12 obserwujących
172 notki
147k odsłon
  361   1

O przyczynach wzrostu cen dla opornych i niektórych salonowych blogerów.

Adamowi Smithowi przypisuje się pierwszą naukową definicję ceny, zgodnie z którą za dany towar tyle kosztuje, ile potencjalny nabywca jest skłonny za niego zapłacić. Ta definicja odnosi się oczywiście do idealnie wolnego rynku, gdzie każdy podmiot ma pełną swobodę działania. Oczywiście między teorią, a praktyką ekonomii jest taka sama różnica, jak między matematyką i jej światem idealnych liczb, a światem fizycznych przedmiotów. W matematyce 1000 x 1 zawsze daje 1000. W realnym świecie tysiąc cegieł prawie nigdy nie waży tyle, co waga jednej z tych cegieł pomnożona przez tysiąc. Ta uwaga jest konieczna dla tzw. kumatych oraz osób zaangażowanych, które zamiast argumentacji ad meritum preferują argumentację ad personam i doszukują się przypadków jednostkowych na poparcie swego stanowiska. Jeszcze raz więc powtórzmy: w matematyce 1000 liczb 1 nie różni się od siebie w żadnym miejscu po przecinku. W świecie realnym pojedyncze przypadki mogą odbiegać od reguły i nie można kwestionować reguł przykładami bez uzasadnienia teoretycznego.

Ale wracając do definicji ceny: z samej definicji wynikają wręcz potencjalne przyczyny jej wzrostu (inflacji). Mogą one leżeć po stronie nabywcy - inflacja popytowa, albo po stronie sprzedawcy - inflacja podażowa.

W pierwszym przypadku nabywca jest skłonny w kolejnej transakcji zapłacić wyższą cenę, niż poprzednio. W drugim przypadku sprzedawca żąda wyższej ceny i nabywca ją akceptuje.

Podręcznikowy opis tego rodzaju sytuacji omówiłem jakiś czas temu w swojej notce: https://www.salon24.pl/u/franiominor/976569,ekonomisci-falszywie-o-wzroscie-cen-w-polsce

Nie widzę więc potrzeby, aby się powtarzać, ale ostatnio temat powraca, więc spróbuję jeszcze raz, bez wykresów, tylko słownie, aby nawet "kumaci" blogerzy mogli coś zrozumieć. Chociaż wątpię, aby się do tego zechcieli przyznać (zakładając, że im się uda!).

Mechanizm inflacji popytowej.

Jako przykład podam znaną mi od ponad 20 lat niedużą prywatną piekarnię. Jej właściciel przez szereg lat wypiekał zwykłe bułki po 40 groszy sztuka i chleb baltonowski po zł 1,49 sztuka, sprzedając nawet część swej produkcji "na zeszyt", czyli na kredyt do spłaty (to było za rządów Lewicy). Używał przy tym najtańszej mąki na rynku i działał praktycznie sam z rodzina. Aż nadszedł rok 2015 i kolejne. Nagle sprzedaż bułeczek wzrosła, wszyscy płacą od ręki, zeszyt nie był już potrzebny. I nasz piekarz nocami (przy pracy) rozmyślał i rozmyślał, aż wpadł na pomysł i wprowadził bułeczki orkiszowe po 80 groszy sztuka. Bułeczki się przyjęły, w międzyczasie przyjęto też program 500plus, więc piekarz wprowadził bułeczki razowe po 99 groszy, bułeczki włoskie po zł 1,20. I chleb na zakwasie po zł 4,90, na maślance po 2,60, wiejski po 3,20, chleb Słoneczko z ziarnami słonecznika po 4,50, chleb kukurydziany po 5,60 itd. itp. Wszystko się sprzedawało, więc pojawiły się bagietki, najpierw zwykłe po 1,90, potem włoskie po 2,90, bułeczki maślane na początku po 1,80, rogaliki takie i siaki. Nic dziwnego, że pewni kabareciarze, którzy ostatnio byli na zakupach 10 lat temu, mieli kłopot z ustaleniem ile dzisiaj kosztuje chleb..

W międzyczasie pan Piekarz zatrudnił na pełny etat jednego, dwóch pracowników. A że Rząd wymusił na nim płacenie im coraz wyższych pensji oraz składek na ZUS, więc podniósł cenę bułeczek do 99 groszy, a chleb baltonowski kosztuje dzisiaj już 2,50 zł. Ale nadal się sprzedaje, nawet coraz lepiej się sprzedaje. Trafiła się chętna Ukrainka, więc postawił ją przy ladzie i zaoferował jej na początek 4 tys. zł brutto na umowę o pracę, tak aby dostała prawo pobytu i nie odeszła po 3 miesiącach. Ukrainka napędziła nowych klientów, też z Ukrainy, więc obroty jeszcze bardziej wzrosły. Każda nowinka była gorąco witana przez klientów, którzy zaczęli bez biadolenia płacić rachunki i po 30 złotych, byle tylko pieczywo było świeże, ładnie pachniało, słowem było apetyczne.

Naraz obok otworzył się sklep cukierniczo - piekarniczy konkurencji. Nasz Piekarz najpierw się zmartwił, ale poszedł popatrzeć i ze zdziwieniem stwierdził, iż ceny w tym nowym lokalu są ... ponad dwa razy wyższe, niż u niego! Po prostu snobizm w czystej postaci, bo ta nowa piekarnia ma swoje konta na wszystkich portalach społecznościowych, chwali się zdjęciami worków z mąką z całej Europy, tradycyjnymi recepturami itp. itd. Więc spokojny wrócił do siebie i zabrał się za przegląd swoich cen. Baltonowski podrożał do 2,90, na maślance do 3,90, wiejski kosztuje zł 3,80 itd. I wszystko nadal się sprzedaje, bo w międzyczasie w okolicy pojawili się Polacy powracający z emigracji, z krajów Zachodniej Europy, gdzie zwykłej bagietki nie uświadczysz poniżej 5 zł. I niejako z konieczności pan Piekarz odnowił salę sprzedażną, postawił tam stoliki, ekspres do kawy i herbaty, lodówkę z napojami, lodami, kupił nowe mieszadła do ciasta, nowy, bardziej wydajny piec, silosy na mąkę (mąka luzem jest tańsza) itd. itp.

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale