Prezydencki tupolew był „czysty” przed odlotem do Smoleńska. Pirotechnicy z Biura Ochrony Rządu bardzo dokładnie sprawdzili „tutkę” przed startem. 10 kwietnia, między godz. 3.15 a 6.15 nad ranem funkcjonariusze BOR badali samolot. Pomagał im pies wyszkolony do szukania materiałów wybuchowych. Efekt? Niczego podejrzanego nie znaleziono.
Tupolew przed wylotem z prezydencką delegacją był bardzo dokładnie sprawdzany przez ekipę pirotechników BOR, czy na pokładzie nie ma śladów materiałów wybuchowych i czy maszyna może bezpiecznie startować.
Specjaliści z BOR 10 kwietnia sprawdzali samolot przez trzy godziny – od 3.15 do 6.15. – Samolot został bardzo dokładnie sprawdzony przez ekipę ze specjalistycznym sprzętem i psem, skontrolowano także wszystkie przejścia i halę odlotów, czyli miejsca, gdzie miała poruszać się delegacja – mówi nam Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR.
Protokoły z kontroli pirotechników są zdeponowane w BOR, zostały także przekazane prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. BOR nie ujawnia, ilu specjalistów liczyła grupa pirotechniczna i jakiego dokładnie używali sprzętu, ponieważ są to dane niejawne.
Według naszych informacji, pirotechnicy z BOR używają kilku rodzajów detektorów, mogą natychmiast przeprowadzić szybkie analizy chemiczne oraz badania rentgenem. Kontrola 10 kwietnia nie wykazała, by w tupolewie odnaleziono jakiekolwiek ślady materiałów wybuchowych ani żadnych podejrzanych substancji.
– Nie stwierdzono obecności żadnych materiałów wybuchowych – mówi Aleksandrowicz.
Tupolew przed wylotem z prezydencką delegacją był bardzo dokładnie sprawdzany przez ekipę pirotechników BOR, czy na pokładzie nie ma śladów materiałów wybuchowych i czy maszyna może bezpiecznie startować.
Specjaliści z BOR 10 kwietnia sprawdzali samolot przez trzy godziny – od 3.15 do 6.15. – Samolot został bardzo dokładnie sprawdzony przez ekipę ze specjalistycznym sprzętem i psem, skontrolowano także wszystkie przejścia i halę odlotów, czyli miejsca, gdzie miała poruszać się delegacja – mówi nam Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR.
Protokoły z kontroli pirotechników są zdeponowane w BOR, zostały także przekazane prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. BOR nie ujawnia, ilu specjalistów liczyła grupa pirotechniczna i jakiego dokładnie używali sprzętu, ponieważ są to dane niejawne.
Według naszych informacji, pirotechnicy z BOR używają kilku rodzajów detektorów, mogą natychmiast przeprowadzić szybkie analizy chemiczne oraz badania rentgenem. Kontrola 10 kwietnia nie wykazała, by w tupolewie odnaleziono jakiekolwiek ślady materiałów wybuchowych ani żadnych podejrzanych substancji.
– Nie stwierdzono obecności żadnych materiałów wybuchowych – mówi Aleksandrowicz.
Ślady materiałów wybuchowych pirotechnicy z Biura wykryli za to we wrześniu 2010 r. w samolocie, którym w delegację miał lecieć premier. Ślady wyczuł pies. Funkcjonariusze BOR natychmiast wymontowali z samolotu fotele i poddali je dalszym badaniom, także prześwietleniu rentgenem. Badania potwierdziły, że na fotelach rzeczywiście były ślady materiałów wybuchowych, które znalazły się na nich, bo tydzień wcześniej samolotem lecieli nasi żołnierze zajmujący się min. materiałami wybuchowymi.
P.S. proszę nie strzelać do mnie ! tekst pochodzi z wp.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (14)