613 obserwujących
1599 notek
9294k odsłony
12636 odsłon

Bumaga

Wykop Skomentuj284
Jedną z fundamentalnych praktyk systemu sowieckiego i neokomunistycznego jest odwoływanie się do bumagi. Co jest w bumadze, to jest „święte”. Jeśli zaś bumaga mówi jedno, a w rzeczywistości, jak twierdzą jacyś ludzie, zaszło drugie – to znaczy, że coś jest nie tak z tymi ludźmi (mieli zwidy, są chorzy psychicznie, zabobonni, ogłupieni, ciemni itd. - „nasz ekspert jest w stanie wyjaśnić, dlaczego ci ludzie są w tak wielkim błędzie”) i/lub z tą rzeczywistością („nasz ekspert twierdzi, że fakty były zgoła inne”). W agenturokracji, tak na dobrą sprawę, trudno powiedzieć, czy świat realny w ogóle istnieje, ponieważ – bez względu na to, czy mówimy o komunizmie, czy neokomunizmie – mogą w tymże polityczno-społecznym „porządku” znikać poszczególni ludzie, całe grupy ludzi, ludzkie wytwory (dzieła, odkrycia itp.), ludzkie skupiska (wsie, miasta, a nawet państwa), jeśli Centrala tak zarządzi. To zaś, co zniknęło, nie tylko przestaje istnieć, ale też znika z podręczników historii jako to, czego nigdy nie było.

 
Powstają wtedy tzw. białe plamy, które myśl sowiecka i neosowiecka omija, ponieważ ci, co tę myśl krzewią w ramach międzynarodowej inżynierii dusz, są niezwykle wyczuleni na to, kiedy i co wolno myśleć, a kiedy już nie. I tak np. czas stalinizmu przynosi w historii przecież bardzo obfity, przeogromny plon prac dziennikarskich, literackich, malarskich, rzeźbiarskich, naukowych itd., pokazujących nieziemskie piękno myśli generalissimusa Soso i jej wyższość nad wszystkim tym, co kiedykolwiek na świecie się pojawiło. Potem jednak Centrala stwierdza, że to był bezbożny „kult jednostki” i kieruje serca „ludzi partii” w zupełnie nowym kierunku, zaś obfity plon stalinizmu znika, jakby go nigdy nie było. Niegdysiejsi żarliwi stalinowscy intelektualiści oraz artyści, jakby nigdy nic, szukają „nowych dróg” i na nowo „opisują świat” z perspektywy nieśmiertelnej idei socjalizmu oraz internacjonalizmu, która to idea żywa jest, jak wiemy, do dziś, co widać po pracach funkcjonariuszy wszystkich agend Ministerstwa Prawdy. Ci funkcjonariusze z jednej strony są już, rzecz jasna, zwesternizowani i nie noszą sowieckich kufajek, uszanek i walonków, a hasłem o proletariuszach wszystkich krajów nie wycierają sobie gąb, ale z drugiej strony w tej swej westernizacji zaszli już tak daleko, że wprost prześcignęli zachodnich intelektualistów i artystów w neomarksizmie, i jako nowa awangarda nowej rewolucji (starałem się ją dokładnie opisać w pewnej książce :)) wracają radosnym pochodem na Wschód, skąd wyszli ich dziadowie i pradziadowie. Jeszcze chwila zresztą, a okaże się, że dziadowie/pradziadowie z „KPP” albo i armii czerwonej, albo i z CzeKa to żaden wstyd. No bo już od 21 lat wiemy, że „PZPR” to też żaden wstyd. „SB” to nie wstyd. No, może „UB” trochę wstyd, ale też już nie tak bardzo. Co innego PiS. PiS, panie, to dopiro wstyd.

 
Ale o bumadze miałem, a się rozgadałem na inne tematy. Zaraz więc będzie o bumadze, jeno jeszcze pewną inną, ważną kwestię chcę poruszyć. Uwaga. Każdy, kto lubi oglądać kryminały, a zwłaszcza thrillery, wie, że do swoistego kanonu przedstawiania świata w filmach należy „wzmacnianie przekazu” poprzez pokazywanie wycinków artykułów (np. związanych z kronikami policyjnymi), pokazywanie zdjęć stojących w ramkach na biurku lub wiszących na ścianie, a nawet pokazywanie „starych”, „amatorsko nakręconych” filmów np. odtwarzających dzieciństwo danej postaci. Takie odwoływanie się do spreparowanych rekwizytów ma służyć nie tylko uzupełnieniu fabuły filmu, ale też „wypełnieniu wyobraźni widza”, tak by widział daną historię przez pryzmat scenografii skonstruowanej na potrzeby danej filmowanej historii. Praktyka tego odwoływania się do medialnych źródeł (wycinków, fotografii itd.) ma swoje uzasadnienie w dość powszechnym zjawisku, jakim jest korzystanie przez tzw. szarego człowieka... z mediów. Szary, zwykły człowiek, który na co dzień boryka się ze swoimi zawodowymi i osobistymi problemami, o ile nie jest jakąś wrażliwą jednostką (zaczytującą się w książkach, szperającą w Sieci itd.) i o ile nie jest jakimś naukowcem, to – tu znowu uwaga – niemal całą swoją wiedzę o świecie czerpie z mediów.

