władza zostaje zdobyta nie siłą programu, argumentu czy wizji, lecz poprzez to, że zostały w ludziach uruchomione najbardziej prymitywne emocje i resentymenty, to ci, którzy władzę taką zdobędą, popadają natychmiast w kompleks uzurpatora. Wiedzą, że ich władza zbudowana na emocjach elektoratu to nie jest coś, na czym można trwale budować swoją pozycję. Będą się więc zachowywać jak wszyscy uzurpatorzy. Czyli obwarowywać swoją władzę, eliminować mechanizmy demokratyczne, które mogą im zagrozić. To, czego byliśmy świadkami przez ostatnie dwa lata, wyraźnie zmierzało w tę stronę i było podszyte poczuciem prostej, prymitywnej misji: musimy dokopać tym, którzy nas upokorzyli. I to nieważne, czy upokorzyli naprawdę, czy nie. Więc ja bym nie liczył na zmianę charakteru elit PiS.
(źródło)
___________________________________
Nie mam wątpliwości, że taka "diagnoza" bardzo spodoba się osobom myślącym o sobie, jako o "wykształciuchach". Wszak to pięknie sprawiona laurka dla nich, która dodatkowo potwierdza to, co pokazują ich ulubione media.
Spróbujmy więc zająć się merytoryczną częścia tych wypowiedzi. Wpisują się one w politologiczne analizy (np. dr Migalskiego) prezentujące proces "stargetowania" elektoratu przez PiS. W dwóch słowach polegał on na analizie "formatu" potencjalnych wyborców i maksymalnym dotarciu do nich przez media, które są obecne w tych "niszach". Pomysł ten wykonano - sam przegląd tytułów podważa wizję W. Eichelbergera: "Wprost", "Gazeta Polska", "Tygodnik Solidarność", Radio Maryja.
Nietrudno zauważyć, że każdy z nich ma nieco inny "target", a niektóre pozostają w bardzo ostrych konfliktach ("Wprost" vs. RM, "G.P." vs. RM). Tymczasem podział na "zbyt twardych" i "zbyt wrażliwych" da się zastosować wyłącznie do części elektoratu zgromadzonej wokół toruńskiej rozgłośni. Uwaga, że spisanie przez opozycję (i zaprzyjaźnione media) ok. 30% "na straty" i okazywanie... nam ostentacyjnej pogardy, wzmacnia PiS jest trafna. Autor tej opinii nie zauważył jednak, że sama propozycja jego podziału na "zbyt twardych" i "zbyt wrażliwych" jest po prostu... próbą racjonalizacji jego własnej pogardy dla części polityków i ich wyborców. Tekst o "uzurpacji" wygląda na rozpaczliwą próbę uzasadnienia tego, co się dzieje. Wyjątkowej "elastyczności" umysłu wymaga nazwanie uzurpacją działań podejmowanych w oparciu o mandat uzyskany w wyborach powszechnych i, co ważne, wciąż podtrzymany przez poparcie respondentów w badaniach społecznych. I to w przeddzień kolejnych wyborów. Co zrobią nasi "obrońcy demokracji" w przypadku, gdy wyborcy potwierdzą ten mandat? To też będzie "droga ku dyktaturze"?
Kolejna rzecz - "utrzymywanie skansenu". Być może W. Eichelberger po prostu nie wie, jak są skonstruowane regionalne programy związane z redystrybucją funduszy unijnych. Nietrudno sprawdzić, że w mijającej kadencji nastąpiły mocne przesunięcia w kierunku najgorzej rozwiniętych regionów, czyli tej przysłowiowej "Polski B". Ciekawe, czy - zgodnie z twierdzeniami psychoterapeuty - mieszkańcy tamtych terenów przeniosą swoje sympatie na inne partie.
W jednym W. Eichelberger ma racje - "oryginalna III RP" "odrzuciła" wiele osób. Tyle, że nie wszystkie z nich, to "przegrani" transformacji ustrojowej. Jest też pokaźna grupa myślących inaczej, niż przewidywała polit-poprawność III RP. Dotyczy to zwłaszcza wolnych zawodów oraz... naukowców - dość przypomnieć oskarżenie prof. Strzembosza o antysemityzm przez "Gazetę Wyborczą" po tym, jak podważył wersję wydarzeń w Jedwabnym, zaproponowaną w publicystycznej książce "Sąsiedzi".
I to jest prawdziwa śmierć "oryginalnej III RP". Ludziom funkcjonującym w cieple tamtego specyficznego ustroju, w którym redaktor naczelny negocjował brzmienie ustaw z premierem, służby cywilne znajdywały dziesiątki agentów sąsiedniego państwa w... wojskowych, a kandydaturę w wyborach prezydenckich utrąca prowokacja byłych "cywilów"... Dach się wali na głowę i nie są w stanie pojąć, dlaczego tak się dzieje. Stąd racjonalizacje o "populiźmie" i "socjotechnice".
Odpowiedź jest równie nieskomplikowana, ale by sobie jej udzielić, wiele osób z pierwszych stron gazet, musiałoby spojrzeć w lustro. I przestać stroić miny.
Mój tekst sprzed kilku lat o ówczesnych postawach konserwatywnych wśród młodzieży
Inne tematy w dziale Polityka