 
To media zatem swym przekazem są w stanie „wypełnić wyobraźnię” zwykłego człowieka i nadać (w tejże wyobraźni!) kształt rzeczom, które dzieją się poza obszarem codziennego ludzkiego doświadczenia. Do większości miejsc pokazywanych w mediach, nie jesteśmy w stanie dotrzeć, więc naszą wiedzę o tym, co się stało i nasze wyobrażenie o tym, jaki to coś miało przebieg, czerpiemy niemal wyłącznie z tego, co ZOBRAZUJĄ nam media. Czy nie jest to jednak sytuacja, w której pole do dziennikarskiej manipulacji tym, co się RZECZYWIŚCIE gdzieś wydarzyło, jest właściwie NIEOGRANICZONE? Jeśli nie mamy możliwości zweryfikowania tego, co nam oficjalnie i z niezwykłym uporem przekazują ludzie mediów, to w jaki sposób możemy wyjść z tworzonego przez nich labiryntu? Tylko całkowicie odrzucając ten oficjalny medialny obraz danego zdarzenia. I szukając innego, rzeczywistego obrazu.

 
Ja w jednym z niedawnych mych tekstów posłużyłem się określeniem „oko żaby”. Odnosiło się ono (metaforycznie, rzecz jasna) do bardzo wąskiego doświadczenia, jakim dysponuje pojedynczy człowiek – w tym wypadku chodziło mi o sposób widzenia świata, jaki miał do dyspozycji (i jaki nam przekazał) operator S. Wiśniewski błąkający się 10 Kwietnia na pobojowisku w Siewiernym.

 
Człowiek, jak wiemy, ma zwykle dość ograniczone możliwości poruszania się – może gdzieś podejść lub podbiec, ale nie jest w stanie w krótkim czasie przeczesać choćby jednego hektara (dlatego korzysta z przeróżnych środków lokomocji, by przemieszczać się szybciej i sprawniej), a zakres tego, co taki człowiek widzi, jest również dość ograniczony (a jeśli taki człowiek jest np. krótkowidzem, to jeszcze gorzej) – w związku z tym ów człowiek korzysta z przeróżnych „technicznych wspomagaczy”, jakimi są okulary, lornetki, lunety, noktowizory, kamery itd., by widzieć szerzej, dalej i więcej.
 
Wiśniewski pokazał nam to, co sam widział w swojej żabiej perspektywie. Ale czy pokazał nam to, co się rzeczywiście, faktycznie wydarzyło - czy może sporządził materiał, który (tak jak w thrillerach czy kryminałach) jedynie uwiarygadnia historię i „wypełnia wyobraźnię widzów”? Materiały Wiśniewskiego stały się „kanoniczne” dla medialnego przekazu związanego z tragedią smoleńską, stały się „nietykalne” i „niepodważalne” – stały się właśnie BUMAGĄ, do której odwołała się cała ruska narracja. Pokazywano te parominutowe materiały 10 Kwietnia po godzinie 10-tej polskiego (a 12-tej ruskiego) czasu bombardując wyobraźnię widzów dziesiątki razy na godzinę. Czy jednak te właśnie materiały są naprawdę dokumentem smoleńskiej tragedii? Czy możemy być całkowicie pewni, że są one dokumentem?

 
A jeślibyśmy przyjęli, że nie są? Oczywiście, nie wchodzę tu w ogóle w kwestię, czy Wiśniewski świadomie brał udział w inscenizacji, czy tylko wykonał robotę pożytecznego idioty (podejrzewam, że to ostatnie), na którą Ruscy mu pozwolili, zanim bezwzględnie zamknęli teren dla dziennikarzy. Pragnę tylko zwrócić uwagę, że poza materiałami Wiśniewskiego, poza tą właśnie BUMAGĄ, nie ma, tak Bogiem a prawdą, żadnych, absolutnie żadnych relacji z pierwszej godziny po „katastrofie”. Kadry z tejże zaś BUMAGI tworzą w wyobraźni społecznej i w Polsce, i na świecie, obraz tego, co się 10 Kwietnia miało stać. Spróbujmy więc teraz „wyłączyć telewizor”, zapomnieć na chwilę o materiale Wiśniewskiego i poszukać zupełnie nowego obrazu zdarzenia. Odłóżmy na bok ruską bumagę, którą analizowaliśmy przez 10 miesięcy.

 
O to mi chodzi w hipotezie dwóch miejsc.

 

Wykop Skomentuj284
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale